Thomas Frank „Co z tym Kansas?”

Jeżeli o środowisku Krytyki Politycznej mówić, że Sierakowski i jego towarzysze robią dobrą robotę, to na pewno należy wskazać na ich działalność wydawniczą. Poza bardzo ważną, choć jednocześnie groźną, książką Badiou o Świętym Pawle z Tarsu oraz nie przeczytanymi jeszcze przeze mnie „Płomieniami” Brzozowskiego, nabyłem i przeczytałem z uwagą pracę, która przez Jacka Żakowskiego stawiana jest – pod względem istotności – na tej samej półce, co najważniejsze prace Fukuyamy i Huntingtona. Mowa o Thomasa Franka „Co z tym Kansas”.

Frank próbuje wyjaśnić pewien zdumiewający proces, dokonujący się przez ostatnie dwadzieścia lat w Stanach Zjednoczonych. Proces ten nazwany przez autora backlash. Tłumaczący książkę Julian Kutyła nie zdecydował się na przetłumaczenie tego zwrotu na polski. Gdyby to jednak uczynił, musiałby prawdopodobnie użyć zwrotu „gwałtowna reakcja”. Na czym polega backlash? Na paradoksalnym i trudnym do racjonalnego wytłumaczenia odwróceniu się socjalnego elektoratu amerykańskiego, żyjącego na niższej od przeciętnej stopie życiowej, od Partii Demokratycznej i jego przejściu do obozu Republikańskiego. Pyta Frank, jak to się dzieje, że najuboższe regiony USA są jednocześnie najbardziej oddane partii, która tradycyjnie utożsamiana jest z elitami finansowymi i tym, co w kapitalizmie najbardziej obrzydliwe?

Jedną z odpowiedzi, jakiej udziela autor, jest przygotowana z premedytacją i cynicznie Wielka Manipulacja, której dokonują konserwatyści amerykańscy, a której ofiarą są środowiska ekonomicznie wykluczone. Przekręt ten polega na odsunięciu na dalszy plan sfery ekonomii, na rzecz czarowania opinii publicznej pozornie tylko fundamentalnymi problemami obyczajowymi, takimi jak problem aborcji, praw mniejszości seksualnych itd. Dzięki temu konserwatyści zbierają poparcie ludu, jednocześnie realizując interesy finansjery, która chętnie finansuje im kampanie wyborcze, otrzymując w zamian wolnorynkową politykę wybranych dzięki tej „manipulacji” konserwatystów.

Na tym, w telegraficznym skrócie, polega backlash. Nie byłoby w tej koncepcji nic odkrywczego, nic, co wykraczałoby poza znany i oklepany w gruncie rzeczy demaskujący styl pisarzy ukształtowanych przez marksowską szkołę myślenia o polityce, gdyby nie forsowana przez Jacka Żakowskiego, jak również – co należy przypuszczać – przez polskich wydawców książki – teza, iż proces, którego wyrazem jest backlash, jest procesem uniwersalnym. Procesem, który dotarł również do Polski i zmaterializował się w postaci dwuletnich rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Owszem, kiedy próbujemy doszukiwać się analogii pomiędzy tym, co opisuje Frank, a sposobem, w jaki Bracia doszli do władzy w Polsce, widać przede wszystkim, że w obu przypadkach kluczem do zwycięstwa było przekonanie do siebie warstw wykluczonych pod względem ekonomicznym. Słynna już oś podziału na „Polskę liberalną” i „Polskę socjalną” świetnie odpowiadała backlashowemu myśleniu Kaczyńskich. Podobieństw można się też doszukiwać w używanym przez nich języku. O ekonomii mówią Kaczyńscy prawie wyłącznie w kontekście krzywdy, którą rzekomo na elektoracie socjalnym dokonywały poprzednie, „liberalne”, rządy. Retoryka pozytywna Kaczyńskich, projekt zmiany społecznej, zbudowane były na programie obyczajowo-prawnym. Walka z korupcją, surowość prawa, sprzeciw wobec małżeństw homoseksualnych, nie dla aborcji; to wszystko – w myśl teorii Franka – może być potraktowane jako zasłona dymna dla z gruntu nastawionej prokapitalistycznie polityki.

