Radosław Piwowarski „Marcowe migdały”

„Marcowe migdały” to dla mnie najpiękniej opowiedziana historia marca 1968 r. Dzisiaj mija pięćdziesiąt lat od słynnej manifestacji na dziedzińcu UW z Bugajem, Królem, Staniszkis, Toruńczyk i zomowcami w rolach głównych. Jednak Piwowarski pokazał Marzec z ciekawszej strony.

Nikt z polskich reżyserów nie potrafił tak pięknie pokazać polskiej prowincji, jak Radosław Piwowarski. „Yesterday”, „Pociąg do Hollywood” i „Marcowe Migdały” to dla mnie trzy bardzo ważne filmy o dojrzewaniu, które poznałem, gdy miałem kilkanaście lat, które są dla mnie do dzisiaj bardzo ważne i które za każdym razem wzruszają.

W „Marcowych migdałach” ideologia i antysemityzm są jakby obok bohaterów, którzy wiodą normalne życie licealistów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Prywatki, tanie wina, pierwsze pocałunki, szkolne akademie, mokre sny o nauczycielce polskiego, szczęśliwe i nieszczęśliwe miłości

W szczęśliwe życie w ponurej, smutnej rzeczywistości jakiegoś miasteczka przy czechosłowackiej granicy polityka wkracza z siłą buldożera i niszczy wszystko to, co ważne w życiu osiemnastolatka.

Twój najlepszy przyjaciel okazuje się być „Żydem”, ale ani twój przyjaciel „Żyd”, ani ty nie macie pojęcia, o co w tym żydostwie chodzi. I nagle okazuje się, że twój najbliższy przyjaciel jest zdrajcą, a jego ojciec – złodziejem, który musi stracić dyrektorskie stanowisko. Twój przyjaciel musi w ciągu kilku dni wyjechać z kraju, więc daje ci na pamiątkę wszystkie swoje płyty Beatlesów. Ty robisz pożegnalną prywatkę, ale przez cały czas nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi.

Reklamy

Łukasz Grass „Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą”

najlepszy

Bohaterem tej książki jest Jerzy Górski – były narkoman, który będąc na granicy życia i śmierci podniósł się i stał jednym z największych triathlonistów w historii tej dyscypliny. Jego historię spisał Łukasz Grass – dziennikarz, ale także sportowiec. Dzięki tej książce i nakręconemu niedawno filmowi z Jakubem Gierszałem w roli głównej, o Górskim dowiedział się świat. Z osoby legendarnej w swoim środowisku, on i jego życie stały się inspiracją dla wielu narkomanów, alkoholików i wszystkich innych, którzy przestali panować nad swoim życiem. A Jerzy Górski organizuje zawody sportowe, jeździ po Polsce na spotkania motywacyjne i opowiada swoją historię.

To dobrze, bo osób o tak silnym charakterze, które potrafiły wydobyć się z kompletnego dna heroiny, wódy i więzienia, a w dodatku osiągnęły wielki sportowy sukces jest niewiele. Same nawet medale i pozycje na podiach prestiżowych zawodów nie robią takiego wrażenia, jak samo uświadomienie skali wysiłku, jaki podejmują osoby uprawiające tę dyscyplinę. Nie chodzi o przebiegnięcie czterdziestu dwóch kilometrów maratońskiego dystansu w cztery lub pięć godzin.

Triathlon nie ma ustalonych dokładnie zasad, ale z reguły jest to kilka kilometrów pływania, od trzystu do pięciuset kilometrów jazdy rowerem i kilkadziesiąt kilometrów biegu. W 1995 roku Górski wziął udział w zawodach Ultraman World Championship na Big Island, gdzie dystans 10 km pływania, 421 km jazdy na rowerze i 84 km biegu pokonał w 31 godzin, 43 minuty i 32 sekundy. Zrobił to w wieku 40 lat, a jeszcze dekadę wcześniej był zaszczanym, pokaleczonym ćpunem wypalającym sto papierosów dziennie, uzależnionym od alkoholu i heroiny.

