Marcin Kołodziejczyk – B. Opowieści z planety prowincja

Byłoby niezmiernie przykro, gdyby ta świetna książka przeszła przez polską scenę literacką bez echa, ale kiedy szuka się informacji czy recenzji na jej temat, trudno znaleźć coś wartego uwagi. A szkoda, bo “Opowieści z planety prowincja” to współczesna kontynuacja twórczości piewców polskiej prowincji i przedmieść, takich jak zapomniany Marek Nowakowski.

Echa autora “Benka Kwiaciarza” odnaleźć można w proletariackim języku, na który Kołodziejczyk jest bardzo wyczulony. Krótkie zdania, ubogie słownictwo, bogactwo bluzgów – składają się na te opowiadania, które w większości składają się dialogów-opowieści.

Są to historie o polskiej prowincji, o świecie, z którego istnienia nie zdaje sobie sprawy większość mieszkańcow wielkich miast, przemieszczających się międzi nimi autostradami i pociągami Inter-City. Bohaterowie opowiadań Kołodziejczyka to gastarbaiterzy, robotnicy najemni, bezrobotni, matki na zasiłku z GOPS-u albo zwykli złodzieje. Żyją za kilkaset złotych miesięcznie, z których większość przeznaczają na tanie alkohole, produkty z Lidl’a i Biedronki. Spędzają swoje życie przed telewizorem. Poruszają się kolejkami podmiejskimi albo dwudziestoletnimi autami sprowadzonymi z Niemiec.

Marcin Kołodziejczyk nie wchodzi ani w rolę piewcy polskiej popegeerowskiej prowincji, ani nie jest kolejnym Stasiukiem, czerpiącym z rozpadu, biedy i marazmu powód do ochów i achów. Jest bardzo wnikliwym obserwatorem, wyczulonym na język, rytuały, obyczaje i styl życia tych ludzi. To właśnie człowiek jest w centrum zainteresowania autora. Czy dobry, czy zły, na to pytanie Kołodziejczyk nie odpowiada, pozostawiając to czytelnikom.

Reklamy

Maki i Chłopaki – Dni Mrozów

 Tak jak w otwierającej płytę Maków i Chłopaków „Stronie B”, latami całymi czekałem na coś więcej niż „dwie piosenki” umieszczone na majspejsowym profilu Maków. „Albatrosy” i „Glany”, „Glany” i „Albatrosy”. A że mieszka się na prowincji i do Mrozów daleko, a do Dujera jeszcze dalej, pozostawało czekać. Potem pojawiło się nagranie z audycji Radio Euro, jeszcze rok i oto jest – najbardziej oczekiwana  w moim prywatnym harmonogramie roendrolowych oczekiwań płyta.

Właśnie takie rzeczy lubię najbardziej – od odkrywania i eksperymentowania są inni. W tej muzyce liczy się prosty riff i wiersz. W obu tych rzeczach są mistrzami. Maki grają na zywo w klasycznym, gitarowym, trzyosobowym składzie, ale na płycie pojawiają się jakieś klawisze i chórki, co dodaje ich piosenkom bigbitu. Udało się im, uff, uniknąć powszechnej dla garażowych zespołów pułapki wejścia do profesjonalnego studia, gdzie chce się zagrać równiej, czyściej, sprawniej. Brzmią przez cały czas oszczędnie i garażowo, trochę nierówno, trochę fałszując. I dobrze.

„Maki i Chłopaki”, sorry Chłopaki, to przede wszystkim Marcin Biernat, a Marcin Biernat, poza tym, że gra też na gitarze w Muzyce Końca Lata, to jeden z najlepszych tekściarzy na polskiej scenie. Zręcznie poruszający się między poezją naiwną a popkulturowo-literackimi odniesieniami. „Siedem dziewcząt z Albatrosa, ale tyś najpiękniejsza, najpierw sto lat samotności, potem parę godzin szczęścia” (Laskowski i Marquez w jednej linijce!), stanowi jeden z niewielu przykładów, że rock’n’roll potrafi tak dobrze jak hip hop opisać życie chłopców i dziewcząt na prowincji.

Teksty Biernata są spójne. Opowiadają o mazowieckim zadupiu. Są słodko-gorzkie. Bohaterem lirycznym tych piosek jest trzydziestoletni outsider,  bo jest to tak w ogóle muzyka dla tak zwanej starszej młodzieży („stoliki wolne, dziewczyny zajęte„, „już nie skaczemy pogo do sufitu, raczej szukamy wolnych stolików”). Gorzki humor Marcina Biernata trafia doskonale w moją wrażliwość, dlatego optymistyczne piosenki otwierające i zamykające album podobają mi się, ale najmiej.

Zwrotka, refen, zwrotka, ładne teksty o znanych miejscach, o dziewczynach, koncertach, wakacyjnej robocie. Wszystko czego trzeba, ani mniej, ani więcej.

