Marco Malvaldi „Gra w ciemno”

 

Gra w ciemno_CMYK.jpg

Jakie tajemnice może kryć miasteczko, w którym wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich? Mówi się przecież, że najgorsze do życia są właśnie takie małe miasteczka, które dają tylko pozór spokoju i intymności. Bo w takich miejscach każdy przez cały czas każdego obserwuje, ocenia i kontroluje.

Akcja „Gry w ciemno” toczy się w Pinecie – niewielkim miasteczku u wybrzeży Morza Toskańskiego, gdzieś między Livorną a Pizą. Tamtejsze życie płynie powoli, a jego centrum jest kawiarnia Lume prowadzona przez Massimo Vivaniego – na co dzień barmana – który nie do końca na własne życzenie staje się domorosłym detektywem.

Kompletnym przypadkiem, w środku jednej z upalnych, śródziemnomorskich nocy, przyjeżdża do baru pijany młodzieniec i twierdzi, że kilka kilometrów dalej, na parkingu przy plaży, znalazł w kontenerze na śmieci ciało młodej dziewczyny. Na komisariacie, gdzie dzwoni, nie dają mu wiary, więc barman jedzie z chłopakiem na parking i – owszem – odkrywa tam ciało osiemnastolatki.

Małe miasteczko na włoskiej prowincji, w którym dochodzi do tajemniczego morderstwa młodej dziewczyny – obie te rzeczy mogą  sugerować, że jest to kryminał mroczny, ciężki i dołujący. A jest dokładnie na odwrót. Punktem centralnym akcji jest wspomniana kawiarnia Lume, w której przesiaduje całymi dniami loża szyderców, ale bardziej należałoby powiedzieć: grecki chór – czterech osiemdziesięcioletnich, dziarskich staruszków – radykalnie złośliwych, prześmiewczych i skażonych do kości niepoprawnością polityczną. I nadto doskonale poinformowanych we wszystkich sprawach – w małym miasteczku plotki rozchodzą się błyskawicznie. Skojarzenie z greckim chórem nie może być przypadkowe – tych czterech zażywnych mężczyzn nie bierze bezpośrednio udziału w akcji kryminału, ale jest jego ważnym – komentującym – elementem, jak w antycznym dramacie.

Tych czterech zabawnych staruszków, palących non-stop papierosy, grających w karty i plotkujących ponad miarę oraz klimat środka lata w śródziemnomorskim kurorcie, gdzie siesta trwa cały dzień, a podstawowym pożywieniem są kawa, tapasy, anyżówka i lagery, stanowią o przyjemności kontaktu z tą książką. Lekkość ta przenosi się na wątek kryminalny, który jest banalny do rozwiązania jeszcze przed półmetkiem całej historii. Główny bohater jest być może spostrzegawczy, ale brak mu charakteru. Wyobrażałem go sobie jak jednego z tych wielu nabzdyczonych włoskich restauratorów oburzonych, gdy klient poprosi o cappuccino przed południem.

Jest w tej niewielkiej objętościowo książce coś sympatycznego i dostarczającego przyjemności czytania. Może ten lekki acz zgryźliwy humor staruszków z kawiarni Lume? Może ten klimat włoskiej prowincji w środku sezonu urlopowego? A może ta pozbawiona niepokoju i domysłów fabuła kryminalne? A może to wszystko po trochu?

Reklamy

Robert Krasowski – Po południu

Ambitny projekt Roberta Krasowskiego – trzytomowa, autorska historia polityczna III Rzeczpospolitej – zapowiada się obiecująco, jeśli sądzić po lekturze pierwszej części, obejmującej lata 1989-1995. Nie należy traktować tej pracy jako kalendarium, czy nawet jako obiektywnej naukowo opowieści historycznej. Jest to całkowicie autorska, niezwykle oryginalna, interpretacja najnowszych dziejów Polski, która stawia w zupełnie nowym świetle wiele faktów przyjętych w mediach głównego za pewne i niepodważalne.

