Rafał A. Ziemkiewicz – Jakie piękne samobójstwo

W swojej najnowszej książce Rafał Ziemkiewicz zastanawia się, dlaczego Polacy są największymi frajerami na świecie i co z tego wynika. Teza ta nie wydaje mi się szczególnie śmiała, jednak jej podniesienie i historyczne uzasadnienie, czego podejmuje się autor, uważam za słuszne i chwalebne.

Dwie cechy publicystyki Ziemkiewicza stanowią jednocześnie o jej słabości. Posiada on bowiem niespotykaną lekkość narracji, która pozwala mu pisać zdania płynnie opowiadające to, co autor ma do opowiedzenia.  Podejrzewam, że Ziemkiewicz pisze bez skreśleń. Ta lekkość sprawia jednak, że tekst może okazać się dla czytelnika przegadany, pełen powtórzeń, dygresji i nieuporządkowania. Ziemkiewicz po prostu pisze swoją opowieść tak, jak mu się ona układa w głowie. Dla wielu autorów byłby to szkic, dla Ziemkiewicza jest to efekt finalny.

Drugą zaletą i jednocześnie słabością publicystyki Rafała Ziemkiewicza jest odwaga w stawianiu niepopularnych poglądów. Choć myśl przwodnia książki “Jakie piękne samobójstwo” nie jest już zbyt odkrywcza, bo stawia ją ostatnio śmiało Piotr Zychowicz, a wcześniej przez lata próbował się z nią przebić prof. Paweł Wieczorkiewicz. Ci trzej, a za nimi szereg innych mówią, że polityka zagraniczna sanacji z Beckiem na czele była pozbawiona wszelkich racji i doprowadziła Polskę do katastrofy.

Klasę polityczną II RP uważa Ziemkiewicz za bandę nieudaczników, mitomanów i amatorów, kierujących się w sprawach strategicznych dla Polski interesem własnym lub – w najlepszym przypadku – swojej frakcji politycznej. Interes narodowy, w rzekome imię którego sanacja doprowadziła w Polsce do systemu autorytarnego, był w istocie pustym frazesem, który jeszcze bardziej opustoszał po śmierci Piłsudskiego. W ten sposób Polska – jak uzasadnia Ziemkiewicz – odrzuciła przyjazne gesty Niemiec dążące do konfrontacji z Sowietami, prowokując – na własne życzenie – pakt ponad naszymi głowami i rozbiór państwa we wrześniu 1939 roku. Równie fatalna i pełna błędów polityka Rydza-Śmigłego, Andersa, Chruściela i Sikorskiego doprowadziła do największych spośród państw Europy strat ludzkich, jakie poniosła Polska w trakcie II wojny światowej, a następnie do utraty niepodległości na kolejne 45 lat.

Trudno nie czytać książki Ziemkiewicza przez pryzmat współczesności, do czego autor mocno zachęca. Romantyzm w polityce, mierzenie siły wielkością poświęcenia i ofiar, bezkrytyczna i naiwna ufność w puste obietnice “sojuszników” – wszystko to jest spuścizną, która ciągnie się za Polakami od czasów rozbiorowych. Wtedy była to może jedyna polityka, dająca jakiekolwiek szanse na wolność. Przegonienie Sowietów w 1920 roku dało nam złudne wrażenie potęgi, które zostało rozwiane niecałe 20 lat później. Nasze elity nie wyciągnęły żadnych wniosków z klęski poniesionej w II wojnie światowej i w tkwią w tym amoku po dzisiaj.

W dyskusji na temat zasadności “kapitału krwi” i tego, czy w polityce liczy się siła, czy poświęcenie, opowiadam się po stronie Ziemkiewicza i Zychowicza. Dlatego uważam tę książkę za ważną i potrzebną, choć nie za bardzo wierzę, że nauczyciele w liceum będą o niej mówić uczniom. Mit szlachetnych, kierujących się sercem i wiarą w słuszność nawet przegranej sprawy Polaków jest wśród owych Polaków zakorzeniony na tyle mocno, że nie będę zdziwiony atakami na Ziemkiewicza ze strony tych, dla których jest to wyłącznie bicie piany, gdybologia, szukanie sensacji i podważanie mitów fundujących wspólnotę.

