Ryszard Ćwirlej – Mocne uderzenie

Książka Ćwirleja jest klasycznym w konstrukcji kryminałem, którego fabuła rozgrywa się w końcu lat 80., u schyłku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, na ziemiach Wielkopolski. Na polu namiotowym jarocińskiego festiwalu zostaje zamordowana, oczywiście w niewyjaśnionych okolicznościach, dziewiętnastoletnia miłośniczka muzyki. Do wyścigu za tajemniczym mordercą używającym do swojego zajęcia młotka rusza cały zastęp milicjantów powiatowych i wojewódzkich, esbeków, dzielnicowych i ormowców. Uganiają się za kolorową młodzieżą jarocińską, w tym punkami, skinami, poppersami i hipisami, a także wielkopolską, mniejszą i większą bandyterką i żulerstwem.

Galeria ludzkich typów jest przez Ćwirleja namalowana z rozmachem. Jednocześnie dbałość o szczegóły, o wszystkie te nawet nadrobniejsze elementy rzeczywistości tamtych lat, jest godna największego podziwu.

W książce Ćwirleja sama fabuła nie jest ważna. Dość powiedzieć, że fabuła jest najsłabszą stroną tej świetniej książki. Kryminalna intryga, wokół której kręci się opowieść, jest nieco zbyt zagmatwana, liczba bohaterów przesadzona, a rozwiązanie zagadki – przewidywalne. Nie zmienia to faktu, że „Mocne uderzenie” to najlepszy polski kryminał współczesny od czasu „Uwikłania” Zygmunta Miłoszewskiego. Bohaterem tej książki nie jest żaden z odgrywających główne role milicjantów, żaden z przedstawicieli poznańskiego półświatka, ani też żaden hipis, pank czy skin, choć każda z tych grup pojawia się licznie na kartach opowieści.

Bohaterem tej książki jest siermiężna rzeczywistość Polski lat 80. ubiegłego wieku. Ćwirlej po mistrzowsku wyłapuje i przypomina wszystkie elementy codzienności późnego PRL-u, patrząc na nią z perspektywy ulicy. Kryzys, ogólny marazm i brak perspektyw, kontrkultura, opozycja i milicja, zakupy na kartki, marzenie o kapitalizmie – wszystko to jest w „Mocnym uderzeniu” pokazane gęsto, bez popadania ani w nostalgię, ani przesadne kombatanctwo.

Świetna literatura, przywodząca na myśl „Złego” Tyrmanda.

Jan Krasnowolski – Afrykańska elektronika

afrykanska_elektronikaCztery błyskotliwe opowiadania składające się na książkę Jana Krasnowolskiego łączą motywy wydawałoby się odległe. Środowisko polskiej emigracji zarobkowej w Anglii i kult voodoo stanowią lejtmotyw do fantastycznie porywających, zaskakujących, realistyczno-onirycznych historyjek przeznaczonych dla dorosłych chłopaków.

Jan Krasnowolski pisze te swoje bezpretensjonalne, bardzo zręczne literacko opowiadania w wolnych chwilach, resztę dnia pracując na wózku widłowym w Bournemouth. Z osobistych doświadczeń, a także kontaktów z afrykańskimi imigrantami w Wielkiej Brytanii, wynika doskonała wrażliwość na świat taniej siły roboczej na Wyspach. Ale nie tylko, bo otwierające zbiór opowiadanie z równą przenikliwością przenosi czytelnika do solidarnościowo-zomowych potyczek w stanie wojennym.

Krasnowolski ma świetne wyczucie konwencji. Dlatego śmiało przywołuje i rozwija wątek kubański w Hasta siempre, comandante, a w dedykowanej Łukaszowi Orbitowskiemu historyjce Kindoki łączy ze śmiałością i lekkością wątek Holokaustu z antyimigranckimi nastrojami na Wyspach Brytyjskich.

W tytułowej “Afrykańskiej elektronice”, wątek imigracji zarobkowej jest wykorzystany najmocniej. Marnie zarabiający bohater rozwija – pod wpływem przypadku – dochodowy biznes polegający na ściąganiu na brytyjskich drani i rzezimieszków okrutnych klątw. Z kolei Kindoki to burzliwa historia przeprawy promowej polskiego przemytnika Rybki i jego podopiecznego, tajemniczego czarnoskórego chłopca, przez Kanał La Manche.