Robi to wrażenie przede wszystkim z medycznego i psychologicznego punktu widzenia. Heroina potrafi zabić w ciągu roku, alkohol – w ciągu kilku lat, papierosy – kilkunastu. Górski doprowadził swoje ciało do stanu wybitnego sportowca-profesjonalisty. Sprawa absolutnie niebywała.

Książka opisuje ten proces, ale nie daje odpowiedzi na trzy bardzo ważne pytania. Po pierwsze, dlaczego człowiek o takim potencjale samozaparcia, samodyscypliny i upartości w dążeniu do celu, rozpoczął drogę w dokładnie odwrotnym kierunku. Nie dowiadujemy się też, co się stało, że rozpoczął walkę. Nie dostajemy też odpowiedzi na pytanie, dlaczego są ludzie z kompletnego dna od razu chcą wspinać się na same szczyty.

Przypuszczam, że Jerzy Górski jest rodzajem psychicznego i fizycznego ewenementu, który spotyka się raz na kilka milionów. Nie sądzę więc, aby jego życie mogło być inspiracją dla absolutnej większości ludzi, którzy z jakichś powodów nie radzą sobie z życiem. Niewiele jest osób, które – tak jak Górski – z maniakalnym uporem zabijają się nałogami i bardzo niewiele jest takich, które z tak maniakalnym uporem idą ku przeciwnemu ekstremum. Jest bardziej ciekawostką, niż inspiracją.

Dość powiedzieć, że z książki nie dowiadujemy się prawie nic ożyciu rodzinnym Górskiego, poza nielicznymi wzmiankami o matce. Nie ma nic o kobietach, a z ludzi, którzy pomogli Górskiemu nieco więcej wspomina o Marku Kotańskim, którego zresztą widział kilka razy w życiu. Z audycji radiowej, w której uczestniczył Górski, wyłania się człowiek skromny, zaś z książki – człowiek uzależniony od wrażeń i doświadczeń ekstremalnych. Uzależnienie to droga, którą wybiera  jakaś część z nas. Po to, aby zapewnić mózgowi napływ hormonów szczęścia, większość wybiera fajną pracę, rodzinę, dobry samochód, wczasy nad morzem. Dla innych, jak Górskiemu, taki poziom dopaminy i endorfiny, jaki satysfakcjonuje większość zwyczajnych ludzi, nie wystarcza. Ci wybierają szybkie, mocne strzały: wódę, inne narkotyki albo doprowadzenie ciała wielogodzinnym wysiłkiem do takiego cierpienia, że potem może być już tylko tak pięknie, jak w narkotykowej ekstazie.

Filmu nie oglądałem, więc nie wiem, jak spisał się Gierszał.

„Zawsze nie ma nigdy” – Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak

Pietrowiak_Zawsze-nie-ma-nigdy_m_

Etap fascynacji pisarstwem Pilcha mam już dawno za sobą. Pozostaję jednak w ogromnym podziwie dla tego człowieka, dlatego chyba, że tacy jak on, Libera, Huelle i Varga wprowadzili mnie jakieś dwadzieścia (sic!) lat temu w świat powieściopisarstwa polskiego inspirowanego Hrabalowską rozbudowaną frazą, licznymi enumeracjami, a przede wszystkim tymi ciągnącymi się przez całe kartki płynącymi jak muzyka zdaniami.

W literaturze, jak w muzyce, poza harmonia ważny jest rytm, a Pilch ma wyczucie rytmu jedno z najlepszych w branży. Pada zresztą w tym wywiadzie-rzece wyznanie autora „Pod Mocnym Aniołem”, że przed oddaniem tekstu do redakcji, czyta swoje prace na głos, aby, wychwycić te miejsca, gdzie kropka, przecinek lub myślnik są konieczne albo zbędne.

Uwagi Jerzego Pilcha o pisarskim warsztacie są – jak dla mnie – najciekawsze w tym wywiadzie. Mniej interesują anegdotki z życia krakowskich poetów i literatów, choć dla uczestników lub obserwatorów tego środowiska na pewno będą smaczne.