Reklamy

Robert Krasowski – Po południu

Ambitny projekt Roberta Krasowskiego – trzytomowa, autorska historia polityczna III Rzeczpospolitej – zapowiada się obiecująco, jeśli sądzić po lekturze pierwszej części, obejmującej lata 1989-1995. Nie należy traktować tej pracy jako kalendarium, czy nawet jako obiektywnej naukowo opowieści historycznej. Jest to całkowicie autorska, niezwykle oryginalna, interpretacja najnowszych dziejów Polski, która stawia w zupełnie nowym świetle wiele faktów przyjętych w mediach głównego za pewne i niepodważalne.

Lekkości stylu, sprawiającej, że lektura jest przyjemnością, towarzyszy imponująca wnikliwość i oryginalność interpretacji Krasowskiego. W zasadzie można powiedzieć, że odwraca on do góry nogami większość ugruntowanych teorii na temat istoty okrągłostołowego przełomu, “wojny na górze”, pierwszych gabinetów po 1989 roku, roli Wałęsy i Kwaśniewskiego w tym okresie czy odrodzenia i ostatecznego przejęcia władzy przez postkomunistów.

Krasowski okazuje się być zdolnym psychologiem, celnie opisując charakterologiczne profile głównych rozgrywających polskiej polityki tamtych lat i zgrabnie przykładając je do ówczesnych decyzji i wydarzeń. O Wałęsie pisze jako o genialnym politycznym amatorze, który – pozbawiony inteligenckiego backgroundu – jako jedyny po 1989 roku wykazał się politycznym geniuszem, myślał o państwie z perspektywy nie doraźnej, a strategicznej. Walka Wałęsy z rozdrobnionym partyjnym planktonem wynikała, zdaniem Krasowskiego, nie z dyktatorskich ambicji prezydenta, lecz z trafnej diagnozy przyczyn słabości polityki w tamtym okresie. Stąd też niechęć Wałęsy (poprzedzona okresem miłości) do stylu rządzenia uprawianego przez środowisko ówczesnej Unii Demokratycznej, a potem Unii Wolności. Krasowski pokazuje ogólnie ogromne różnice w obozie solidarnościowym, uniemożliwiające przejęcie władzy i skuteczne dążenie. Z drugiej strony, opisuje on pięknie, w jaki sposób triumwirat Cimoszewicz-Kwaśniewski-Miller, uzupełniając się wzajemnie, odbudowali pozostające w riuinie środowiska pezetpeerowskie, zapewniając im polityczne bezpieczeństwo.

Zdaniem Krasowskiego, upadek postsolidarnościowych elit był nieuchronny z powodu nie zdawania sobie sprawy z prawdziwych mechanizmów rządzących nowoczesną polityką. Solidarnościowe rządy naprawdę chciały zmieniać kraj, choć tego nie potrafiły. Postkomuniści, którzy przyszli wraz z premierostwem Oleksego i prezydenturą Kwaśniewskiego, byli teoretycznie o wiele sprawniejsi i skuteczni w działaniu, ale świadomie tkwili w stagnacji, gdyż nie podejmowanie ryzyka opłacało się bardziej od projektu modernizacyjnego. Posierpniowcy się na to oburzali, jednak w ostatecznym rachunku to postkomuniści mieli rację.

Politykami solidarnościowymi, którzy jako pierwsi zdali sobie sprawę z tej logiki współczesnego rządzenia, byli Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. I to oni przetrwali jako jedyni spośród kolegów ze styropianu.

