Jacek Hugo-Bader – Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak

Na początku marca 2013 czterech polskich himalaistów zdobywa zimą Broad Peak. Dwunasty pod względem wysokości ośmiotysięcznik, z którym nikt do tej pory nie dał sobie rady o tej porze roku. Podczas schodzenia grupa rozdziela się. Dwóch nie wraca. Po Polsce i całym wspinaczkowym świecie roztacza się gorąca dyskusja: kto zawinił? kto postąpił lekkomyślnie? czy całe to wspinanie ma jakikolwie sens?

Trzy miesiące po tych wydarzeniach formuje się druga grupa wspinaczy pod przewodnictwem Jacka Berbeki – brata zaginionego w marcu Macieja. Chcą odnaleźć ofiary i pochować je w godnym miejscu. Do wyprawy przyłącza się Jacek Hugo-Bader. Chce napisać o tym książkę i nakręcić film. W rzeczy samej jest typowym sponsorem-turystą, dzięki któremu ekipa poszukiwawcza domyka sklecany naprędce budżet.

Powstaje z tego książka dziwna, która – gdyby nie geniusz narratorski Hugo-Badera – powinna była zostać przeklęta przez wszystkie strony kontrowersji wokół tej wyprawy i himalaizmu w ogóle. I nie mam tu na myśli nadużyć w zapożyczeniach, jakich dopuścił się autor i które zostały bardzo szybko wykryte. Myślę tu raczej o dość paradoskalnej sytuacji, polegającej na tym, że Hugo-Bader właściwie przez całą tę książkę opowiada w niej o sobie i swych ciężkich przejściach w trudnej pracy reportera zmagającego się z jeszcze trudniejszymi charakterami wspinaczkowych egocentryków, wariatów i szaleńców.

Hugo-Bader, co zaskoczy każdego, kto zna jego wcześniejsze prace, przyjmuje wobec bohaterów swojej opowieści ton raz to oskarżycielski, raz to prześmiewczy. Nie próbuje zrozumieć sytuacji, która wydarzyła się w nocy z 5 na 6 marca 2013 roku u szczytu Broad Peak. Koncentruje się na swoich relacjach z uczestnikami wyprawy, znajdując w nich zadufanych w sobie mitomanów, pozbawionych samokrytycyzmu autokratów i złamanych problemami osobistymi nieudaczników. Kimkolwiek by nie byli, są to w relacji Hugo-Badera osobowości spaczone. Bo tylko tacy ludzie – według autora – mogą uprawiać ten pozbawiony sensu sport.

Jak wspomniałem, książkę ratuje język i rytm opowieść, których Hugo-Bader używa po mistrzowsku. Używa, aby bardziej zniechęcić, niż zachęcić do wspinaczki. Jest to bowiem pięknie napisana książka o brudnym, nieczystym i pozbawionym zasad sporcie, jakim – według Hugo-Badera – jest himalaizm.

David Beaty – Pilot. Naga Prawda. Czynnik ludzki w katastrofach lotniczych.

Mimo, a może właśnie dlatego, że w przemysł lotniczy pakuje się co roku miliardy dolarów na coraz doskonalsze technologie zwiększające bezpieczeństwo, automatyzujące pracę maszyny, zwalniające pilota od konieczności podejmowania ryzykownych decyzji, przez cały czas za około 2 na 3 katastrofy lotnicze winę ponosi człowiek.

Książka Beaty’ego poświęcona jest błędom ludzkim w wypadkach lotniczych. Można ją w gruncie rzeczy potraktować jako przystępny podręcznik psychologii podejmowania decyzji, stresu, czynników ryzyka i grupowego myślenia. W większym stopniu, niż rzecz dedykowaną wprost lotnictwu.

Autor wychodzi ze słusznego założenia, że środowisko wysoce zautomatyzowanej maszyny, dowodzonej przez dwie-trzy osoby, z często kilkuset osobami na pokładzie, która za chwilę znajdzie się na wysokości 10 kilometrów, jest dla organizmu człowieka wysoce nienaturalne. Zostaliśmy ewolucyjnie ukształtowani w zupełnie innych warunkach, nie przyzwyczajeni do konieczności podejmowania tak wielu tak odpowiedzialnych decyzji, bez konieczności przebywania w tak długotrwałym stresie, zmęczeniu, presji otoczenia itd.

W związku z tym, błędy, o których pisze Beaty, odwołując się do udokumentowanych przypadków lotniczych, są nieuniknione. Autor wymienia i szczegółowo opisuje psychologiczne mechanizmy, które za nimi stoją: grupowe myślenie, złudzenia percepcji, konformizm, ślepe zaufanie technologii i wiele innych.