Wszystkie cztery historie łączy motyw nieuchronnego odkupienia przeszłych win i grzechów, które wracają w postaci okrutnej najczęśniej kary. Fantazja, z jaką Krasnowolski kreśli sceny umierania w męczarniach, jest godna największego szacunku i równie wielkiej zazdrości.

Anthony Bourdain – Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego

To, co czytelników książki Tony’ego Bourdaina odstrasza, zniesmacza i nudzi, dla mnie jest największą wartością tej przeszło trzystustronnicowej książki o kulinarnych podróżach znanego kulinarnego celebryty, autora wziętych programów telewizyjnych o gotowaniu. Otóż Bourdain proponuje zgoła nieortodoksyjne podejście do jedzenia i całej związanej z nim otoczki. Sprowadza się ono do kilku bliskich mojemy sercu zasad.

Pierwsza z nich to sprzeciw wobec dominującego (na szczęście coraz słabiej) dyktatu tak zwanej “zdrowej” kuchni: redukującej za wszelką cenę tłuszcz, kalorie i jednolicącej w ten sposób sztukę kulinarną na całym świecie. Bourdaina brzydzi ów dyktat podobnie jak dyktat fast-foodów. Jedzenie nie dzieli się według niego na “zdrowe” i “niezdrowe”, ale na dobre lub złe.

Co jeszcze sprawia, że ta książka może się wydać kontrowersyjna? Z podobną powyższej ostentacyjnością odnosi się Bourdain do zakorzenionego szczególnie na Zachodzie przekonania, że w kuchni za wszelką cenę musi być sterylnie czysto. Otóż – nie musi – by jedzenie sprawiało przyjemność i nie wywoływało rozwolnienia, nawet jeśli jest przyrządzane w warunkach urągających normom SANEPID-u i procedurom HACCP.

Trzecia ważna sprawa, o której musi pamiętać każdy, kto zastanawia się nad lekturą tej książki: dla Bordaina jedzenie i podróżowanie nie są zajęciami naukowymi. Kuchnia to sprawa układu pokarmowego, serca i emocji, a nie szkiełka i oka. Autor lgnie do ludzi, z którymi gotuje i którzy mu gotują, ale nie po to, aby ich antropologicznie badać, ale by dzielić z nimi przyjemne chwile. Dlatego Bourdain nie waha się przed skrajnymi sądami. “Cudowne”, “obrzydliwe”, “najlepsze pod słońcem”, “ohydne”.

Jeśli doczytaliście do tego miejsca, nie zdziwią Was zapewne kierunki Bourdain’owskich podróży. Nie są to nobliwe miejsca Niemiec, Francji, Skandynawii czy Wschodniego Wybrzeża USA. Nie są to najlepsze restauracje, gdzie za obiad płaci się banknotami w setkach dolarów. Nie są to wymyślne potrawy kuchni molekularnej albo fusion.

Autor zakochuje się w Wietnamie i Kambodży, rosyjskiej, amerykańskiej prowincji. Zachwyca go prowincjonalna kuchnia portugalska albo szkocka. Rozsmakowuje się podrobami, surowym sercem kobry, zupą z koziej głowy i owocami morza podawanymi na surowo. Opis rytuału zarzynanej świni w Les Helles w Portugalii, a następnie spożywania tych wieprzowych smakowitości nie ma sobie równych w literaturze.

Bourdain klnie jak szewc, przyznaje się do palenia w kuchni i z szacunkiem wypowiada się o bezwzględnym i brutalnym stylu prowadzenia restauracji przez Gordona Ramsaya. Do jedzenia i gotowania ma stosunek jedyny słuszny: wyluzowany, barbarzyński, pierwotny, niewyublimowany i pogodny, co nie przeszkadza mu kochać ten świat ponad wszystko.

Andrzej Iwan – Spalony. Autobiografia.

Spalony - Andrzej IwanZakwalifikować tę książkę do nasuwających się na myśl kategorii jest bardzo trudno. Okładka obiecuje autobiografię. Nie jest to klasyczna autobiografia – raczej opowieść o środowisku piłkarskim końca lat 70. i 80. Ale nie jest to też opowieść o piłce sensu stricto. O czym więc? O PRL-u, nałogach, słabościach i porażkach, ale również o sukcesach, szczęściu i zwycięstwach. Książka zabawna i smutna zarazem.