Lata 1989-1995 to, według Krasowskiego, okres erozji młodego systemu partyjnego w Polsce. Lata, poza krótkim okresem rządów Mazowieckiego i Bieleckiego, zmarnowane. Zmarnowane przez polskich polityków. Autor “Po południu” uważa, że sukces modernizacyjny Polski to nie zasługa tutejszych elit politycznych, ale różnego rodzaju sił Zachodu (Unia Europejska, Bank Światowy itd.) oraz zwykłych obywateli. Tam, gdzie pozostawiano im wolność, tam sami sobie świetnie radzili. Obszary pozostające w rękach państwa, takie jak służba zdrowia, koleje, edukacja, nauka, kuleją do dziś.

Książka, którą napisał Krasowski, nie spodoba się prawdopodobnie nikomu, bo nie wpisuje się w żaden z istniejących schematów interpretacyjnych najnowszej historii Polski. Pewnie dlatego tak mało się o niej pisze w mediach. Niesłusznie, bo jest ona bardzo wartościowym przewodnikiem po dziejach III RP, którego po prostu nie wypada nie znać.

Wojtek Smarzowski – Róża

W swoim najnowszym filmie, powszechnie wychwalanym przez krytyków i publiczność, Wojtek Smarzowski odchodzi zdecydowanie tego, do czego przyzwyczaił widzów w „Weselu” i „Domu złym”. Efekt końcowy, w sensie psychicznego rozpieprzenia w momencie zakończenia seansu, jest co prawda podobny, ale środki artystycnego wyrazu zastosowane, by efekt ten osiągnąć, zdecydowanie inne. Smarzowski w „Róży” rezygnuje z wątków komediowych, obecnych w poprzednich filmach. „Róża” jest opowieścią w wskroś smutną. Wątki historyczno-polityczne, nieobecne w „Weselu” i stanowiące raczej pretekst do pokazania czegoś głębszego w „Domu złym”, tu stanowią główną oś opowieści, przez co dla wielu zagranicznych widzów „Róża” może być historią mało zrozumiałą. No i, po trzecie, Smarzowski rezygnuje tutaj z tego dosłownego naturalizmu, do którego przyzwyczaił nas w poprzednich filmach. Dodać tu można jeszcze, i to będzie niestety zarzut do reżysera, nie uchronił się przed hollywódzkim patosem głównego bohatera, który jest postacią czystą, szlachetną, morlanym diamentem w świecie „ludzkich ścierw”.

A cała historia jest w rzeczywistości trochę hollywoodzka. Były żołnierz podziemia, cudem ocalały z Powstania Warszawskiego, gdzie jest naocznym świadkiem zamordowania żony, dociera na Mazury. Rok 1945, trwa akcja wysiedlania niemieckojęzycznej ludności. Tadeusz (Marcin Dorociński) dociera do domu wdowy Róży Kwiatkowskiej, Mazurki, aby przekazać jej pamiątki po mężu, żołnierzu Wehrmachtu. Róża (Agata Kulesza) żyje w ciągłym strachu przed panoszącymi się w okolicy, szabrującymi i gwałcącymi kobiety Sowietami. Na poddaszu ukrywa swoją nastoletnią córkę Jadwigę (Malwina Buss). Tadeusz podejmuje próbę uratowania śmiertelnie chorej Róży i jej córki przed czającym się z każdej strony okrucieństwem.

Dorociński gra tutaj trochę takiego polskiego Clinta Eastwooda z „Gran Torino” – jeden sprawiedliwy przeciwko wszystkim, w obronie wartości, rodziny, sprawiedliwości. Zaminowując otoczenie pięknego mazurskiego gospodarstwa z czerwonej cegły, strzelając do nachodzących tę twierdzę prześladowców jest w gruncie rzeczy trochę groteskowy i nieautentyczny. To, co w poprzednich filmach było wielką siłą narracji Smarzowskiego – poczucie, że to się mogło wydarzyć naprawdę, że było pewną powszechnością – tutaj staje się udramatyzowaną nieco ponad miarę opowieścią, wyciskaczem może nie łez, ale wściekłości na pewno.

Nie zmienia to faktu, że film jest nakręcony i zagrany bardzo dobrze i gdyby nie hermetyczna tematyka, na pewno miałby szansę spodobać się szerszej niż polska publiczność. Dorociński udowadnia po raz kolejny, że jest w wielkiej aktorskiej formie i że każdą rolę przeżywa na bardzo poważnie, że rozumie, na czym polega jego postać.