O specyfice zawodu pisarza Pilch mówi wiele, wiele też uwagi poświęca nie tylko nazwiskom, ale generalnym osobliwościom tego zawodu. Samotności pracy pisarza i sposobów radzenia sobie z nią, sposobom na nagłą popularność, ale także na upokarzające porażki. O Gombrowiczu mówi, z czym się zgadzam, że był genialnym eseistą, ale marnym powieściopisarzem bez rozmachu. „A powieściopisarz bez rozmachu – jak przywołuje Pilch powiedzenie Iredyńskiego – zawsze będzie przechujem”.

Interesujące są wspominki o dorastaniu w ewangelickiej Wiśle. O skomplikowanych relacjach Jerzego Pilcha z ojcem, który z jednej strony budzi pisarza niechęć, z drugiej jednak, jeśli mowa o konkretnych wspomnieniach pisarza z wczesnego i późnego dzieciństwa, wychodzi na ojca aktywnego, zaangażowanego i kibicującemu karierze syna.

Mniej wspomina Pilch o swoim uzależnieniu, któremu dał wyraz w słynnej, zekranizowanej ponoć niewiernie, powieści „Pod Mocnym Aniołem”, będącej jednocześnie dla niego bramą ku wyjściu z alkoholizmu. Dużo więcej w rozmowie pojawia się wątków choroby Parkinsona, z którą od kilku lat zmaga się Pilch. A także o starości, która przewija się w rozmowie co chwila. Podoba mi się stanowisko, według którego długotrwałe życie nie jest de facto przedłużaniem ziemskich przyjemności. Pilch mówi:

(…) powstaje pytanie, czy rzeczywiście przedłużamy życie, czy przedłużamy starość. Bo jednak nie słyszałem o dobrze prosperujących stulatkach. Nie jest tak, że ktoś im przywraca młodość, to jest, owszem, czasem całkiem sprawną, ale starość? Czy jes w tym sens? Że starość trwa długo?

Jerzy Pilch może niektórych drażnić samochwalstwem ukrywanym dzięki przeogromnej inteligencji i erudycji, ale takich ludzi po prostu dobrze się czyta i słucha. Gorzej, niż patrzy, na drżącego człowieka z zaawansowanym Parkinsonem, jakiego widziałem w telewizji w jednym z wywiadów. Niech się więc Pilch wymądrza w dyktowanych wywiadach i mam nadzieję, kolejnych powieściach.

Hendrik Groen „Małe eksperymenty ze szczęściem Hendrika Groena, lat 83 i 1/4”

Hegroenndrik Groen nie istnieje. Autorem tego zabawnego i momentami wzruszającego dziennika – zapisu trzystu sześćdziesięciu dni pobytu w amsterdamskim domu spokojnej starości jest sześćdziesięciolatek Peter de Smet. Stworzenie tak autentycznego świadectwa życia ponad osiemdziesięciolatka przez osobę dwadzieścia lat młodszą okazało się możliwe i zakończyło się sukcesem. Książka brylowała na szczytach list sprzedaży w holenderskich księgarniach.

Jednych książka wzruszyła, innych rozbawiła. Nie jest to jakiś humor wybuchowy, nie ma łez zalewających kartki książki. Ale jest ten dziennik (mimo, że fikcyjny) dowodem na to, że życie w domu starców może być ciekawe.

Peter de Smyt sprytnie łączy konkret z wymyślonymi postaciami i fabułą. Pojawiają się tu odniesienia do rzeczywistości holenderskiej, europejskiej i światowej 2013 roku. Z mojej perspektywy bardzo ciekawe są spostrzeżenia bohaterów dotyczące zmian obyczajowych, jakie dokonały się za ich życia. Na przykład – Hendrik Groen gardzi emigrantami z Południa i Wschodu, a także chciałby zasłonięcia na nowo Żelaznej Kurtyny, ale znacznie bardziej ceni wieloetniczny personel domu starców, niż holenderskie towarzystwo zarządzające tą instytucją. Pokazuje też, z dużym krytycyzmem, politykę Holandii wobec osób starszych, mimo, że ten kraj ma jeden z najlepszych na świecie systemów tej opieki.