Mało kto o tym pamięta, ale Andrzej Iwan był na przełomie lat 70. i 80. uznawany za wielki talent piłkarski, w skali nie tylko naszego kraju, ale w skali ogólnoświatowej. Ten najmłodszy uczestnik mistrzostw świata w Argentynie (1978) rozpoczynał karierę piłkarską w Nowej Hucie, następnie w Wiśle Kraków, dla której podbijał europejskie stadiony, potem w Górniku Zabrze, by w końcu trafić do Niemiec, Grecji i Szwajcarii.

“Ajwen” jest do bólu szczery, gdy opowiada o sprzedawaniu meczów, libacjach przed- i pomeczowych, małości oraz łapczywości trenerów i sędziów i o całym świecie ludzi, którzy – jak sam to przyznaje – dostają niewspółmiernie więcej pieniędzy, zaszczytów, oklasków, niż na to zasługują.

Jest to więc książka śmieszna i straszna zarazem. Obalająca szereg pięknych mitów o piłkarskich herosach stroniących od używek, o nieprzekupnych sędziach i o profesjonalnych trenerach. Choć Iwan zatrudnił ghost-writera, życie piłkarza opowiadane jest prostym językiem, nie stroniącym od bluzgów. Życie przegrane, trzeba przyznać, ale to piękna katastrofa.

Marek Raczkowski – Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki

raczkowskiMarek Raczkowski jest jak pasta Marmite – można go albo kochać, albo nienawidzić. Należę do tej pierwszej połowy ludzkości, dlatego bez większych wahań dołożyłem się do narkotyków i dziwek dla rysownika „Przekroju”. W przygotowaniu książki-cegiełki na tę zbiórkę pomagała Raczkowskiemu jego przyjaciółka Magda Żakowska. Formuła wywiadu-rzeki sprawdziła się znakomicie. Rysownik okazuje się świetnym, błyskotliwym i zaskakującym co chwila rozmówcą. A przede wszystkim – mistrzem autokreacji.

Nie pokocha i nie zrozumie Raczkowskiego ten, kto potraktuje go poważnie. Przypominasz sobie ten happening z przyozdabianiem psiego łajna flagą narodową, który rysownik odstawił w programie Kuby Wojewódzkiego? Jeśli byłeś oburzony i zdumiony, najprawdopodobniej padłeś ofiarą pułapki zastawionej przez tego sprytnego, hiperinteligentnego mistrza autokreacji. Jeśli byłeś tą akcją zachwycony, nie myśl, że Raczkowskiego to ucieszyło. Narodowa wściekłość była jego celem. Nie bez przyczyny bliskim przyjacielem Raczkowskiego jest Jerzy Urban – człowiek, który z nienawiści pod swoim adresem uczynił sposób na zarabianie pieniędzy. Bohater książki, którą niedawno skończyłem czytać, również jest wirtuozem kreowania miłości i nienawiści, a pomaga mu w tym genialna wrażliwość na Polskę i Polaków. Nie ma wielu, którzy rozumieliby ten kraj tak dobrze, jak on.

Opowieść Raczkowskiego o swoim życiu jest w zasadzie zapętloną narracją wokół trzech pojęć. Polska, seks i Kościół Katolicki to tematy, które powracają co chwila w różnych konfiguracjach. Zręczność manipulacji Czytelnikiem, jaką posiada Raczkowski, polega na bardzo wyrafinowanym, subtelnym wręcz wodzeniu za nos: pokazywaniu „ludzkiej” twarzy rysownika (kocham ten kraj, nie jestem wcale lubieżny, byłem bardzo religijny), by za chwilę przywalić w potylicę ostrą satyrą na Prawicę, wyznaniem o upodobaniu do uwodzenia chudych nastolatek albo żartem o proboszczu-pedofilu.

