Kirill Serebrennikov – Dzień w Juriewie

Jest to film pełen archetypowych odniesień. Oto Luba, piękna śpiewaczka operowa w średnim wieku, odwiedza wraz z synem miejscowość swojego urodzenia. Na codzień mieszka w Moskwie i robi międzynarodową karierę. Juriewo to jakieś zapadłe, małe miasteczko. Nic dziwnego, że dla jej syna, Andrieja, nie jest to wymarzona wycieczka.

Jest więc matka i jest syn. Ten ostatni znika w dziwnych okolicznościach. W warstwie narracyjnej jest to opowieść o tych poszukiwaniach. Akcja dzieje się w tej miejscowości, przypominającej bardzo polskie popegeerowskie miasteczka. Nie jest to jednak ani kryminał, ani dramat (co wieszczą plakaty). Jest to film, który straszy.

Ważniejszy od warstwy fabularnej jest bowiem obraz rosyjskiej prowincji, nakreślony przez reżysera. Pojawiają się w tym filmie wszystkie najważniejsze symbole Wschodu, zintensyfikowane do granic możliwości. Jest kobieta, która czeka na swojego mężczyznę, który wraca po to, aby ją pobić. Jest szpital, który okazuje się więzieniem i umieralnią w jednym. Jest policjant, który w rzeczywistości jest bandytą. Jest to wszystko, czego się spodziewamy i jednocześnie mamy nadzieję, że nie przyjdzie.

„Dzień w Jurewie” to również podręcznik pogrążania się w świecie, którego nie akceptujemy. Bohaterka, próbująca rozwikłać tajemnicę zniknięcia syna i chcąca jak najszybciej uciec z tego ponurego miasteczka, z każdą sekundą coraz bardziej wrasta w świat, którego nienawidzi. Widzimy, jak od chwili zniknięcia, kiedy trwanie w tym miejscu jest przykrą koniecznością, staje się ono po prostu testamentem. Bohaterka, tracąc nadzieję na odnalezienie syna, szuka go w innych mężczyznach, bez powodzenia.

Reklamy

Recenzje dla Polskiego Radia

Od jakiegoś czasu mam zaszczyt pisać o muzyce na portalu muzycznym Polskiego Radia (ogromne podziękowania z tego miejsca dla Bartka Chmielewskiego – za to, że mnie zaprosił – i Łukasza Bączyńskiego). Z kronikarskiego obowiązku zamieszczam poniżej linki do tych recenzji, które dla Polskiego Radia napisałem do tej pory. Do diabła, nigdy nie myślałem, że będę robił w szołbiznesie (i przy tej okazji rozważał na własnym przykładzie dylematy obiektywności, uzasadnionej bądź nie krytyki i innych pomniejszych ludzkich słabości).

Oczywiście te dopiski proszę traktować z przymrużeniem oka. Przyjemność z pisania tych tekstów jest ogromna, a lekcja i doświadczenia – bezcenne.

Let The Boy Decide – Like The Earth Like The Sun Like The Ocean Like The Night

Brakuje mi muzycznej erudycji, by móc, jak to robi w swojej recenzji na stronach Polskiego Radia Jacek Świąder, odnajdywać w muzyce Let The Boy Decide, te wszystkie nawiązania i smaczki, choć intuicyjnie czuję, że musi mieć całkowitą rację. Czytałem też inne recenzje i komentarze do tej płyty i zgadzam się z wszystkimi, że jest to album – jak na polskie warunki – wybitny. Szkoda, że jakiś wewnętrzny przymus każe nam przykładać wszystko do polskiej miary (ostatnio Anita Lipnicka – jak przeczytałem w grudniowej Lampie – chyba jako pierwsza stwierdziła, że nie interesuje jej to, co się dzieje w polskiej muzyce i literaturze).

Gdyby wam tego nie powiedziano i gdyby nie słowiański akcent wokalistki Magdy Nowety, pewnie nie zorientowalibyście się, że to polski zespół tak gra i śpiewa. A grają i śpiewają pięknie. Na płycie znajduje się dziesięć melancholijnych, słodko-gorzkich utworów, zaaranżowanych bardzo przestrzennie, ale z wyczuciem. To przez cały czas są piosenki ze zwrotkami, refrenem, melodią, początkiem i końcem, choć co chwila Let The Boy Decide zaskakują a to świetnie wplecionymi dęciakami, a to klawiszami, a to czym jeszcze.

Jest to – moim zdaniem – muzyka na duszne letnie wieczory. Jest to też, muzyka bardziej smutna niż wesoła (poza „The Lights Stays Off”) i wydaje mi się, że wszystkie piosenki opowiadają o jakichś niedopowiedzeniach, o ukrytych pragnieniach, o wstydzie i wycofanie, choć nie wiem, jak jest naprawdę, bo nigdy nie potrafiłem rozumieć słów piosenek śpiewanych po angielsku, jeśli nie miałem gdzieś przed sobą spisanych na papierze lub monitorze słów. Może to po prostu sugestia wynikająca ze sposobu śpiewania wokalistki, która robi to w sposób zdradzający jakiś wstyd i  nieśmiałość.

Piosenki na tej płycie wzbudzają bardzo proste i dobre emocje: radość z ładnej melodii, zaskoczenie fajnym brzmieniem trąbki, uczucie, jakbyś leżał na wodzie i płynął z nurtem rzeki jakiegoś dusznego sierpniowego wieczora.