Książka to także lekko napisane studium problemów, jakie napotyka niszczejące ciało osiemdziesięcioletniego mężczyzny, a także funkcjonowania osób starszych w pokoleniu, gdzie wciąż działa kult młodości, mimo że za kilkanaście lat takie państwa, jak Holandia, będą zamieszkane głównie przez starców.

Okazuje się też, że w domu starców można stworzyć całkiem ciekawą fabułę. Autor dziennika jest jednym z uczestników elitarnej grupy pensjonariuszy domu, którzy postanawiają stawić czoła bliskiej śmierci i organizują swój czas aktywnie. Poza wycieczkami, dziennik jest pełen relacji z nierzadko zakrapianych imprezek, jakimi raczy się towarzystwo. Jest też postawienie się machinie biurokratycznej, są intrygi, koalicje, impertynencje, ale również sympatie i miłości.

Jest to jednak przede wszystkim opis umierania i stawiania (lub nie), śmierci. Relacja pełna swady i humoru. Relacja wesoła i przyjemna w odbiorze, choć poświęcona najtrudniejszemu wyzwaniu, z jakim mierzy się człowiek. Śmierci.

Piotr C. „Pokolenie Ikea” i „Pokolenie Ikea.Kobiety”

978-83-8083-446-0

Przeczytałem książki Piotra C. z kilkuletnim opóźnieniem. Sądząc po docierających szczątkowo komentarzach i opiniach zakładałem wcześniej, że mamy tu do czynienia z jakimś internetowym, wulgarnym rzygiem i że nie ma w ogóle się czym interesować.

A jednak. Jest się czym interesować, bo te dwa teksty to nie tylko bodaj najcelniejszy portret warszawskich 30-latków, z jakim się zetknąłem, nie tylko znakomite teksty obyczajowe o relacjach kobieco-męskich, ale – na co mało kto zwraca uwagę – również fajne współczesne powieści miłosne. Mówiąc wprost – są to romanse.

O tych dwóch książkach napisano już praktycznie wszystko. Najczęściej poddawano je druzgocącej krytyce za wulgarność, seksizm, generalizacje i mizoginizm. Nie pasują one do kanonów literackiej poprawności tradycjonalnych krytyków „literatury pięknej”, dla których język, prosta („prostacka”) forma i minimalistyczny styl są absolutnie nie do zaakceptowania. Nie pasują one kręgom postępowej lewicy za jawny seksizm, stawanie w poprzek politycznej poprawności i radykalny (choć moim zdaniem pozorny) mizoginizm głównego bohatera. Nie będą one również pasowały prawicy, bo główne postaci z wartościami przez nią wyznawanymi mają, delikatnie mówiąc, mało wspólnego. Są więc te książki sierotami, skazanymi na hejt ze wszystkich stron.

Główny bohater książek, Czarny, jest prawnikiem. Pracuje w jednej z warszawskich kancelarii na stanowisku średniego szczebla. Prywatnie jest mieszkającym samotnie singlem prowadzącym dość intensywnie hedonistyczne życie, którego głównym motywem są kobiety. Dużo kobiet. Nie jada w domu, wieczory spędza w mieście, jego mieszkanie (na kredyt oczywiście) służy mu jako sypialnia, najczęściej w towarzystwie kolejno poznawanych kobiet.

Najbliższa koleżanka Czarnego nazywa się Olga. Olga stara się prowadzić zdrowe i uporządkowane życie, które w końcu osiągnie swoją kulminację w postaci szczęśliwej rodziny z dwójką dzieci. Jako, że nie bardzo to Oldze wychodzi, udaje ona, że zupełnie jej na tym nie zależy.

Olgę i Czarnego są jednocześnie kolegami z pracy, przyjaciółmi, którzy się wiecznie kłócą i fuckfriends od czasu do czasu. Łączy ich magnetyzująca relacja skłaniająca przez cały czas czytelnika do pytania: „kiedy oni w końcu będą ze sobą?”. Uważam, że jest to główna linia narracji tych dwóch powieści, sprawiająca, że są one przede wszystkim romansami.