Lekkości stylu, sprawiającej, że lektura jest przyjemnością, towarzyszy imponująca wnikliwość i oryginalność interpretacji Krasowskiego. W zasadzie można powiedzieć, że odwraca on do góry nogami większość ugruntowanych teorii na temat istoty okrągłostołowego przełomu, “wojny na górze”, pierwszych gabinetów po 1989 roku, roli Wałęsy i Kwaśniewskiego w tym okresie czy odrodzenia i ostatecznego przejęcia władzy przez postkomunistów.

Krasowski okazuje się być zdolnym psychologiem, celnie opisując charakterologiczne profile głównych rozgrywających polskiej polityki tamtych lat i zgrabnie przykładając je do ówczesnych decyzji i wydarzeń. O Wałęsie pisze jako o genialnym politycznym amatorze, który – pozbawiony inteligenckiego backgroundu – jako jedyny po 1989 roku wykazał się politycznym geniuszem, myślał o państwie z perspektywy nie doraźnej, a strategicznej. Walka Wałęsy z rozdrobnionym partyjnym planktonem wynikała, zdaniem Krasowskiego, nie z dyktatorskich ambicji prezydenta, lecz z trafnej diagnozy przyczyn słabości polityki w tamtym okresie. Stąd też niechęć Wałęsy (poprzedzona okresem miłości) do stylu rządzenia uprawianego przez środowisko ówczesnej Unii Demokratycznej, a potem Unii Wolności. Krasowski pokazuje ogólnie ogromne różnice w obozie solidarnościowym, uniemożliwiające przejęcie władzy i skuteczne dążenie. Z drugiej strony, opisuje on pięknie, w jaki sposób triumwirat Cimoszewicz-Kwaśniewski-Miller, uzupełniając się wzajemnie, odbudowali pozostające w riuinie środowiska pezetpeerowskie, zapewniając im polityczne bezpieczeństwo.

Zdaniem Krasowskiego, upadek postsolidarnościowych elit był nieuchronny z powodu nie zdawania sobie sprawy z prawdziwych mechanizmów rządzących nowoczesną polityką. Solidarnościowe rządy naprawdę chciały zmieniać kraj, choć tego nie potrafiły. Postkomuniści, którzy przyszli wraz z premierostwem Oleksego i prezydenturą Kwaśniewskiego, byli teoretycznie o wiele sprawniejsi i skuteczni w działaniu, ale świadomie tkwili w stagnacji, gdyż nie podejmowanie ryzyka opłacało się bardziej od projektu modernizacyjnego. Posierpniowcy się na to oburzali, jednak w ostatecznym rachunku to postkomuniści mieli rację.

Politykami solidarnościowymi, którzy jako pierwsi zdali sobie sprawę z tej logiki współczesnego rządzenia, byli Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. I to oni przetrwali jako jedyni spośród kolegów ze styropianu.

Lata 1989-1995 to, według Krasowskiego, okres erozji młodego systemu partyjnego w Polsce. Lata, poza krótkim okresem rządów Mazowieckiego i Bieleckiego, zmarnowane. Zmarnowane przez polskich polityków. Autor “Po południu” uważa, że sukces modernizacyjny Polski to nie zasługa tutejszych elit politycznych, ale różnego rodzaju sił Zachodu (Unia Europejska, Bank Światowy itd.) oraz zwykłych obywateli. Tam, gdzie pozostawiano im wolność, tam sami sobie świetnie radzili. Obszary pozostające w rękach państwa, takie jak służba zdrowia, koleje, edukacja, nauka, kuleją do dziś.

Książka, którą napisał Krasowski, nie spodoba się prawdopodobnie nikomu, bo nie wpisuje się w żaden z istniejących schematów interpretacyjnych najnowszej historii Polski. Pewnie dlatego tak mało się o niej pisze w mediach. Niesłusznie, bo jest ona bardzo wartościowym przewodnikiem po dziejach III RP, którego po prostu nie wypada nie znać.

Nancy Regan – Warszawa Gdańska

Zagranie dobrego, inteligentnego punkrocka w Polsce w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku brzmi trochę jak oksymoron ale w tym przypadku trzeba zmierzyć się z tym paradoksem. Bo choć uważam, że na tej płycie znalazły się tylko cztery dobre kawałki, to wystarczy, aby zakochać się od pierwszego odsłuchu w tym warszawskim zespole. Tym bardziej, że choć cztery, to genialne absolutnie.