Pytanie tylko, czy w tym miejscu powinniśmy kontynuować analogię między Stanami Zjednoczonymi George’a Busha a IV RP braci Kaczyńskich? Czy rzeczywiście Prawo i Sprawiedliwość oszukało ludzi Polski B, którzy oddali na nich swoje głosy? Bo, z jednej strony, zniesienie rękami PiS i LPR podatku od spadków, to przedsięwzięcie w zerowym stopniu wpływające na polepszenie stanu ekonomicznego wykluczonych, przedsięwzięcie, które – jeśli komuś sprawiło radość – to tylko tym, którzy spadki zostawiają. A ci stanowią zdecydowanie niewielką grupę społeczeństwa. Z drugiej jednak strony teza, iż Prawo i Sprawiedliwość realizowało jednoznacznie prorynkową politykę byłaby na pewno ryzykowna. Nie znam nikogo, kto na serio tak sądzi.

W analogii, którą proponuje Żakowski, są bowiem dwie słabości, które pomniejszają kompatybilność porównań. Pierwsza z nich polega na umniejszaniu roli pierwiastka populistycznego w sytuacji Polski. Tak jak w Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia z dojrzałą strukturą i podziałem ideologicznym dwóch sił rozdających karty, tak mówienie wprost, iż Prawo i Sprawiedliwość jest partią konserwatywną, odpowiadającą amerykańskim Republikanom, naraża się na łatwą falsyfikację. Podobnie zresztą jak utożsamianie Demokratów z Platformą Obywatelską, Lewicą i Demokratami i czym tam jeszcze chcemy. Prawo i Sprawiedliwość jest – i to druga niekompatybilność – strukturą o silnym wewnętrznym poczuciu lewicowej wrażliwości, solidaryzmu społecznego, partią, która w największym stopniu odwołuje się do przedwojennych tradycji PPS-owskich. Nie widzę więc aż takiego fałszu w przymilaniu się Kaczyńskich do tych, którzy Okrągły Stół i reformy Balcerowicza uważają za początek swej ekonomicznej klęski. Na pewno nie jest to manipulacja na taką skalę, jak to ma miejsce w opisywanym przez Franka stanie Kansas. Są więc Kaczyńscy albo zręcznymi populistami, albo zaangażowanymi lewicowcami. Trudno jednak mówić o nich jako o cynicznych reprezentantach korporacyjnego kapitalizmu. Jeśli komuś na obecnej scenie politycznej można by przypiąć taką łatkę, to raczej Tuskowi niż Kaczyńskiemu, bo to właśnie ten pierwszy konsekwentnie przechodzi na pozycje konserwatywne i równie konsekwentnie unika wypowiadania się na tematy gospodarcze, choć jeszcze w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych mówił na ten temat dużo i odważnie.

Być może – wbrew temu, co dostrzega Żakowski – książka Franka nie tyle opisuje, co się w Polsce działo, co raczej antycypuje pewien przyszły proces, którego będziemy świadkami. Paradoksalnie bowiem, potencjalnym bohaterem i rozgrywającym polskiego backlashu nie będzie PiS, lecz „nowi konserwatyści” z Platformy Obywatelskiej.

Przemysław Wojcieszek „Głośniej od bomb”

Nie jestem w stanie zrozumieć, jakim trafem film „Głośniej od bomb” Przemysława Wojcieszka umknął mojej uwadze na tyle, że dopiero siedem lat po premierze udało mi się go obejrzeć. Fakt ten jest tym bardziej zaskakujący, że sporo rzeczy o tym filmie słyszałem wcześniej. I to, że gra tam Rafał Maćkowiak, i że grają Komety, i że jest The Smiths, James Dean i wiele wiele innych czynników sprawiających, że może to być świetny film, który do mnie trafi.