„Róża” to film, który nie wywala bebechów na wierzch, który nie pozbawia wiary w człowieka, w czym Smarzowki jest specjalistą wybitnym. A jednak film ważny i mocny. Tylko dla dorosłych.

Białystok – przewodnik historyczny Andrzeja Lechowskiego

Autor książki, Andrzej Lechowski, to na codzień dyrektor Muzeum Podlaskiego w Białymstoku. Z kolei co tydzień możemy w Gazecie Wyborczej czytać jego genialne felietony historyczne o mieście: tym międzywojennych i tym z pierwszych dekad powojennych. To, co pan Andrzej wyprawia w tych krótkich tekstach jest majstersztykiem i nie ma drugiej osoby w mieście, która pisałaby tak żywo, z dowcipem i przyklaskiem (do Mistrza zbliża się na jedną długość tylko Koronkiewicz).

Miłośników felietonów Lechowskiego jest na pewno w Białymstoku wielu. Chodząc po księgarniach mogą – tak jak ja – wypatrywać jego książek w poszukiwaniu trwałego produktu niewątpliwego talentu. Jeśli zdarzy im się wyłowić jaskrawożółty przewodnik historyczny po mieście nie powinni się zdziwić, że zamiast oczekiwanej złotej rybki dostaną zgniłą flądrę.

Ten liczący sześćset stron grubo oprawiony tom kosztuje sześćdziesiąt złotych. Dla każdego, kto interesuje się miastem, wydatek ten to gratka, jeśli spojrzy tylko na tytuł i choćby pobieżnie przekartkuje książkę. Dużo archiwalnych ilustracji, masa biogramów, stare szyldy, reklamy. Najważniejsze ulice, obiekty, dzielnice miasta pogrupowane w kilkunastostronnicowe rozdziały. Rozpoczynamy od rynku, potem ulica Sienkiewicza, Lipowa, Warszawska, parki, cmentarze i tak dalej. Wszystko zredagowane w stylu „retro”. Prawdziwa kopalnia wiedzy o przeszłości miasta.

Lektura przynosi rozczarowanie. I nie jest to rozczarowanie związane z niedociągnięciami merytorycznymi. Tutaj Lechowski jest autorytetem największym z możliwych i doskonale to udowadnia. Jak jednak wygląda odbiór tej książki przez zwykłego czytelnika, który interesuje się Białymstokiem, wie o jego przeszłości niewiele, a chciałby z przyjemnością tę wiedzę pogłębić, unikając jednocześnie lektury hermetycznych opracowań akademickich? Wszak powierzchowność książki sugeruje, że jest ona przeznaczona właśnie dla niego. Wygląda to wszystko delikatnie mówiąc, nie najlepiej.

Oczekiwałem Lechowskiego – felietonisty, a dostałem – kronikarza w najgorszym sensie tego słowa. Oczekiwałem informacji o codziennym życiu mieszkańców Białegostoku w minionych wiekach, a dostałem inwentarz kolejnych kamienic z mało wnoszącymi informacjami o kolejnych właścicielach i lokatorach. Miałem nadzieję na barwne nakreślenie osobowości osób związanych z miastem, a znalazłem suche biogramy jak w encyklopedii PWN z 1960 roku. Mogę również zrozumieć, że warszatatowe względy kazały autorowi zatrzymać się na okresie II wojny światowej i kilkunastu lat powojennych (lata 60. XX wieku były okresem zakończenia odbudowy miasta po kompletnym zniszczeniu w 1944 roku), ale dlaczego zasada ta nie dotyczy kościołów i cerkwi, które opisano z trudną do zrozumienia gorliwością, nie zapominając o tych wzniesionych już po 1980 roku (włącznie z jedną z najbrzydszych tego typu budowli w Polsce znajdującej się na osiedlu Dziesięciny)?

