Ang Lee – Życie Pi

Życie Pi 3D (2012)Książki Martela nie czytałem, toteż chętnie wypowiem się o filmie. Spodziewałem sie zetknięcia z postmodernistycznym new-age’owym miszmaszem i poniekąd moje obawy okazały się uzasadnione. Poniekąd, bo przy wszystkich swoich brakach, jest to ciekawy, wyjątkowy obraz.

Nie wiem, czy komuś już to przyszło do głowy, ale analogie między “Życiem Pi” a “Amelią” Jeana-Pierre Jeuneta są dla mnie oczywiste. Oba filmy łączy wątek poszukiwania dobra, z tym, że Amelia buduje etykę bez Boga, zaś Pi tworzy ją poprzez dialog z tzw. “Stwórcą”. I przyznać należy, że Francuzka robi to z większą gracją i bardziej przekonująco, niż młody Hindus.

To nie koniec analogii. Oba filmy łączy piękno świata pokazywanego na ekranach. Choć pełen okrucieństwa, światy Pi i Amelii są do siebie bardzo podobne. Realizm został poświęcony na rzecz plastyczności, przez co świat przedstawiony jawi się widzowi w formie przeidealizowanej, wręcz komiksowej.

I, podobnie jak Amelia, Pi (Suraj Sharma) jest narratorem opowiadającym historii swojej transgresji, dokonanej pod wpływem niesamowitej historii ocalenia z katastrofy morskiej. Kilkunastoletni chłopiec dryfuje na szalupie ratunkowej z tygrysem.

Główną osią tworzącą relacje tej opowieści jest trójkąt: człowiek, zwierzę i Bóg, przy czym – i wygląda mi to na świadomy zamysł autora – role te nieustannie się mieszają. Dzikie zwierze jest personifikowane, główny bohater rozmawia z Bogiem, a czasami dokonuje czynów zwierzęcych. Walczy na sposób Hiobowy z przyrodą, Bogiem i z samym sobą. Natura jest równorzędnym Bogu partnerem i wrogiem w tej walce.

Zupełnie niepotrzebne – jak mi się zdaje – było zastosowanie zabiegu “metanarracji”. Historia cudowego ocalenia (to nie spojler) jest opowiadana przez dojrzałego już Pi, dziennikarzowi z Europy. Rozmowy obu panów są już na wskroś nudne i pretensjonalne i właściwie nie wiadomo, czemu miała postać pisarza służyć.

“Życie Pi” należy jednak obejrzeć dla pięknych obrazów przyrody i dla przyjemności opowieści o dojrzewaniu i przemianie, nawet jeśli ta przemiana wyda się nam obca.

Palma Violets – 180

Kiedy pijaniutcy odbierali nagrodę New Musical Express, dziękowali przyjaciołom i kolegom z dzielnicy Lambeth, skąd pochodzą. Wręczający im statuetkę Paul Weller wyglądał na zadowolonego. Susznie – Palma Violets to najlepszy zespół od czasów The Libertines.

Długo czekałem na ten moment, aby zostać z miejsca kupionym przez to brzmienie, przez te melodie, przez te teksty, przez te osobowości, przez to poruszanie się po scenie.

Chociaż Palma Violets to jeszcze gówniarze, zachowujący się jak rozpieszczone dzieciaki nie zdające sobie sprawy z implikatur swoich lekkomyślnych poczynań, to nagrana przez nich na płycie “180” muzyka, wbrew swojej pozornej niechlujności, potknięć rytmicznych, solówek na jednej strunie, sprawia wrażenie nagranej z pełną świadomością oczekiwanego efektu.

Inspiracje? Jest ich bez liku. Na pewno wspomniane już The ‚Libertines, nie tylko ze względu na muzykę, ale – może nawet bardziej – na straceńczy, narkotykowy wizerunek, jako stworzyli ci chłopcy wokół siebie. Śmiem twierdzić, że Palma Office mogłaby zostać drugim The Libertines, pod warunkiem, że nie będzie drugim The Libertines. Niespójne to logicznie, ale wiadomo, o co chodzi.

Chłopcy grają lekko psychodeliczny indie-garażowy rock. Od razu pomyślałem o Jesus and Mary Chain, kiedy zaczęli na płycie od silnglowego “Best of Friends”. Sporo jest też odniesień punk-rockowych. Głos Samuela Thomasa Fryera przypomina jako żywo wokal Joe Strummera, a niektóre gitarowe, prostackie w dobrym tego słowa znaczenio, kojarzą się z osiągnięciami Micka Jonesa.

Co z tego, skoro Palma Violets, za pomocą naprawdę minimalnych środków wyrazu, grają bezpretensjonalne piosenki, czerpiąc z tego autentyczną radość, co widać na koncertach. Wróżę im dobrą przyszłość, bo wiedzą, co robią i na czym polega granie muzyki. Mimo wizerunku pijaków, narkomanów, połączonego z romantycznym, nastoletnim wdziękiem, chłopcy ci trzymają się blisko ziemi, Druga płyta na pewno nie będzie gorsza, niż ta pierwsza. A ta pierwsza jest znakomita.