Beaty rysuje typowy psychologiczny portret pilota rejsowego “intuicyjny ekstrawertyk o osobowości aktywnej męskiej”, którego cechy z jednej strony predestynują osoby o tym typie do pracy w lotnictwie, z drugiej jednak strony mogą stanowić czynniki ryzyka: rozbudowane męskie ego, niechęć do poddawania się rozkazom i krytyce, skłonność do ryzyka, przyjmowanie na siebie zbyt wielkiej odpowiedzialności, podatność na uzależnienie od narkotyków itd.

Do książki warto zajrzeć nawet, jeśli nie lata się samolotami zbyt często. Poza całym kontekstem lotniczym pokazuje ona, jak silne są psychologiczne mechanizmy pchające ludzi do popełniania świadomych lub nieświadomych błędów i narażania często setek istnień ludzkich na śmiertelne zagrożenie. Nawet w dziedzinach, gdzie bezpieczeństwo jest traktowane jako absolutny priorytet, niewiele uwagi poświęca się tak zwanemu “czynnikowi ludzkiemu”, co – zdaniem autora – jest kluczowe w przeciwdziałaniu niebezpiecznym sytuacjom w powietrzu i na lądzie.

Anthony Bourdain – Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego

To, co czytelników książki Tony’ego Bourdaina odstrasza, zniesmacza i nudzi, dla mnie jest największą wartością tej przeszło trzystustronnicowej książki o kulinarnych podróżach znanego kulinarnego celebryty, autora wziętych programów telewizyjnych o gotowaniu. Otóż Bourdain proponuje zgoła nieortodoksyjne podejście do jedzenia i całej związanej z nim otoczki. Sprowadza się ono do kilku bliskich mojemy sercu zasad.

Pierwsza z nich to sprzeciw wobec dominującego (na szczęście coraz słabiej) dyktatu tak zwanej “zdrowej” kuchni: redukującej za wszelką cenę tłuszcz, kalorie i jednolicącej w ten sposób sztukę kulinarną na całym świecie. Bourdaina brzydzi ów dyktat podobnie jak dyktat fast-foodów. Jedzenie nie dzieli się według niego na “zdrowe” i “niezdrowe”, ale na dobre lub złe.

Co jeszcze sprawia, że ta książka może się wydać kontrowersyjna? Z podobną powyższej ostentacyjnością odnosi się Bourdain do zakorzenionego szczególnie na Zachodzie przekonania, że w kuchni za wszelką cenę musi być sterylnie czysto. Otóż – nie musi – by jedzenie sprawiało przyjemność i nie wywoływało rozwolnienia, nawet jeśli jest przyrządzane w warunkach urągających normom SANEPID-u i procedurom HACCP.

Trzecia ważna sprawa, o której musi pamiętać każdy, kto zastanawia się nad lekturą tej książki: dla Bordaina jedzenie i podróżowanie nie są zajęciami naukowymi. Kuchnia to sprawa układu pokarmowego, serca i emocji, a nie szkiełka i oka. Autor lgnie do ludzi, z którymi gotuje i którzy mu gotują, ale nie po to, aby ich antropologicznie badać, ale by dzielić z nimi przyjemne chwile. Dlatego Bourdain nie waha się przed skrajnymi sądami. “Cudowne”, “obrzydliwe”, “najlepsze pod słońcem”, “ohydne”.

Jeśli doczytaliście do tego miejsca, nie zdziwią Was zapewne kierunki Bourdain’owskich podróży. Nie są to nobliwe miejsca Niemiec, Francji, Skandynawii czy Wschodniego Wybrzeża USA. Nie są to najlepsze restauracje, gdzie za obiad płaci się banknotami w setkach dolarów. Nie są to wymyślne potrawy kuchni molekularnej albo fusion.

Autor zakochuje się w Wietnamie i Kambodży, rosyjskiej, amerykańskiej prowincji. Zachwyca go prowincjonalna kuchnia portugalska albo szkocka. Rozsmakowuje się podrobami, surowym sercem kobry, zupą z koziej głowy i owocami morza podawanymi na surowo. Opis rytuału zarzynanej świni w Les Helles w Portugalii, a następnie spożywania tych wieprzowych smakowitości nie ma sobie równych w literaturze.

Bourdain klnie jak szewc, przyznaje się do palenia w kuchni i z szacunkiem wypowiada się o bezwzględnym i brutalnym stylu prowadzenia restauracji przez Gordona Ramsaya. Do jedzenia i gotowania ma stosunek jedyny słuszny: wyluzowany, barbarzyński, pierwotny, niewyublimowany i pogodny, co nie przeszkadza mu kochać ten świat ponad wszystko.