„Pokolenie Ikea” i „Kobiety” to również niezwykle celny obraz Warszawy – miejsca, w którym trudno po dziesięciu godzinach spędzonych za biurkiem korporacji wrócić do domu, zjeść serek homogenizowany i położyć się spać. Tutaj po pracy idzie się na jedno albo lepiej pięć piw albo kupuje wino w markecie po to, aby wypiwszy je przy jakimś serialu, położyć się spać na kilka godzin, by następnego dnia powtórzyć ten wyniszczający rytuał. Rytuał zasłonięty dobrymi ubraniami i perfumami, a podkrążone oczy zamaskowane makijażem lub kremem za dwie stówy.

W opiniach, recenzjach i komentarzach dużo jest o tym, że książki obnażają obraz kobiet w oczach mężczyzn. Mimo, że narracja prowadzona jest przez faceta, to w równym stopniu obnaża ona obraz facetów w oczach kobiet, a właściwie to, jakie kobiety mają oczekiwania wobec facetów. Dokładnie zaś, obnażają szereg kobiecych ambiwalencji, sprzeczności, idiosynkrazji i wahań.

Tak, są to książki krytyczne wobec kobiet, ale nie seksistowskie. Raczej szczere do bólu, balansujące między brutalnym realizmem a romantyzmem. Niewątpliwie są to książki o miłości. Polecam je wszystkim wielbicielom naturalistycznych romansów.

Piotr Zychowicz „Pakt Piłsudski-Lenin”

190509

Rażąca pomyłka strategiczna, nieodpowiedni doradcy-szpiedzy albo po prostu „serce po lewej stronie”. Z któregoś z tych, lub innych powodów Józef Piłsudski nie zdecydował się we wrześniu 1919 roku pomóc białej armii Denikina i w ten sposób przypieczętować upadek bolszewików, ratując w ten sposób Europę i być może świat od zalewu reżymów komunistycznych. Marszałek uznał, że powrót carskiej Rosji jest większym zagrożeniem dla Polski, niż bolszewizm. I to był jego kardynalny błąd.

Lubię Zychowicza za to, że odważnie podważa święte prawdy polskiej historii, zdejmując z cokołów wielu polskich świętych wodzów, polityków i przywódców. Jego książki budzą niechęć zarówno na prawicy, jak i na lewicy, a przede wszystkim w środowiskach akademickich, dla których efektowny styl, lekkie pióro Zychowicza i brak przypisów budzą wyraźną irytację.

Książka o pomyłce Piłsudskiego dostarczy krytykom wielu argumentów. Bo choć teza w niej postawiona jest efektowna i prawdopodobnie słuszna, to czytanie „Paktu Piłsudski – Lenin” zaczyna męczyć niepokojąco szybko.

Zaczyna się od krótkiego political-fiction, czyli „co by było, gdyby” Piłsudski pomógł Denikinowi, rozbił bolszewików, uratował świat przed komunizmem, a nad Moskwą zawisł biało-czerwony sztandar. Uniemożliwiło to szereg, celowych lub nie, decyzji, a przede wszystkim tajny pakt Piłsudskiego z Leninem, który pogrążył siły kontrrewolucyjne i uratował komunistów.

Zychowicz dostarcza nam dziesiątków świadectw – dokumentów, relacji, fragmentów literackich, prasowych – na potwierdzenie tej tezy. Jest ich tak dużo i tak bardzo mierzi ich powtarzalność, że że po kilkudziesięciu stronach lektury jesteśmy już właściwie przekonani do rewelacji Zychowicza, a dalsze kartkowanie opasłego tomu robi się po prostu przerażająco nudne. Brakuje choć cienia polemiki, poddania w wątpliwość tezy autora. Mamy natomiast patchwork uszyty z kolejnych dziesiątek argumentów za tym, że Piłsudski dogadał się z Leninem. Jest za to monotonia, brak jakiegoś narracyjnego klucza, brak w tej książce „opowieści”.