Nie będziesz się dobrze bawił, jeśli potraktujesz tę rozmowę na serio. Tutaj chodzi o to, byś się oburzał, a jednocześnie brnął dalej w mitomańskie zwierzenia Marka Raczkowskiego. Bo jest to książka lekka, ale wyrafinowana w swoich socjotechnicznych intencjach. W rzeczywistości Raczkowski nie jest tym, o którym tutaj opowiada. Jest znacznie lepszy, lub…. o wiele gorszy.

Marek Bieńczyk – Książka twarzy

O tym, że w tym roku Nagrodę Nike dostał Marek Bieńczyk, dowiedziałem się właśnie z Facebooka Jasia Kapeli. Jaś napisał, że się cieszy. Ja też się cieszę, bo choć od wielu lat wszyscy od prawa do lewa krytykują Nagrody Nike za to, że są to trofea środowiskowe, rozdawane znajomym przez znajomych, konserwatywne, to tym razem dostało się Nike komuś, kto zasłużył na te sto tysięcy złotych nagrody. No i to, że ucieszył się z tego nawet szatniarz Krytyki Politycznej, choć przecież ten Bieńczyk to zatęchły krakus, miłośnik burżuazyjnego napoju „wino z winogron”, długoletni współpracownik Tygodnika Powszechnego – pisma niby postępowych, ale jakoś tak zatrzymanych z trzydzieści lat temu katolików z Krakowa. To wszystko stanowi świadectwo, że Nike dla Bieńczyka jest ok.

Bieńczyk dostał tę nagrodę za „Książkę twarzy”, coś w rodzaju próby przełożenia logiki Facebooka na język literatury, na język literatury pełną gębą. To trzydzieści dwa „profile” znaczących dla Bieńczyka osób, zgromadzonych w cztery grupy: Sportiva, Melancholica, Sensualica, Romantica, Geografica. Krótkie, dygresyjne szkice postaci sportu (głównie futbolu), jedzenia (głównie wina), literatury (głównie młodzieżowej i popularnej) i filozofii (głównie francuskiej). Całość wywołuje wrażenie chaotycznej i takie prawdopodobnie miała sprawiać wrażenie, bo Marek Bieńczyk jest mistrzem w snuciu spontanicznych, barokowych albo raczej Hrabalowskich opowieści, które są pisane na jednym oddechu.

Bohaterowie „Książki twarzy” są tak samo różni, jak znajomości i lajki na Facebooku. Beenhakker, Winnetou, Chandler, Agassi, Chateaubriand – nie układają się, wbrew temu, co piszą niektórzy krytycy – w żadną logiczną, konsekwentną opowieść. Są profilem, autokreacją, wizytówką autora. Widzimy z nich, jak Bieńczyk kocha wino, piłkę nożną, literaturę młodzieżową i filozofię francuską i jak doskonale potrafi o tym opowiadać. Jest to – będę się przy tym jednak upierał – wielokolorowa randomiczna mozaika, którą można układać w dowolnym porządku, jak rozdzialiki „Gry w klasy” Cortazara. W tym sensie jest ona kolejnym krokiem w zrywaniu z dziewiętnastowieczną narracją, gdzie każda opowieść musi mieć początek, rozwinięcie i zakończenie. Jeśli chcemy jakiejkolwiek opowieści, musimy ją sobie sami ułożyć – spersonalizować.

„Książka twarzy” to zbiór świetny, trudno jednak ulec wrażeniu, że nagroda dla Bieńczyka jest również środowiskowym uznaniem dla całego dorobku tego świetnego tłumacza (przekład większości późnych dzieł Kundery to sprawka Bieńczyka), eseisty, powieściopisarza, ale dla mnie osobiście wielkiego propagatora kultury wina i futbolu. W obu tych kulturowych fenomenach potrafi on nie tylko dostrzec piękno i liryzm, ale również świetnie pisać, choć słowo „świetnie” to mało powiedziane. Każdy, kto próbował kiedykolwiek pisać o tych sprawach wie, jakie to trudne. A Bieńczyk jest w tym mistrzem.