O zespole i płycie można dużo poczytać w sierpniowej Lampie, gdzie mózg zespołu Martyna Załoga opowiada o swojej drodze, o tym, kto i jak ją ubogacił do tego stopnia, że napisała takie świetne teksty i ułożyła akordy do tych piosenek, które znalazły się na płycie. Jest ona jedynym znanym mi przypadkiem polskiej wokalistki, która ze szczerością przyznaje, że nie potrafi śpiewać po angielsku i tak w ogóle to woli polski.

A śpiewa świetnie. jest to właściwie wrzeszczenie, ale takie, że po prostu naturalne, a po drugie, choć z te słowa są prosto z trzewi wydobywane, to wszystko słychać. Słychać o czym są te piosenki, a teksty to największa zaleta tych piosenek.

Wielbiciele GaGi lub Włochatego, piosenek o złym systemie i tym, kto jest, a kto nie jest prawdziwym pankiem i że pank nie umarł i że olewa system, o ile nie sflekowali ich do końca naziole, nie zrozumieją o co chodzi Nancy Regan. Spadkobiercy The Billa, Beer Googles i Defektu Muzgó, o ile pozostało po nich coś więcej niż dobrze zamarynowana wątroba i kości, też raczej nie skumają tych tekstów. No bo Martyna śpiewa o sobie, o swoich facetach („mój narzeczony jest całkim spory, lecz co do seksu ma opory, więc sprawa w sumie jest zamknięta, wyprowadza się na święta), klubach, w których „brzydkie chłopaki, nudne dziewczyny, pakują się w klubowych kiblach na Nowym Świecie” , Warszawie (świetna Gabi się nudzi, w Wodniku: „z małej wioski przyjeżdżają, klub Akwarium zamykają”), narkotykach (Superniania – narkomani jako małe dzieci z katarkiem czekające na supernianię, która skuterem wiezie im „koszyczek z prezentami”).  Gdybym miał się zastanawiać, do kogo trafi Nancy Regan, to obstawiałbym raczej ludzi z dużego miasta, którzy zatrzymali się kiedyś na przystanku „punkrock”, mają niekoniecznie 17 lat i niekoniecznie stawiają sobie włosy na jajko z cukrem. Co nie zmienia faktu, że jest to muzyka antysystemowa i bardzo szczera. Do mnie trafia kompletnie, choć, cytując Marcina Biernata z równie świetnego bendu „Maki i Chłopaki„, jestem z tych, co „już nie tańczą pogo do sufitu, raczej szukają wolnych stolików„.

Zmierziła mnie okrutnie informacja, którą na swoim fejsbukowym profilu umieściła Martyna „Nancy” Załoga, że AntyRadio nie chce grać tej muzyki. No jasne, nie oczekuję usłyszeć Nancy Regan w radiowej Jedynce w popołudniu Lata z Radiem, ale dlaczego muszę jechać do Bielska Podlaskiego, gdzieś na koniec świata, żeby posłuchać na żywo najciekawszego młodego zespołu punkowego w Polsce? No dlaczego?

Jan Hřebejk – Czeski błąd

Czeski błąd (2009)A wydawało się, że Polacy potrafią kręcić całkiem niezłe filmy o lustracji. Zarówno „Rysa„, jak i „Różyczka” to były naprawdę niezłe filmy. Wydawało się, że ciężki, mroczny, naładowany napięciem i emocjami temat lustracji to wymarzony temat dla polskiego scenarzysty, reżysera i widza. „Czeski błąd” Jana Hřebejka też opowiada o teczkach, donosach i grach ze służbą bezpieczeństwa. Pod każdym względem jest to film doskonalszy od polskich prób podjęcia tego tematu w kinie.

Najważniejsza scena tego znakomitego filmu o lustracji została wypowiedziana po polsku. W jednej z ostatnich scen przypadkowa turystka z Polski pyta jednego z głównych bohaterów o drogę do dworca. – Może Pani pojechać metrem, linią A lub B – odpowiada wesoło Czech. – To linia B też jest? – Ależ owszem, jest też C i D! Symbolika i przekaz tej sceny są jasne – Czesi wskazują Polakom drogę. Pokazują, jak należy zmagać się ze zbiorową przeszłością.