Narracja autora ma jednak charakter autorski, o czym uczciwie głosi okładka. Dobór miejsc i postaci należy do niego i kłótnia o to, co się znalazło, a co powinno znaleźć, jest nierozstrzygalna. Mam jednak obiektywne zarzuty do książki. Po pierwsze, jest ona bardzo źle złożona. Do tego stopnia, że lektura wiąże się z dużym trudem. Edytorzy chcieli nadać jej przyjazny, ramkowy design. Każda strona ma dwukolumnowy układ, połamany ramkami, zdjęciami i grafikami. Są one jednak na tyle duże (albo czcionka jest zbyt duża, co jest utrapieniem książek wydawanych w Polsce w ogóle), że często podzielone na kilka części, przez co traci się orientację w lekturze. Czytamy zdanie, kończy się strona, a na drugiej, zamiast zakończenia, jest kontynuacja jakiejś ramki nie wiadomo skąd. Trudno też dostrzec jakiś porządek w tym, jakiego typu informacje są w ramkach, jakie w biogramach, a jakie w głównym tekście. Panuje chaos, dodatkowo wzmagany licznymi błędami interpunkcyjnymi (korekta miała na przykład najwyraźniej problemy z odróżnieniem skrótowca od „doktor” od „doktora”, a także z tym, gdzie powinny się znajdować przecinki). Dodatkowo, rażą uproszczenia, kiedy autor próbuje (praktycznie bez skutku), przejść na nieco bardziej anegdotyczny ton. Przykład: na stronie 215 mamy reprint reklamy tytoniu „F.D. Janowski” z 1921 roku, gdzie czytamy m.in: „Produkuje wyroby z najlepszych tureckich, zagranicznych i rosyjskich tytoniów. Rekomenduje się: Papierosy Nr 30 i Dukat, tytonie Zorza i Adonis”. Kilka centymetrów niżej czytamy tekst Lechowskiego: „W 1921 roku do produkcji używano najlepszych surowców, sprowadzanych z Turcji, Rosji i innych krajów. Największą popularnością cieszyły się marki papierosów Nr 3 i Dukat oraz tytonie Zorza i Adonis”. Być może to prawda, ale czytelnik, nawet nieobeznany z zasadą krytyki źródeł może dojść do wniosku, że autor książki zbyt łatwo wziął hasło reklamowe za informację o tym, co było…

Jako czytelnik czułem się nieco wyprowadzony w pole, ponieważ byłem – i jestem – fanem felietonów historycznych Lechowskiego, gdzie ze swadą pisze o nocnym życiu miasta w latach 30., aferach kryminalnych, przedwojennej gastronomii etc. Takich opowieści w książce praktycznie nie ma, a jeśli się zdarzają, to bardzo rzadko. Nie wiadomo dlaczego, ogromny talent narratorski Lechowskiego nie został w tej książce zaprezentowany. Niewiele się dowiedziałem, lektura nie była przyjemna, pieniądze zmarnowałem. Na szczęście Wyborcza kosztuje tylko dwa pięćdziesiąt, czekam na kolejne felietony, a książkę odkładam na trudno dostępną półkę, tam, gdzie dużo kurzu.

Rildey Scott – Robin Hood

Szedłem na ten film pewien obaw, wyszedłem uspokojony. Bałem się, że po raz kolejny dostanę naiwne utopistyczne idealizowanie szlachetnego rzezimieszka i przestępcy, łupiącego głupich, próżnych bogaczy i rozdającego owoce tych kradzieży i rozbojom biednym. W rzeczy samej, nowa ekranizacja przygód Robin Hooda jest pierwszym presequelem tej sagi. Nie opowiada o „szlachetnej” działalności Robina w lasach Sherwood, ale o tym, co go do tego doprowadziło. I okazało się, że zamiast wykreowanego w mojej głowie Robina – XIII wiecznego Che Guevary – dla wszystkich zwolenników tzw. sprawiedliwości społecznej – zobaczyłem Robina – prekursora obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec opresywnej bestii państwowej. Robina socjalistę zastąpił Robin – liberał.

