Benh Zeitlin – Bestie z południowych krain

hushpuppy

Benhowi Zeitlionowi udało się z powodzeniem połączyć nasączony magią świat widziany oczami dziecka z okrutnym realizmem życia ludzi znajdujących się na kompletnych obrzeżach cywilizowanego świata. Niektórzy krytycy nazywają ten efekt magicznym realizmem, ale „Bestie z południowych krain” to zdecydowanie coś więcej niż zręczne manipulowanie brzydotą i upokorzeniem underclass tak, aby pokazać jej ukryte piękno. To film o upokorzeniu, nędzy, brudzie, chorobach, smrodzie i śmierci, tyle, że pokazany oczami dziecka, które widzi rzeczy zupełnie inaczej.

Absolutnie fenomenalna mała aktorka Quvenzhané Wallis jest tutaj kilkuletnią dziewczyną wychowywaną przez samotnego ojca w slumsach położonych na obrzeżach jakiejś wielkiej metropolii. Życie, którego główną funkcją jest przetrwanie, a najważniejszym zajęciem zdobycie pożywienia, jest jej środowiskiem naturalnym. Żyją na skraju wielkiej zapory, chroniącej miasto przed powodzią. Powódź nadchodzi. Osiedle slamsów spływa w dół rzeki. Ci, ktorzy ocaleli, w w tym Hushpuppy z ojcem ruszają w dół rzeki, aby przetrwać.

Bestie z południowych krain” to nie tylko, a może w żadnym stopniu  film społeczny. Świat cywilizacji, ciepłych mieszkań, sklepów spożywczych i szpitali, gdzie ludzi podłącza się do ściany, jest światem odległym i nienaturalnym. Mała Hushpuppy żyje w świecie przypominającym czasy pierwotne, choć chronologicznie umiejscowionym tu i teraz. W świecie, gdzie ludzie i zwierzęta współpracują ze sobą, dostarczając nawzajem przetrwania i pożywienia, gdzie drugimu po prostu się pomaga, bez względu na to, czy jest twoim wrogiem czy przyjacielem. Zezwierzęcenie bohaterów, doprawione tanim alkoholem, jest bardzo, bardzo ludzkie, a cały film wypełniony jest miłością do człowieka.

W jednej z najbardziej wzruszających scen filmu kilkuletnie osierocone dziewczynki trafiają przypadkiem do obskórnego domu publicznego, gdzie znajdują ukojenie i spokój w objęciach portowych kurew. Bardzo pragnęły ciepła, znalazły je tam, gdzie najmniej można się go było spodziewać.

Reklamy

T.Love – Old is Gold

t.love-old-is-gold

Do T.Love mam stosunek szczególny, choć – by tak to niefrasobliwie ująć – przerywany periodycznymi zdradami, a raczej lepiej by powiedzieć  – separacjami. Nie ma co jednak ukrywać, że wychowałem się na tym zespole i długo stanowił on dla mnie drogowskaz muzycznych zainteresowań. Wtórność muzyczna kolejnych albumów nigdy mi nie przeszkadzała, bo uważam, że jeśli chodzi o prawdziwego rock’n’rolla, niewiele jest nowego do wymyślenia, a czerpanie z wielkich źródeł nie jest niczym złym. Tym bardziej, że największą wartością T.Love były, są i będą teksty Staszczyka. Prawda to jakże banalna.

Konserwatywny manifest tytułu tego podwójnego albumu zbiega się z raczej pesymistyczną wymową liryczną piosenek na nim zgromadzonych. Może to i dobrze. Pięćdziesięcioletni Staszczyk nie udaje tutaj nikogo, to doświadczony życiem rock’n’rollowca szpakowaty facet z brzuszkiem w średnio-starszym wieku. Nie daje wyrazu swoim efemerycznym facynacjom glamem, britpopem, Stonesami, jak na wielu innych albumach, gdzie można było się już pogubić, czy ten T.Love to na serio, czy z przymrużeniem oka.

„Old is Gold” to płyta, która brzmi dosyć stałymi fascynacjami Staszczyka: stary rythm’n’blues („Black Blue”),  americana jak Johnny Cash („Frontline”, „Mętna”, „Stanley”, „Henry Kadzidło”), irlandzki folk spod znaku The Pogues („New York”, „2005”), country („Old is Gold”, „Ostatni taki sklep”, „Country Rebel”), amerykański folk spod znaku Boba Dylana („Lucy Phere”), rocksteady („Wieczorem w mieście – film”), rockabillly i The Clash („Menora Benz”, „Moja kobieta”), hardrock („Syn marnotrawny”), sixties („Jak nigdy”), glamrock („Tamla Lavenda”), a nawet polski post-punk Brygady Kryzys („Skomplikowany Nowy Świat”), etno („Modlitwa”).

Rozrzut jest ogromny, ale – co warto podkreślić – nie czuje się w tym zamiaru pastiszu, jest za to spójność i szczerość. Tym bardziej, że Zygmunt Staszczyk – przekroczywszy „sferę cienia” staje się coraz bardziej bezkompromisowy, antymedialny i nie obawia się nadeptywania co chwilę politycznej poprawności i mejnstrimowym trendom. Pierdoli fejsa i cybernetyczny świat („Skomplikowany Nowy Świat”), składa otwarte deklaracje wiary w Boga („Jeśli Boga nie ma tu”, „Orwell or Not Well”), wymienia inspiracje muzyczne, które dla większości jego obecnych słuchaczy nie mówią nic („Old is Gold”), składa łatwe do odczytania, odważne aluzje do osobistych doświadczeń („Syn marnotrawny”, „Mętna woda”, „Tamla Lavenda”, „Lucy Phere”), wreszcie pisze najpiękniejszą na płycie piosenkę o samotności i nałogach ulubionych poetów („Poeci umierają”), piosenkę poświęconą Władysławowi Broniewskiemu i Markowi Grechucie.

Na „Old is Gold” są trzy momenty, którym wróżę wejście do absolutnego kanonu najważniejszych piosenek T.Love. Obok wspomnianej piosenki o umierających poetach, jest święcąca zaskakujące, przyjmowane z kontrowersjami, triumfy „Lucy Phere” – cover Dylanowskiej „Huck’s Tune” i piękna pod każdym względem folkowa „New York”.

Nie wiem, z jakim przekonaniem wykonują te piosenki koledzy z zespołu, bo „Old is Gold” mogłaby równie dobrze być autorską produkcją Staszczyka. Przedsiębiorstwo o nazwie „T.Love” zadziałało tym razem świetnie, to już zawsze będzie albo stary zespół, albo zespół, który nie istnieje. Choć obawiałem się, co z tego wyjdzie, na razie wolę to pierwsze.