Nie jest to film wesołkowaty, czego niektórzy mogliby się spodziewać po Czechach. Nie drwi z ówczesnych problemów. Wręcz przeciwnie, napina cięciwę do granic, przenosi ciężąr emocjonalny wydarzeń sprzed czterdziestu lat do współczesności. Pokazuje, że kompromisy, słabości, a nawet zwykłe ludzkie podłości nie zależą od ustroju, czasu czy miejsca. Są stałe i pewne, a nieprzewidywalne są tylko skutki, o których możemy dowiedzieć się po latach i które mogą wywrócić wszystko do góry nogami.

Film zbudowany jest więc kaskadowo. Początek przypominał mi bardzo „Plac Zbawiciela” Krauzego. Rosnące, kumulowane napięcie między małżonkami i rozgrywana jak w powieściach Kundery intryga Ludka, która ma usprawiedliwić romans. Szuka i znajduje – skomplikowaną intrygę służb bezpieczeństwa, w którą wmanewrowani są rodzice Lucie.

Najtrwalej pozostającą w pamięci rolę gra czeski fotografik i aktor Antonin Kratochvil. To on jest pokrzywdzonym i ostatnim sprawiedliwym, a jednocześnie nauczycielem. To on właśnie wskazuje zbłądzonej Polce (Polsce) drogę. Na czym polega ta rada, jaką dają nam bracia Czesi? Tego można się łatwo domyśleć. Po pierwsze dystans, po drugie – przebaczanie bez zapominania, po trzecie – humor i ironia. Połączenie tych składników uosabiane jest postacią Borka: nieco szalonego opozycjonisty, zmuszonego do emigracji, który wraca do Czech po to, aby rozwiązać problem rozliczenia donosicieli deklamowaniem im listy 50 najgorszych epitetów,  jakimi można określić bliźniego.

Ivan Vyrypayev – Tlen

Ludzie Wschodu mają obsesyjną wręcz potrzebę syntetyzowania. Czegokolwiek się tkną, musi to być fundamentalne, ogólne, sięgające podstaw, ogarniające wszystko i wszystkich. Taka jest rosyjska filozofia, taka jest literatura, taki jest i film. W kontakcie z rosyjską sztuką trzeba mieć po prostu albo cierpliwość to tej ich wschodniej obsesji, albo po prostu to lubić.

Vyrypayev nie wymaga od widza cierpliwości. W „Tlenie” wszystko dzieje się tak szybko i tak barokowo, że siedemdziesiąt minut mija w piętnaście. Ten film to składająca się z dwunastu muzycznych epizodów utrzymanych w konwencji teledysku opowieść o dwóch żywiołach rządzących ludzkością: o miłości i śmierci. Oba zostały pokazane naturalistycznie, a każdy ewolucjonista dostrzeże w burzliwym związku Sańki z dużego miasta (Karolina Gruszka) z Saniokiem z miasta małego (Aleksei Filimonov) znakomite potwierdzenie szeregu potwierdzeń praw o strategiach doboru naturalnego, adaptacyjności, agresji i prokreacji. Pomimo większości metafizycznych interpretacji i barokowo-postmodernistycznej formy uważam bowiem ten film za wschodni również z powodu swojej emocjonalnej dosłowności, by nie dodać – zwierzęcości.

Stykają się więc w tym obrazie synteza z dosłownością, a wszystko to oblewa ponad godzinny nie kończący się teledysk. Liniowy porządek nie jest zachowany, mamy raczej do czynienia z porządkiem cyklicznym. Początek jest tam gdzie koniec, a koniec tam, gdzie początek. Klasyczną narrację łamie również rezygnacja z wyodrębnienia narratora i bohatera.

W tym wszystkim najlepiej wypada Karolina Gruszka. Vyrypayev chyba specjalnie dla niej napisał tę rolę. Rude włosy Karoliny grają trzecią główną rolę w tym filmie. Pięknie opanowała język rosyjski, chociaż jedną z najważniejszych i najlepszych aktorsko scen odgrywa po polsku. Karolina gra dziewczynę z Moskwy, która ucieka od swojego bogatego męża z szalonym chłopakiem z prowincji. Każdy z dwunastu teledysków to oddzielna, zamknięta opowieść o tej miłości. Zdekonstruowany formalnie świat przypomina mi „Perwersję” Andruchowycza, a mantrowa, powtarzająca się struktura – spektakle Wierszalina.