Christopher Andersen – Mick: Szalone życie i geniusz Jaggera

Przebrnąwszy przez te kilkaset stron opowieści o życiu Micka Jaggera nie otrzymujemy – wbrew obietnicom na okładce – odpowiedzi na pytanie, kim naprawdę jest wokalista Rolling Stonesów. Christopher Andersen skreślił w gruncie rzeczy porządną faktograficznie biografię, ale – z drugiej strony – mam poczucie, że jednocześnie spieprzył potencjał jednego z najciekawszych, najbarwniejszych, najbardziej wybuchowych życiorysów ubiegłego stulecia.

Andersenowi nie udało się pozyskać samego Micka do pracy nad tą biografią, co może dziwić, bo może nie czytamy hagiografii, ale jeśli by odczytywać stusunek autora do Micka, to jest on raczej lekko złośliwie życzliwy. Podobno Mick wręcz blokował kontakt Andersenowi z osobami z otoczenia zespołu. Mimo tych trudności, autorowi biografii udało się dotrzeć do dziesiątek osób, które sprzedawały mu głównie plotki z intymnych sfer życia gwiazdy.

Niestety, ta książka składa się głównie raczej z banalnych, brukowych anegdotek o kolejnych oficjalnych i nielegalnych kochankach Jaggera. Drugim istotnym tematem jest budowany przez lata majątek wokalisty Stonesów. Czytamy więc kilkusetstronnicową wyliczankę z kim się to Mick nie przespał, gdzie i za ile kupił kolejną nieruchomość itd. Wszystko to jest bardzo nużące.

Muzyka jest w tej książce potraktowana po macoszemu. Nawet próby egzegezy tekstów Micka, przecież pełnych aluzji i odniesień do życia osobistego, są bardzo rzadkie. W ogóle zespół, poza Keithem Richardsem i Brianem Jonesem, jakby w tej książce nie istniał. Stanoi on tło dla glamour – life Micka Jaggera.

Książka Andersena jest solidnym rzemiosłem na obszernym obszarze biografii sławnych ludzi, które tak uwielbiają za oceanem. Nie ma w niej jednak żadnej prawdy o Jaggerze, a jeśli jest, to bardzo płytka i smutna dla samego Micka.

Wojtek Smarzowski – Drogówka

Drogówka (2013)Uważam, że ten bijący w kinach rekordy popularności film Smarzowskiego jest nie tylko jego najwybitniejszym osiągnięciem jako reżysera i scenarzysty, ale – co chyba najważniejsze – jest dziełem najbardziej uniwersalnym. “Wesele” było obrazem ludowego obyczaju i jego współczesnej degeneracji. “Dom zły” i “Róża” to opowieści historyczne. O czym jest w takim razie “Drogówka”?

Nie jest to film o skorumpowanej polskiej policji, choć główni bohaterowie i intryga kryminału z martwymi gliniarzami w tle obraca sie oczywiście wokół tego środowiska. Moim zdaniem “Drogówka” to przede wszystkim film o polskich mężczyznach. Jest to bezlitosny, brutalny, ale prawdziwy obraz polskiego faceta.

Siedmioro głównych postaci – sześciu policjantów i jedna policjantka – symbolizuje siedem grzechów głównych. Główny bohater – sierżant Ryszard Król (Bartłomiej Topa) – to pycha, sierżant Pertycki (Arkadiusz Jakubik) – nieczystość, i tak dalej i tak dalej. Ten symboliczny sens nadający “Drogówce” wymiar szerszy niż zwykły naturalistyczny rzyg o polskiej policji, jest łatwy do odczytania.

Jak już wspomniałem, wątek kryminalny, polityczny, czy religijny, są interesujące w o wiele mniejszym stopniu, niż to, w jaki sposób Smarzowski opisuje i poniekąd tłumaczy polskiego mężczyznę. Tego przepracowującego się za marne dwa tysiące, o szarej cerze, podkrążonych oczach, niedokładnie ogolonego, niechlujnie i brudno ubranego. Nie posiadającego zainteresowań poza wódką i kobietami za pieniądze, udającego jednocześnie dobrego ojca rodziny. Tego mężczyznę, którego widzimy codziennie o szóstej rano w drodze do pracy, a kilkanaście minut wcześniej we własnym lustrze.

Smarzowski pokazuję tych zmęczonych, wulgarnych mężczyzn z pełnym naturalizmem. Pomysł z ujęciami stylizującymi nagrania telefonem komórkowym uważam za genialny. W ogóle nie ma tu prawie w ogóle przypadkowych scen pod publikę.

Publiczność zgromadzona w kinie doskonale się bawiła, jednak mnie nie było do śmiechu. Dostałem od Smarzowskiego obuchem w potylicę i nie wiem, kiedy przestanie boleć.