I trafił. Rzecz się dzieje w jednym z małych miasteczek południowej Polski. Niska zabudowa domów z ogródkiem, a w tle górnicze hałdy i kominy kopalni. Dwudziestojednoletniemu Marcinowi umiera ojciec, matka nie żyje od dawna. Dziewczyna, którą kocha, chce wyjechać do Stanów Zjednoczonych do pracy. Na stypę po ojcu przyjeżdża wujek z rodziną. Sytuacja robi się nieciekawa i groteskowa.

Historia być może banalna, ale podejrzewam, że takich banalnych (choć mocnych) historii są co roku miliony. Największy problem z banalnymi historiami jest taki, że bardzo trudno je niebanalnie opowiedzieć. Siłą opowiadanej przez Wojcieszka historii jest przede wszystkim jej autentyczność i bezpretensjonalność. W tak świeży i prawdziwy sposób nie opowiadał o polskiej prowincji chyba nikt. I choć z perspektywy roku 2008 rzeczywistość przełomu wieków wydaje się miejscami dość nierzeczywista, to bardzo wiele wątków pozostaje niesłychanie aktualnych (choćby dylematy przymusowej emigracji).

Aż dziw bierze, że tak młody facet, jak Wojcieszek, potrafił z niesłychaną wrażliwością i celnością uchwycić charakter narodowy Polaków, uosabiany przede wszystkim przez wujka Mariana (Andrzej Gałła) i jego rodzinę. Świetną rolę zagrała nieznana wtedy jeszcze, obecnie polska celebrytka Magdalena Szejbal.

Pomimo skromnych środków, film jest bardzo sprawnie nakręcony. W porównaniu z innymi polskimi produkcjami jest to wręcz awangardowo zmontowany obraz. Ale, przede wszystkim, „Głośniej od bomb” to film niezwykle wzruszający. Kiedy Marcin myje ciało ojca, albo kiedy trumna jest spuszczana w dół a Komety zaczynają grać „Chciałbym umrzeć jak James Dean”, albo kiedy Marcin i Kaśka piją wódkę z butelki podczas stypy, albo… Można by wymieniać bez końca.

Cholernie ważny i mocny film.

Możnago zobaczyć na youtube. Poniżej pierwsza część, a potem trzeba szukać w „related”.

Michael W. Young „Bronisław Malinowski. Odyseja antropologa 1884-1920”

Są gatunki literackie, które – przy spełnieniu pewnych warunków początkowych – bardzo trudno jest zepsuć. Wie o tym każdy, kto czytał lub czyta tzw. „wywiady-rzeki” ze znakomitymi osobowościami. Oto sposób na to, jak wyprodukować dobrze sprzedającą się i ciekawą książkę: namówić znanego artystę, polityka, naukowca na długą rozmowę, potem to przepisać i gotowe! Na najgłupsze nawet pytania mądry człowiek potrafi odpowiadać ciekawie i z sensem. Podobnie, choć już nieco trudniej, jest z biografiami ludzi, którzy mieli ciekawe życie. Opisać ciekawe życie w nieciekawy sposób zapewne się da, ale materia niejako wpływa na kształt dzieła.

Ta krótka uwaga wprowadzająca nie powinna sugerować, że w przypadku opisywanej tu książki mamy do czynienia z przypadkiem biografii nieudanej, zepsutej, z sytuacją zmarnowanej szansy na pierwsze poważne potraktowanie życia i dzieła jednego z największych polskich naukowców XX wieku. Wręcz przeciwnie – książka Younga jest dziełem udanych, dziełem, które kosztowało autora ogrom pracy i wyrzeczeń. Prawdopodobnie jest to jedno z najważniejszych dzieł brytyjskiego antropologa.