Na koniec najważniejszy symbol, który pozwala zrozumieć i przeżyć ten film (bo jest to film do bardzo głębokiego emocjonalnie przeżycia). Tytułowy tlen. Źródło życia tkwi w płucach. Nie w rozumie, nie w sercu i nie w brzuchu, lecz właśnie w płucach. Rytmem życia zarządza tlen, i film Vyrypayeva gra w zgodzie z rytmem wdechu i oddechu, wraz z nimi przyspiesza i zwalnia.

Na YouTube można obejrzeć cały film pocięty na poszczególne epizody. Poniżej jeden z moich ulubionych.

Wojciech Smarzowski – Dom zły

Myślę, że to dobry sezon dla polskiego filmu. Głównie dlatego, że w końcu zaczęliśmy się mierzyć z polską historią najnowszą. „Rewers” obejrzałem z zachwytem, z niecierpliwością czekam na „Wszystko co kocham” (widziałem wczoraj robiący wrażenie trailer), a teraz obejrzałem „Dom zły” Smarzowskiego. Po „Weselu” można było mieć wysokie oczekiwania. A odpowiedź na pytanie, czy zostały one zaspokojone, jest trudna.

Akcja filmu toczy się chronologicznie na dwóch płaszczyznach, ale w tym samym miejscu. Przenosimy się w mroźne czasy stanu wojennego, do gminy Lutowiska (jakże mi bliskiej) w sam środek Bieszczadów. W częściowo spalonym i zdewastowanym gospodarstwie toczy się wizja lokalna w sprawie zabójstwa i podpalenia. Jest mróz i wszyscy piją.

Dwa lata wcześniej do tej samej chałupy Zdzisława i Bożeny Dziabasów zawędrowuje przypadkiem nowy pracownik miejscowego PGR-u, zootechnik Edward Środoń. Z początku niewinna, choć intensywna libacja alkoholowa kończy się tragicznie. Właśnie tego dotyczy dochodzenie i wizja lokalna, a głównym podejrzanym jest Edward Sochoń.

Cóż, historia jakich wiele, tak jak wiele jest takich wesel, jak to pokazane w poprzednim filmie Smarzowskiego. Artysta jest konsekwentny w pokazywaniu tej Polski, której się wstydzimy, a która otacza nas na każdym kroku. Polski przepełnionych pociągów z niedomytymi pasażerami, Polski popołudni i wieczorów spędzanych przed telewizorem, polski o zapachu wódki pitej ze szklanek i zagryzanej ogórkami kiszonymi wydobywanymi ze słoika brudnymi paluchami. Polski kaca leczonego klinem zaraz po przebudzeniu.

Wszystko to dostajemy w filmie Smarzowskiego. Jest to film smutny i gorzki, tak jakby pijacka gnuśność polskiego wesela wyczerpała już wszystkie pokłady optymizmu, jakie można wydobyć z tej rzeczywistości. Pozostały już tylko mróz i zaspy zimą i błoto latem.

Właśnie te rzeczy interesowały mnie w tym filmie najbardziej – ów klimat polskiej prowincji, gdzie wszyscy piją i są dla siebie serdeczni tylko pomiędzy drugim a trzecim promilem, bo kiedy wódki w żyłach jest mniej, niż dwa, jest podejrzliwość, a kiedy więcej niż trzy – jest nienawiść i agresja. W filmie zagrali prawie ci sami aktorzy, co w „Weselu”, co jeszcze bardziej przekonywało, że ten świat jest wszędzie, tu i teraz.