Kazik Staszewski „Idę tam, gdzie idę” Maciej Maleńczuk „Ćpałem, chlałem i przetrwałem”

Kazik Staszewski i Maciej Maleńczuk. Dwie wielkie sceniczne osobowości. To samo pokolenie, podobne doświadczenia. Około dwudziestki – Solidarność i stan wojenny, około trzydziestki – Okrągły Stół i wolne wybory. Staszewskiego poznałem w czasach, kiedy Kult wydał „Tatę Kazika”. Maleńczuka – dopiero na studiach – kiedy ktoś z roku katował na imprezach te jego uliczne piosenki.

Wywiad – autobiografia Staszewskiego dzieli się na dwie części. Pierwsza trwa do momentu pojawienia się pieniędzy z grania i ta jest momentami ciekawa. To znany mi, choć o dwadzieścia lat wcześniejszy proces odkrywania muzyki i dojrzewania do niej. Pierwsze, chimeryczne i chaotyczne odkrycia i krótkotrwałe fascynacje, szybko kończące się neofickim fanatyzmem. Kazik Staszewski buduje swoją popularność wśród rówieśników możliwością wyjazdów do cioci w Londynie, skąd przywozi setki – niedostępnych w latach 80. w Polsce – płyt i kaset. Był Kazik dzieckiem nieśmiałym i zamkniętym w sobie, acz kreatywnym, poświęcającym się nie tylko muzyce, ale i komiksowi, literaturze i kinematografii. Na początku lat 80. Kazik zakłada swoje pierwsze zespoły, z których najtrwalszym okazuje się znany wszystkim Kult.

Urodziny synów stają się momentem przełomowym w życiu Kazika. Od tego momentu staje się on szefem przedsiębiorstwa przyjmującego różne nazwy: od „Kultu” przez „Tatę Kazika”, „Kazika na Żywo”, samego „Kazika” i wiele innych. Opowieść Staszewskiego staje się od tego momentu dosyć nużącą opowieścią o zarabianiu kasy i ogarnianiu wewnątrz-zespołowych niesnasek.

Dzieciństwo Maleńczuka wyglądało zgoła inaczej. Wychowywany bez ojca w slumsowej dzielnicy Krakowa, inicjację narkotykową przeszedł przed ukończeniem dziesięciu lat. I w zasadzie cała opowieść „Ćpałem, chlałem i przetrwałem” to opowieść o nieustannym, trwającym do teraz, ciągu heroinowo-alkoholowo-marihuanowo-nikotynowo-kwasowym. Ostatnie 30 lat życia Maleńczuka to w jego opowieści nie kończąca się balanga z krótkimi momentami prześwitów. Równie to nużące, co opowieść o biznesie Staszewskiego.

Jedyne, co ciekawe w obu tych wywiadach, to psychologiczny proces przeistaczania się muzycznych naturszczyków-amatorów w ludzi, o których Staszewski i Maleńczuk z dumą mówią „artyści”. Nie ukrywam, że do przemian takich zawsze podchodzę z rezerwą, bo tym, co najpiękniejsze w rock’n’rollu była zawsze dla mnie naturalność, prostota i spontaniczność. I taki był właśnie Maleńczuk grający proste bluesy na ulicy. Taki był również dla mnie Kazik, niekiedy okropnie fałszujący, ale w tym fałszowaniu jakże autentyczny. Ileż kart każdego z tych wywiadów zajmuje uporczywe tłumaczenie jednego i drugiego, na czym polega prawdziwa sztuka, że ten czy tamten perkusista nie trzyma rytmu i że kolejnemu gitarzyście trzeba tłumaczyć, żeby tego Fis nie grał z siódemką.

Podobne wrażenia miałem czytając biografie Krzysztofa Grabowskiego i Muńka Staszczyka. Wszyscy ci rock’n’rollowi partyzanci muszą widocznie w pewnym wieku wyjść z lasu, zakopać karabiny i pójść na daleko idące kompromisy.