Szczególnym wyzwaniem, za które należy Younga szczególnie cenić, jest karkołomna w istocie próba zrozumienia i opisania szczególnego polskiego kontekstu, w jakim dojrzewał i kształtował się Malinowski. Tutaj, należy z żalem przyznać, radzi sobie Young najgorzej. „Czynnik polski”, jako jedna z najważniejszych determinant osobowości i intelektu Malinowskiego to pięta achillesowa książki. Bardzo pobieżnie w stosunku do rzeczywistej ważności opisuje Young wielowymiarowe i skomplikowane relacje łączące Malinowskiego ze polskim środowiskiem literackim początku XX wieku, szczególnie zaś nieprzekonująco opisana jest przyjaźń „Bronka” z Witkacym.

Dużo większą, wręcz obsesyjną, uwagę poświęca autor kobietom obecnym w życiu Malinowskiego. Widoczny w tej książce jest wpływ freudyzmu jako pewnego paradygmatu rządzącego biografistyką ostatnich kilkudziesięciu lat. Bliskie i głębokie związki Malinowskiego z matką aż się proszą o taką interpretację. Nie stosuje jednak Young freudowskiego klucza do przeanalizowania roli ojca, jak również wspomnianego Witkacego.

Zasadnicza część biografii poświęcona jest więc nie „kwestiom polskim”, ale koneksjom Malinowskiego z kręgiem brytyjskim, a przede wszystkim wyprawom antropologa. Z dużą precyzją, odwołując się do wielu źródeł, opisuje Young proces dojrzewania Malinowskiego do roli antropologa i kształtowania się jego własnej, oryginalnej i rewolucyjnej metody prowadzenia badań terenowych. Można zarzucić autorowi, że część ta, w stosunku do „młodzieńczej”, jest przegadana i zbyt skoncentrowana na szczegółach. Być może to racja, sama książka liczy ponad 700 stron i stanowi wyzwanie nawet dla najbardziej wytrwałego czytelnika. Jednak, wracając do myśli wyrażonej we wstępie, ciekawe i pełne wydarzeń życie nie znosi skrótów.

To jednak, co najbardziej wartościowe w dziele Younga, to pierwsza z jaką się spotkałem tak rzetelna, poważna i oryginalna interpretacja dzienników Malinowskiego. Wydane kilka lat temu w Polsce, wywołały spore zamieszanie w kręgach osób zainteresowanych życiem autora „Życia seksualnego dzikich”. Zarzucano Malinowskiemu dwulicowość, kierowanie się wyłącznie chucią, a – w najbardziej zjadliwych krytykach – wręcz wulgarność. Young proponuje interpretację, która jest bardzo zbieżna z moją. Dziennik był dla Malinowskiego formą autoterapii, która miała umożliwić oczyszczenie charakteru z wszelkich szkodliwych zakłóceń. Jako narzędzie pracy nad sobą, nie może być traktowany jako forma autokreacji i sam fakt upublicznienia tych zapisków jest wielce ryzykowny. Traktował bowiem Malinowski swoje życie bardzo poważnie i przez całe życie bardzo intensywnie pracował nad sobą. Dzienniki – i taką interpretację sugeruje Young – poza wartością informacyjną o epoce, ludziach, środowisku, w którym obracał się Malinowski – są przede wszystkim studium samodoskonalenia jednostki. Studium ze wszech miar wyjątkowym.

Choć nie pozbawiona wad, książka Younga jest potrzebna. Choć z perspektywy polskiej być może zbyt anglo-sasko-centryczna, biografia ta wypełnia pewną od dawna drażniącą lukę. Bronisław Malinowski, biorąc pod uwagę wpływ, jaki wywarł na współczesną socjologię, pozostaje jednym z najważniejszych polskich naukowców XX wieku, z czego wielu z nas często nie zdaje sobie sprawy. Choćby z tego powodu warto sięgnąć po tę książkę.