Dariusz Kaliński „Czerwona zaraza”

czerwonazaraza.jpg

Okoliczności przemarszu Armii Czerwonej przez Rzeczpospolitą w 1944 i 1945 roku w marszu na Berlin, nazywanego przez dziesiątki lat „wyzwoleniem spod niemieckiej okupacji” to temat fascynujący. Nie tylko z perspektywy ustalania faktów historycznych, ale również z perspektywy szczególnie trudnej sytuacji społecznej i psychologicznej, w jakiej znaleźli się mieszkańcy Polski podczas wycofywania się z ich miast, miasteczek i wsi przez Niemców i wkraczania na ich miejsce władzy sowieckiej.

Wycieńczeni czterema latami niemieckiej okupacji mieszkańcy ziem polskich w zasadzie wyczekiwali Sowietów jak zbawienia. Prawdopodobnie jednak wielu z nich zdawało sobie sprawę, że na narodowosocjalistycznych barbarzyńców przybyłych z Zachodu nacierają komunistyczni barbarzyńcy ze Wschodu. Co jest lepsze – dżuma czy cholera?

Początkowy entuzjazm, rzucanie pod nogi maszerujących na pierwszej linii frontu oddziałów Armii Czerwonej kwiatów, polskie dziewczęta obcałowujące krasnoarmistów, polscy chłopcy częstujący sołdatów o mongolskich rysach bimbrem i jedzeniem, a nawet partyzanckie oddziały AK wspierające sowietów w poganianiu wroga uciekającego na wschód. Wszystko to miało miejsce, jednak nie trwało to długo.

Chwilę po przejściu linii frontu, na wyzwalanych terenach Sowieci instalowali nową władzę, której legitymizacją była pepesza funkcjonariusza NKWD. I o tym opowiada głównie książka Dariusza Kalińskiego. Jest to w zasadzie zbiór dosyć nieuporządkowanych relacji z występków, ekscesów, grabieży i zbrodni, jakich dopuszczali się nowi okupanci na Polakach. Grabienie majątków, gwałty, wymuszenia, anegdotyczne już kradzieże zegarków przez krasnoarmiejców, ale również incydenty mniej oczywiste. Na przykład mianowanie lokalnymi zarządcami na tzw. Ziemiach Odzyskanych pozostałych na tych terenach Niemców i często lepsze ich traktowanie, niż Polaków. Wywożenie nie tylko z terenów poniemieckich, ale także z Mazowsza, Śląska, Małopolski czy Podlasia całych fabryk, majątków, surowców, środków transportu, maszyn rolniczych.

Szkoda, że książka nie wykracza poza bardzo solidną i okupioną na pewno ogromem pracy – kronikę minionych wydarzeń. Fakty porażają swoim konkretem, bo odwołują się do konkretnych miejscowości, osób i dokładnych dat. Brakuje w niej jednak po pierwsze, jakiegoś całościowego spięcia tych wydarzeń w klamrę i refleksji, jaki wpływ miały one na powojenną historię Polski. Brakuje mi również choćby próby analizy społecznej przemiany, która musiała nastąpić w głowach Polaków. W ciągu kilku dni, tygodni, wyzwoliciel od barbarzyńskiego okupanta stał się nowym okupantem – nierzadko jeszcze bardziej okrutnym i nieludzkim. Jak bardzo uciemiężony musiał być ten naród, skoro czekał na „czerwoną zarazę” z nadzieją i w jaki sposób odebrał jej przyjęcie? Czy może właśnie to przejście „z deszczu pod rynnę”, a właściwiej mówiąc „z dżumy w cholerę” nie złamało ostatecznie polskiego kręgosłupa i nie sprawiło, że w rozpaczliwej nadziei na względny spokój, gotowi byliśmy poddać się sowieckiej okupacji pod pozorem „niezależnego” socjalistycznego państwa wspieranego przez bratni naród radziecki?  

Reklamy