Michał Olszewski – Zapiski na biletach

Zapiski na biletach - Michał OlszewskiMichał Olszewski urodził się w Ełku. Kiedyś pracował w krakowskiej Wyborczej, a teraz jest dziennikarzem Tygodnika Powszechnego. Jego „Zapiski na biletach” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ostatnio czytałem. Jest to zbiór podróżniczych impresji o Polsce, przeplatanych czarno-białymi fotografiami, autorski przewodnik po tym kraju, którego cechami charakterystycznymi są szarość, jesień i nuda. Autor proponuje zwiedzanie Polski z okna pociągu, z niedokończonych autostrad i brudnych pekaesów. Perspektywa, którą przyjmuje Olszewski, jest miejsce gdzieś pośrodku, między Wrocławiem a Opolem, Krakowem a Warszawą, Lublinem a Białymstokiem. Proponuje perspektywę polskiej prowincji, barów o nazwie „Bar” albo „Flamingo”, gdzie herbatę podaje się w szklance, a z win jest tylko zwietrzała Sofia.

Pod wieloma względami wrażliwość Olszewskiego na szczegół, upodobanie entropii i obserwacja tej zastygłej struktury polskiej prowincji jest podobna do podróżniczych tekstów Andrzeja Stasiuka. Łączy ich też doskonała umiejętność opisu polskiego światła, genialne wręcz rozumienie metafizyki podróży. Inaczej niż Stasiuk, Olszewski podróżuje głównie polską koleją. Wydaje mi się, że rozumie ją lepiej niż ktokolwiek inny, a wszystkie jej niedogodności, absurdy, brudy i brzydkie zapachy potrafi opisać z poetycką wrażliwością.

Tym podróżniczym esejom, impresjom, „zapiskom na biletach” nie można niczego narzucić. Podzielam większość intuicji i wrażliwości Olszewskiego. Poszukuję podobnych perełek językowych polskiego kapitalizmu, dostrzegam te same absurdy architektoniczne, uwielbiam zwiedzanie kolejowych barów i tak samo jak on odbieram dramaturgię podróży ekspresem z Warszawy do Krakowa przez Włoszczową. Podróż ze stolicy do Białegostoku jest dokładnie taka, jak ją opisał Olszewski, a nieoczywistość sterylnego dworca w Białymstoku budzi we mnie – choć doznaję jej prawie codziennie – takie samo zdumienie. W pisaniu Olszewskiego i w jego stylu podróżowania jest zresztą dużo wschodniej wrażliwości: jest spokój, szacunek dla towarzysza rozmowy i trochę takie survivalowe nastawienie do każdej podróży, choćby to miała być wyprawa z Ełku do Suwałk.

„Zapiski na biletach” Michała Olszewskiego to jeden z najlepszych przewodników po Polsce, jakie czytałem. Nie sposób nie polecić.

Przemysław Wojcieszek „Głośniej od bomb”

Nie jestem w stanie zrozumieć, jakim trafem film „Głośniej od bomb” Przemysława Wojcieszka umknął mojej uwadze na tyle, że dopiero siedem lat po premierze udało mi się go obejrzeć. Fakt ten jest tym bardziej zaskakujący, że sporo rzeczy o tym filmie słyszałem wcześniej. I to, że gra tam Rafał Maćkowiak, i że grają Komety, i że jest The Smiths, James Dean i wiele wiele innych czynników sprawiających, że może to być świetny film, który do mnie trafi.

I trafił. Rzecz się dzieje w jednym z małych miasteczek południowej Polski. Niska zabudowa domów z ogródkiem, a w tle górnicze hałdy i kominy kopalni. Dwudziestojednoletniemu Marcinowi umiera ojciec, matka nie żyje od dawna. Dziewczyna, którą kocha, chce wyjechać do Stanów Zjednoczonych do pracy. Na stypę po ojcu przyjeżdża wujek z rodziną. Sytuacja robi się nieciekawa i groteskowa.

Historia być może banalna, ale podejrzewam, że takich banalnych (choć mocnych) historii są co roku miliony. Największy problem z banalnymi historiami jest taki, że bardzo trudno je niebanalnie opowiedzieć. Siłą opowiadanej przez Wojcieszka historii jest przede wszystkim jej autentyczność i bezpretensjonalność. W tak świeży i prawdziwy sposób nie opowiadał o polskiej prowincji chyba nikt. I choć z perspektywy roku 2008 rzeczywistość przełomu wieków wydaje się miejscami dość nierzeczywista, to bardzo wiele wątków pozostaje niesłychanie aktualnych (choćby dylematy przymusowej emigracji).

Aż dziw bierze, że tak młody facet, jak Wojcieszek, potrafił z niesłychaną wrażliwością i celnością uchwycić charakter narodowy Polaków, uosabiany przede wszystkim przez wujka Mariana (Andrzej Gałła) i jego rodzinę. Świetną rolę zagrała nieznana wtedy jeszcze, obecnie polska celebrytka Magdalena Szejbal.