Akcja rozpoczyna się od służby Robina w armii króla Ryszarda Lwie Serce, toczącego wojnę z Francją. Po śmierci króla Robin udaje się do Nottingham, podupadłego miasta wyniszczonego nieustannie podnoszącymi podatkami. Przy okazji wplątuje się w aferę, która zagraża stabilności królestwa. Pojawiają się ludzie, którym istnienie Robina nie jest na rękę. Jego walka i – ostatecznie – chwała – nie wynika z jakiejkolwiek misji, przeznaczenia, charyzmy. Jest raczej walką osoby zmuszonej przez okoliczności i poczucie przyzwoitości do obrony spraw oczywistych i podstawowych – wolności, wspólnoty, prawdy, rozsądku.

Postać stworzona tu przez Russella Crowe’a bardzo przypomina „Gladiatora”. Bohater nie jest charyzmatyczny w potocznym sensie tego słowa.  Nie wzbudza zachwytu jego powierzchowność, nie potrafi przemawiać, nie uśmiecha się ładnie. Ridley Scott polemizuje z wizerunkiem Robin Hooda stworzonym w poprzednich ekranizacjach przygód szlachetnego zbója  z Sherwood. Podoba mi się ten nowy Robin Hood – już nie piękny socjalista, ale przyzwoity liberał.

Staniszkis – życie umysłowe i uczuciowe. Z Jadwigą Staniszkis rozmawia Cezary Michalski

W Polsce mało kto ceni Jarosława Kaczyńskiego. Jadwiga Staniszkis ceni Jarosława Kaczyńskiego. Z tego prostego sylogizmu wynika, że w tym kraju mało kto ceni Jadwigę Staniszkis. A szkoda, bo pod względem osobowościowym i intelektualnym jest to postać nie mająca sobie równych w polskiej socjologii. Niezwykle wyrazista, rozpoznawalna, wyposażona w niesamowity wręcz zmysł syntetyzowania, odważna w głoszeniu niepopularnych poglądów, bez ciśnienia na niepotrzebne skandalizowanie. Będąca jednocześnie w centrum i na peryferiach mass-mediów i środowiska.

Nie podzielam stosowanej przez Staniszkis metody uprawiania socjologi, próbującej łączyć jakąś formę analityczności z szeroką perspektywą teoretyczną, łączącą tradycje myślenia Wschodu i Zachodu. Jednak czytam jej teksty z uwagą, ponieważ pani profesor uprawia tę swoją socjologię w sposób mistrzowski.

Czymś równie wyjątkowym jest biografia autorki „Ontologii socjalizmu”. Temu głównie poświęcony jest wywiad-rzeka, jaki ze Staniszkis przeprowadził Cezary Michalski i wydrukował w nowym Wydawnictwie Czerwone i Czarne. Fascynująca jest szczególnie słowna i umysłowa walka między rozmówcami. Michalski za wszelką cenę próbuje trzymać się konwencji liniowej biografii – od początku do końca z możliwie największym przywiązaniem do szczegółu. Staniszkis nie potrafi utrzymać tej zasady i co chwila uniwersalizuje poszczególne wątki swojego życia, skacze z dekady do dekady, zamiast opowiadać o innych, opowiada o sobie. Równie zabawne są przekomarzania o rzekomym autyzmie, przypisywanym sobie przez Staniszkis. Michalski wyraźnie wykpiwa profesor, sugeruje, że jest to forma autokreacji a nawet megalomanii. Staniszkis reaguje na to z kompletnym stoicyzmem, podobnie jak wtedy, gdy mówi rzeczy niepopularne.

Książek Staniszkis i o Staniszkis najlepiej jest interpretować na takim właśnie poziomie – nieusuwalnego związku autora i bohatera ze swoim dziełem. W przypadku Jadwigi Staniszkis związek, a nawet rodzaj spójności pomiędzy życiem a poglądami, decyzjami uczuciowymi i politycznymi wydaje się być na tyle silny, że wręcz utrudnia realizację zwykłych życiowych celów. Związki miłosne Staniszkis z perspektywy jej opowieści wyglądają na kompletnie pozbawione uczuć i emocji. Wszystko tkwi w rozumie.