Jest jeszcze coś, co cieszy w decyzji jury tegorocznej Nike. Świat literatury roczników urodzonych w latach sześćdziesiątych i wcześniej, pomijając kilka wyjątków, zawsze drażnił mnie swoim naburmuszeniem, wyniosłością i hermetycznością. Ludzie, którzy najczęściej – wychowani w PRL-owskim etosie – albo uświadamiali ideologicznie gawiedź, albo podtrzymywali kulturę języka polskiego wbrew sowieckiej propagandzie, traktując czytelników z pewną „splendid isolation”. Nagroda Nike była dla mnie zawsze ostoją tego środowiska – Miłosz, Szymborska, Zagajewski, Gazeta Wyborcza, Tygodnik Powszechny i całe grono ich bezkrytycznych fanów, sikających z zachwytu nad wszystkim, co poeta lub prozaik wyprodukował, niezależnie od tego, jaką to ma wartość. Dlatego kiedy zobaczyłem ironicznego, niedbale ubranego w marynarkę i rozchełstaną koszulę Bieńczyka, który zawsze pozostawał w dystansie wobec tego naburmuszenia, nie mogłem się nie ucieszyć.

Tak się szczęśliwie składa, że w sobotę 13 października o 19:30 w Galerii Arsenał (ul. Mickiewicza 2) w Białymstoku będzie można spotkać się z Markiem Bieńczykiem i pogadać osobiście o winie, futbolu, książkach dla młodzieży lub kryminałach. Mam nadzieję, że przywitamy go z odpowiednim dystansem i lekkością.

Martin Pollack – Cesarz Ameryki, wielka ucieczka z Galicji

Opowieść Martina Pollacka o wielkiej fali emigracji ostatnich lat XIX wieku i pierwszych dekad wieku XX, kiedy to tysiące mieszkańców Galicji wyruszały za ocean w podróż za lepszym życiem, jest napisana w czasie teraźniejszym, stylem newsowej relacji sprawozdawcy prasowego. Porzucając nędzę i głód, bohaterowie historycznego reportażu Pollacka – Żydzi, Słowacy, Rusini, Polacy i inni mieszkańcy środkowoeuropejskiego tygla – zwiedzeni obietnicami raju na ziemi, poddają się doskonale opisanej przez autora machinie biznesu emigracyjnego. Świetnie zorganizowany mechanizm siatek naciągaczy, obiecywaczy, sutenerów czy zwykłych oszustów, wysysał z tych naiwnych, prostych ludzi resztki uciułanych z potem czoła groszy, aby w warunkach nieludzkich transportować ich niczym bydło za ocean.

Plastyka tej opowieści jest atrakcyjna nie tylko z powodu newsowego, dynamicznego stylu. Pollack zręcznie przemieszcza się między konkretem doświadczeń zwykłych ludzi, nazywanych z imienia i nazwiska, historii zrekonstruowanych z zachowanych listów, protokołów urzędowych, kwitów, biletów, ku zsyntetyzowanej, socjologiczno-historycznej opowieści o losach całych grup społecznych. Ów zręczny balans między szczegółem a ogółem jest ważnym atutem tej książki.

Czytelnik, podróżując z bohaterami „Cesarza Ameryki” z zapadłych wsi i sztetli Galicji, przez graniczny Oświęcim, ku portom Hamburga i Antwerpii, aż ku wybrzeżom Stanów Zjednoczonych i Brazylii, nie może oprzeć się wrażeniu bezwzględności i okrucieństwa tego świata sprzed z górą stu lat. Miejsca opisywane przez Pollacka to między innymi polskie Lesko, Krosno, Wadowice czy wspomniany Oświęcim. Cesarska machina biurokratyczna była nie tylko całkowicie nieefektywna, co równie bezwzględna i opresywna wobec jednostki. Rzeczywistość tej opowieści, pomimo historycznej i geograficznej bliskości, jest w pewnym stopniu niepokojąco odległa, jakby trudno się było pogodzić, że takie rzeczy dotykały naszych pradziadów.

Książka Martina Pollacka to historia o dwóch sprawach w dużym stopniu uniwersalnych, choć „Cesarz Ameryki” jest mocno zanurzony w realiach historycznych. Po pierwsze, jest to książka o niezrealizowanych marzeniach. Marzeniach, które upadają tragicznie w zderzeniu z brutalną rzeczywistością. Po drugie, jest to dość uniwersalna opowieść o potrzebie ucieczki i o tym, jak tragicznie może się ona skończyć. To wyjątkowo smutna i gorzka książka, zdecydowanie nie do polecenia na dżdżyste, ciemne i wilgotne wieczory.