Pomimo skromnych środków, film jest bardzo sprawnie nakręcony. W porównaniu z innymi polskimi produkcjami jest to wręcz awangardowo zmontowany obraz. Ale, przede wszystkim, „Głośniej od bomb” to film niezwykle wzruszający. Kiedy Marcin myje ciało ojca, albo kiedy trumna jest spuszczana w dół a Komety zaczynają grać „Chciałbym umrzeć jak James Dean”, albo kiedy Marcin i Kaśka piją wódkę z butelki podczas stypy, albo… Można by wymieniać bez końca.

Cholernie ważny i mocny film.

Możnago zobaczyć na youtube. Poniżej pierwsza część, a potem trzeba szukać w „related”.

Muzyka Końca Lata „2:1 dla dziewczyn”

Ktoś napisał o drugiej płycie Interpol „Antics”, że to nie jest najlepsza płyta roku, ale na pewno najpiękniejsza. Podobnie, bez cienia wątpliwośc, mogę powiedzieć o drugiej płycie chłopaków z Mińska Mazowieckiego. To pewnie nie będzie najlepsza płyta roku (tutaj Muzyka Końca Lata ma u mnie poważnego konkurenta – poznańskie Muchy – nowa płyta jest już podobno w sklepach), ale – proszę mi uwierzyć – to jest na pewno najszczersza muzyka, jaką wydobyto z krtani, gitar i bębnów między Odrą a Bugiem w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Hipohopowcy deklamujący o zasadach, szacunku i ciężkim życiu ulicy powinni pobierać lekcje ze szczerości u Zmywaka u spółki. Choć wątpię, aby do takich nauk kiedykolwiek doszło.

Bo kiedy w otwierającym płytę utworze słyszymy: bo wszystko to, co widziałem bez ciebie nie liczy się nie ważne jest bo bez ciebie i woda i słońce i las nie liczy się nie ważne jest, wtedy pozorna, a być może rzeczywista, banalność tego wyznania dociera ścieżkami wrażliwości, o które się samego siebie nawet nie podejrzewało. Podobnych momentów na tej płycie jest więcej, fraz napisanych w natchnionym porzuceniu kryterium trywialności. …za oknami mokro jest, ostatni śnieg tej zimy; wkrótce trzeba będzie zejść i kupić coś ze sklepu; nie teraz, pójdziemy później ubrania wiszą na sznurze; bąbelkowa płynie krew w łóżku zostaniemy dłużej.

Na drugiej płycie Zmywak skoncentrował się na tematyce miłosnej dołączając z powodzeniem do tekściarzy polskich, którzy są mistrzami pisania i śpiewania o uczuciach: Piotra Klatta z nieistniejących już Róż Europy, Grabaża oraz Muńka Staszczyka. Absolutnym majstersztykiem jest dziewiąty utwór na płycie, gdzie podmiot liryczny zmaga się z niepokojąco-lirycznym poczuciem osamotnienia, oczekując odpowiedzi na krótką wiadomość tekstową wysłaną do sympatii. Zupełnie rozbrajają pieszczotliwe zwroty, którymi obdarzana jest sympatia: Dzidziu, ostatni pociąg uciekł mi….; Mała, malutka proszę odpisz mi, w oczekiwaniu serce drży…..; ja będę czekał tu dzidziu tak blisko najbliżej jak się tylko da. Brzmi to wszystko naprawdę przekonująco i roztkliwiająco.

Wszystkie piękne teksty na tej płycie otoczone są ładnymi, bardzo piosenkowymi, gitarowymi melodiami. Zmywak nie jest wielkim wokalistą, wspomaga go natomiast legendarna Karotka z Kawałków Kulki (z niecierpliwością czekam na płytę), której głos urzeka aksamitnym ciepłem.  Szczególnie pięknie to wszystko brzmi w piosence, która powinna stać się z kilku powodów nowym singlem. Mam na myśli W środę wieczorem, jeden z pierwszych utworów o problemie emigracji młodej polskiej krwi na Zachód. Pierwszym udanym tekstem na ten temat jest Londyn dzwoni Radio Bagdad, na melodię London Calling Clashów. Tak jednak jak chłopaki z Radia Bagdad potraktowali temat emigracji z proletariacko-punkową zajadłością, tak w piosence MKL mamy piękną śpiewaną rozmowę: o kochana, tutaj nie ma dla mnie pracy, tam zarobię i wrócę znów – o mój miły, mam pod sercem ziarnko życia, tak bym chciała byś przy mnie był.

Jest na tej płycie więcej świetnych smaczków, subtelnych obserwacji. Jest na przykład piosenka o nocnym poszukiwaniu smakołyków w lodówce w Ona nie chce jeszcze spać, czy o dziewczętach z prowincjonalnego liceum w Piękna 7A.

 Na koniec osobiste zwierzenie. Płyta 2:1 dla dziewczyn przez dobre 2 tygodnie gościła zapętlona w moim samochodowym odtwarzaczu. Właśnie w czasie, kiedy na miasteczka opadała mgła, na polach fruwały liście, a przechodnie kulili się od z każdym dniem chłodniejszego, jesiennego wiatru. Muzyka Końca Lata świetnie wyraża nastrój jesieni na prowincji. To muzyka małych miasteczek, bardzo prosta, szczera i piękna. Serdecznie polecam.