Wątek kryminalny poprowadzony w „Domu złym” kupy się trzyma, choć w pewnym momencie intryga pomiędzy porucznikiem policji i prokuratorem z Krosna robi się zbyt zagmatwana. Wydaje mi się też, że Smarzowski jest lepszym socjologiem niż psychologiem w tym sensie, że obserwacje językowe czy obyczajowe wychodzą mu lepiej niż rysowanie dramatu i przeżyć psychologicznych postaci. Dobrym przykładem jest tu chyba jedna z ostatnich scen, gdzie Zdzisław Dziabas siedzi na łóżku przy leżącym obok synu z poderżniętym gardłem. Miało być tragicznie i przejmująco, a wyszła jedna z niewielu w filmie scen, w których „nuda, panie, nic się nie dzieje”…

Anton Czechow „Mewa” w adaptacji Kompanii Doomsday (reż. Hendrik Mannes)

Wszyscy, którzy widzieli dramatyczną adaptację „Mewy” Czechowa w wykonaniu Kompanii Doomsday, a nie czytali wcześniej dramatu, na sto procent nie wiedzą, o co w nim chodzi po obejrzeniu przedstawienia młodych białostockich aktorów. Dla zainteresowanych, o czym jest sztuka, którą wczoraj obejrzeli, podaję link.

Spektakl był tragiczny. Obawiam się, niestety, że nie z winy przejściowej niedyspozycji zespołu aktorskiego czy złych fluidów krążących nad Węglówką. Autorzy po „mistrzowsku” zepsuli wielką sztukę będącą dramaturgiczną klasyką. Nie da się ukryć, że robili to z pewnym młodzieńczym urokiem i wielkim zaangażowaniem. Kiedy jednak mamy do czynienia nie z przedstawieniem w szkole teatralnej, ale z poważnym występem, gdzie i promocja, i bilety, wówczas nie wystarczy młodość i zaangażowanie, potrzeba czegoś więcej.

„Mewa” w interpretacji Kompanii Doomstay jest chaotycznym zlepkiem nie wiążących się ze sobą w jakikolwiek sposób scen, w których aktorzy powtarzają do znudzenia kilka – na początku dość interesujących i chwilami zabawnych – chwytów. Głównym zamysłem reżysera Hendrika Mannesa było prawdopodobnie zatarcie granicy pomiędzy teatrem a rzeczywistością, bohaterem a aktorem, ponieważ przez cały spektakl uczestniczymy w ni to w dramacie Czechowa, ni to w przygotowywaniu dramatu Czechowa. Pomysł to – przyznajmy – raczej oklepany, a jeśli zdecydowano się już go podjąć, należałoby włożyć w to zadanie więcej inwencji. Zamiast tego mamy powtarzanie tekstu w różnych językach (co niby ma być śmieszne), obijanie się plastikowymi rybami, kręceniem pedału od roweru i zakładanie sobie nawzajem woalek i kapeluszy. Zapomniano zupełnie o humorze Czechowa, serwując w zamian dowcip rodem z objazdowego teatrzyku dla gawiedzi.

Twórcy tego przedstawienia ne mają wiele na swoje usprawiedliwienie. Aktorzy grający w spektaklu byli trochę niewolnikami przyjętej przez reżysera albo też ich samych niby-to-konwencji i wykonywali swoją dolę z dużym zaangażowaniem. Poziom gry aktorskiej był bardzo zróżnicowany, a najlepiej spośród czwórki odtwórców wypadł chyba Marcin Bikowski. Tylko jemu udało się wejść w rolę (a raczej role), o czym świadczyła chociażby trzeźwa reakcja na nieprzewidziany wypadek jednego z widzów (jakość urządzeń do siedzenia przez cały czas jest najsłabszą stroną Węglówki; prz okazji, irytujące i kłopotliwe jest wychodzenie z budynku, wąską szparą w drzwiach, na klęczkach, pod zardzewiałym łańcuchem).

Za dużo było w tym spektaklu chaosu, zbyt wiele przypadkowych i nie wnoszących nic elementów. A najgorsze jest prawdopodobnie to, że to „coś”, co zobaczyłem poprzedniego wieczoru nie miało prawie żadnego związku z Czechowem i – równie dobrze – za scenariusz mógłby posłużyć skrypt ostatniego odcinka „Na Wspólnej”. Szkoda tylko aktorów i ich energii, którą zmarnowali, angażując się w przedsięwzięcie stworzone przez Mannesa, które albo ich przerosło, albo jako takie nie jest warte ich trudu.