Martin Pollack – Cesarz Ameryki, wielka ucieczka z Galicji

Opowieść Martina Pollacka o wielkiej fali emigracji ostatnich lat XIX wieku i pierwszych dekad wieku XX, kiedy to tysiące mieszkańców Galicji wyruszały za ocean w podróż za lepszym życiem, jest napisana w czasie teraźniejszym, stylem newsowej relacji sprawozdawcy prasowego. Porzucając nędzę i głód, bohaterowie historycznego reportażu Pollacka – Żydzi, Słowacy, Rusini, Polacy i inni mieszkańcy środkowoeuropejskiego tygla – zwiedzeni obietnicami raju na ziemi, poddają się doskonale opisanej przez autora machinie biznesu emigracyjnego. Świetnie zorganizowany mechanizm siatek naciągaczy, obiecywaczy, sutenerów czy zwykłych oszustów, wysysał z tych naiwnych, prostych ludzi resztki uciułanych z potem czoła groszy, aby w warunkach nieludzkich transportować ich niczym bydło za ocean.

Plastyka tej opowieści jest atrakcyjna nie tylko z powodu newsowego, dynamicznego stylu. Pollack zręcznie przemieszcza się między konkretem doświadczeń zwykłych ludzi, nazywanych z imienia i nazwiska, historii zrekonstruowanych z zachowanych listów, protokołów urzędowych, kwitów, biletów, ku zsyntetyzowanej, socjologiczno-historycznej opowieści o losach całych grup społecznych. Ów zręczny balans między szczegółem a ogółem jest ważnym atutem tej książki.

Czytelnik, podróżując z bohaterami „Cesarza Ameryki” z zapadłych wsi i sztetli Galicji, przez graniczny Oświęcim, ku portom Hamburga i Antwerpii, aż ku wybrzeżom Stanów Zjednoczonych i Brazylii, nie może oprzeć się wrażeniu bezwzględności i okrucieństwa tego świata sprzed z górą stu lat. Miejsca opisywane przez Pollacka to między innymi polskie Lesko, Krosno, Wadowice czy wspomniany Oświęcim. Cesarska machina biurokratyczna była nie tylko całkowicie nieefektywna, co równie bezwzględna i opresywna wobec jednostki. Rzeczywistość tej opowieści, pomimo historycznej i geograficznej bliskości, jest w pewnym stopniu niepokojąco odległa, jakby trudno się było pogodzić, że takie rzeczy dotykały naszych pradziadów.

Książka Martina Pollacka to historia o dwóch sprawach w dużym stopniu uniwersalnych, choć „Cesarz Ameryki” jest mocno zanurzony w realiach historycznych. Po pierwsze, jest to książka o niezrealizowanych marzeniach. Marzeniach, które upadają tragicznie w zderzeniu z brutalną rzeczywistością. Po drugie, jest to dość uniwersalna opowieść o potrzebie ucieczki i o tym, jak tragicznie może się ona skończyć. To wyjątkowo smutna i gorzka książka, zdecydowanie nie do polecenia na dżdżyste, ciemne i wilgotne wieczory.

Colin Thubron – Po Syberii

„Piękna książka”, pisze Andrzej Stasiuk o tym nagrodzonym prestiżową Nagrodą im. Nicolasa Bouviera reportażu Colina Thubrona. Podobną laurkę wystawia „Po Syberii” Mariusz Wilk, stwierdzające, że „po przeczytaniu książki Colina Thubrona sam zechcesz tam pojechać”. Obaj się mylą. Książka Colina Thubrona sprawi, że nigdy nie będziecie chcieli pojechać na Syberię, ale właśnie dlatego jest to wielka, naprawdę wielka literatura.

„Po Syberii” to obszerny, mistrzowski esej-reportaż z podróży Thubrona od Jekatynbuga, miasta leżącego w paśmie Uralu, umownej granicy między Europą a Azją, po wschodnie krańce kontynentu: Butugyczag, Magadan, Chabarowsk i Władywostok. Thubron swoją podróż odbywa w czasach wyjątkowych dla tych ziem i mieszkających tam ludzi. Są lata dziewięćdziesiąte – rozpad Imperium Sowieckiego – i doświadczenia angielskiego reportażysty naznaczone są owym rozpadem.

Nie jest to książka „o Syberii”, ale o tym, co po niej pozostało. Rozkład, entropia, chaos i poczucie dezorientacji towarzyszy wszystkim bohaterom, których Thubron spotyka na swojej drodze. A i on sam nie może uwolnić się od doświadczenia absurdalnej pustki powstałej po wytrzebieniu przez komunistyczny reżim prawdziwych kultur Syberii. Thubron broni się przed tą próżnią, uciekając bądź to w ironię, bądź sarkazm, bądź w zwykły, ludzki smutek i niedowierzanie.

„Po Syberii” jest przede wszystkim książką o ludziach zamieszkujących tę większą od Europy, nieprzyjazną, skomplikowaną krainę. Krainę, w której ateizm sąsiaduje z prawosławiem, buddyzm z szamanizmem, głębokie emocje i przywiązanie do ziemi z postsowieckim nihilizmem. Przyroda jest w książce Thubrona schowana za historią, historią, która jest głównym bohaterem tej opowieści. Podróżujemy po bezkresnych przestrzeniach Syberii nie tylko z miejsca do miejsca, z Tobolska do Omska, z Ułan Ude do Nowoselenginska, z Jakucka do Magadanu, ale i w czasie.  Życie ludzi, których spotyka , naznaczone jest całkowicie historią, choćby nawet zamieszkiwali miejsca, o których wszyscy zapomnieli. Jest więc to w dużym stopniu opowieść o Imperium, które upadło i którego szczątki rozniosły się wszerz i wzdłuż.

Podróż Anglika po bezkresach Syberii nie mogła się obyć bez tej typowej wyspiarskiej ironii, która dla czytelnika z Europy Środkowo-Wschodniej może się wydawać nieautentyczna. Myślę, że próby zdystansowania się od tego strasznego świata opisywanego przez Thubrona są formą obrony przed rzeczywistością, która jest silniejsza swoją bezwzględnością, chłodem i odhumanizowaniem od najsilniejszego nawet cynizmu i reporterskiej neutralności. „Po Syberii” jest zapisem zmagania się pisarza z rzeczywistością, która nie daje mu nawet złudzenia ewentualnego zwycięstwa. Z takich pojedynków, w których artysta przegrywa, prawie zawsze rodzą się wielkie rzeczy. „Po Syberii” jest opisem pięknej klęski.