Wracając zaś do wątku rozpoczynającego ten tekst – Jadwiga Staniszkis naprawdę ma powody, by cenić Jarosława Kaczyńskiego i jest prawdopodobnie jedną z niewielu osób w tym kraju, które są w stanie uzasadnić tę sympatię nie tylko na poziomie emocji, ale odwołując się do zdrowego rozsądku i faktów. Choćby z tego powodu należy tę książkę mieć.

Jan Skórzyński – Zadra. Biografia Lecha Wałęsy

Lech Wałęsa nie jest wdzięcznym materiałem dla biografa. Postaci tak skomplikowanych i niejednoznacznych, a równocześnie obrosłych mitem jest w Polsce niewiele. Powoduje to, że wszystkie wydane do tej pory biografie przywódcy „Solidarności” były mniej lub bardziej skutecznymi narzędziami politycznej walki między zwolennikami ‚Lecha’ a przeciwnikami ‚Bolka’.

Prawdy o tym, czy Wałęsa rzeczywiście zerwał stosunki z bezpieką w latach siedemdziesiątych, czy nie, nie dowiemy się już raczej na pewno, bo teczki w tej sprawie zostały zniszczone w latach 90.  Nie zmienia to faktu, że z historią mierzyć się należy.

Czytając pracę Skórzyńskiego trudno nie dostrzec jego sympatii dla swojego bohatera. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego metodą, jaką obrał, jest przechodzenie chyłkiem i powierzchownie nad najważniejszymi w biografii Wałęsy momentami. Podczas lektury ma się wrażenie, że w tych momentach historia jakby przyspiesza, nabierając skokowego pędu i przeskakuje sprawy, które rozpalają ciekawość tych, których interesuje postać Wałęsy.

Działalność publiczna takich osób, jak Wałęsa, nie powinna stanowić tematów tabu, natomiast Skórzyński zachowuje się tak, jakb obawiał się zbytnio narazić bohaterowi swojej opowieści. Najcięższą krytyką Lecha jest wspominane w kilku miejscach (nie bez żartobliwego tonu) megalomaństwo i chwalipięctwo Wałęsy. Przyznajmy, że nawet ponad powierzchnią esbeckich teczek i lojalek są oczywiste błędy, które popełnił jako polityk, jak choćby przegrana z Kwaśniewskim w wyborach prezydenckich w 1995 roku, która otworzyła postkomunistom szeroki front.

Biografia pióra Skórzyńskiego jest gładka, powierzchowna i nudna. Nie dowiadujemy się z niej niczego nowego o Wałęsie, nie znajdziemy w niej żadnych problemów decyzyjnych, przed którymi stawał, a już tym bardziej oceny jego decyzji. Stworzony w ten sposób Wałęsa to, która nigdy się nie wahała, nigdy nie popełniała błędów. „Zadra” to hagiografia pełną gębą.

Piszę to przede wszystkim dlatego, że przyjmując taki punkt widzenia, Skórzyński wyświadcza Wałęsie niedźwiedzią przysługę. To, czego legendarny przywódca „Solidarności” potrzebuje to nie kolejny wyznawca, którego od Cenckiewicza czy Zyzaka różni tylko pozycja na kontinuum od miłości do nienawiści. Wałęsa potrzebuje – bo sam nie jest do tego zdolny – kogoś, kto pokaże w nim człowieka. Człowieka, w którym bohaterstwo miesza się z małością, mądrość z głupotą, a odwaga ze strachem. Niestety, sytuacja byłego prezydenta jest w tej chwili tragiczna. Jedni na niego plują, podczas gdy inni bezkrytycznie czczą. A prawda jest – jak sądzę – tym razem gdzieś pośrodku. Gdzieś, gdzie jest Wałęsa, a nie ma nikogo, kto by mu o tym powiedział.