„Zawsze nie ma nigdy” – Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak

Pietrowiak_Zawsze-nie-ma-nigdy_m_

Etap fascynacji pisarstwem Pilcha mam już dawno za sobą. Pozostaję jednak w ogromnym podziwie dla tego człowieka, dlatego chyba, że tacy jak on, Libera, Huelle i Varga wprowadzili mnie jakieś dwadzieścia (sic!) lat temu w świat powieściopisarstwa polskiego inspirowanego Hrabalowską rozbudowaną frazą, licznymi enumeracjami, a przede wszystkim tymi ciągnącymi się przez całe kartki płynącymi jak muzyka zdaniami.

W literaturze, jak w muzyce, poza harmonia ważny jest rytm, a Pilch ma wyczucie rytmu jedno z najlepszych w branży. Pada zresztą w tym wywiadzie-rzece wyznanie autora „Pod Mocnym Aniołem”, że przed oddaniem tekstu do redakcji, czyta swoje prace na głos, aby, wychwycić te miejsca, gdzie kropka, przecinek lub myślnik są konieczne albo zbędne.

Uwagi Jerzego Pilcha o pisarskim warsztacie są – jak dla mnie – najciekawsze w tym wywiadzie. Mniej interesują anegdotki z życia krakowskich poetów i literatów, choć dla uczestników lub obserwatorów tego środowiska na pewno będą smaczne.

O specyfice zawodu pisarza Pilch mówi wiele, wiele też uwagi poświęca nie tylko nazwiskom, ale generalnym osobliwościom tego zawodu. Samotności pracy pisarza i sposobów radzenia sobie z nią, sposobom na nagłą popularność, ale także na upokarzające porażki. O Gombrowiczu mówi, z czym się zgadzam, że był genialnym eseistą, ale marnym powieściopisarzem bez rozmachu. „A powieściopisarz bez rozmachu – jak przywołuje Pilch powiedzenie Iredyńskiego – zawsze będzie przechujem”.

Interesujące są wspominki o dorastaniu w ewangelickiej Wiśle. O skomplikowanych relacjach Jerzego Pilcha z ojcem, który z jednej strony budzi pisarza niechęć, z drugiej jednak, jeśli mowa o konkretnych wspomnieniach pisarza z wczesnego i późnego dzieciństwa, wychodzi na ojca aktywnego, zaangażowanego i kibicującemu karierze syna.

Mniej wspomina Pilch o swoim uzależnieniu, któremu dał wyraz w słynnej, zekranizowanej ponoć niewiernie, powieści „Pod Mocnym Aniołem”, będącej jednocześnie dla niego bramą ku wyjściu z alkoholizmu. Dużo więcej w rozmowie pojawia się wątków choroby Parkinsona, z którą od kilku lat zmaga się Pilch. A także o starości, która przewija się w rozmowie co chwila. Podoba mi się stanowisko, według którego długotrwałe życie nie jest de facto przedłużaniem ziemskich przyjemności. Pilch mówi:

(…) powstaje pytanie, czy rzeczywiście przedłużamy życie, czy przedłużamy starość. Bo jednak nie słyszałem o dobrze prosperujących stulatkach. Nie jest tak, że ktoś im przywraca młodość, to jest, owszem, czasem całkiem sprawną, ale starość? Czy jes w tym sens? Że starość trwa długo?

Jerzy Pilch może niektórych drażnić samochwalstwem ukrywanym dzięki przeogromnej inteligencji i erudycji, ale takich ludzi po prostu dobrze się czyta i słucha. Gorzej, niż patrzy, na drżącego człowieka z zaawansowanym Parkinsonem, jakiego widziałem w telewizji w jednym z wywiadów. Niech się więc Pilch wymądrza w dyktowanych wywiadach i mam nadzieję, kolejnych powieściach.

Reklamy

Hendrik Groen „Małe eksperymenty ze szczęściem Hendrika Groena, lat 83 i 1/4”

Hegroenndrik Groen nie istnieje. Autorem tego zabawnego i momentami wzruszającego dziennika – zapisu trzystu sześćdziesięciu dni pobytu w amsterdamskim domu spokojnej starości jest sześćdziesięciolatek Peter de Smet. Stworzenie tak autentycznego świadectwa życia ponad osiemdziesięciolatka przez osobę dwadzieścia lat młodszą okazało się możliwe i zakończyło się sukcesem. Książka brylowała na szczytach list sprzedaży w holenderskich księgarniach.

Jednych książka wzruszyła, innych rozbawiła. Nie jest to jakiś humor wybuchowy, nie ma łez zalewających kartki książki. Ale jest ten dziennik (mimo, że fikcyjny) dowodem na to, że życie w domu starców może być ciekawe.

Peter de Smyt sprytnie łączy konkret z wymyślonymi postaciami i fabułą. Pojawiają się tu odniesienia do rzeczywistości holenderskiej, europejskiej i światowej 2013 roku. Z mojej perspektywy bardzo ciekawe są spostrzeżenia bohaterów dotyczące zmian obyczajowych, jakie dokonały się za ich życia. Na przykład – Hendrik Groen gardzi emigrantami z Południa i Wschodu, a także chciałby zasłonięcia na nowo Żelaznej Kurtyny, ale znacznie bardziej ceni wieloetniczny personel domu starców, niż holenderskie towarzystwo zarządzające tą instytucją. Pokazuje też, z dużym krytycyzmem, politykę Holandii wobec osób starszych, mimo, że ten kraj ma jeden z najlepszych na świecie systemów tej opieki.

Książka to także lekko napisane studium problemów, jakie napotyka niszczejące ciało osiemdziesięcioletniego mężczyzny, a także funkcjonowania osób starszych w pokoleniu, gdzie wciąż działa kult młodości, mimo że za kilkanaście lat takie państwa, jak Holandia, będą zamieszkane głównie przez starców.

Okazuje się też, że w domu starców można stworzyć całkiem ciekawą fabułę. Autor dziennika jest jednym z uczestników elitarnej grupy pensjonariuszy domu, którzy postanawiają stawić czoła bliskiej śmierci i organizują swój czas aktywnie. Poza wycieczkami, dziennik jest pełen relacji z nierzadko zakrapianych imprezek, jakimi raczy się towarzystwo. Jest też postawienie się machinie biurokratycznej, są intrygi, koalicje, impertynencje, ale również sympatie i miłości.

Jest to jednak przede wszystkim opis umierania i stawiania (lub nie), śmierci. Relacja pełna swady i humoru. Relacja wesoła i przyjemna w odbiorze, choć poświęcona najtrudniejszemu wyzwaniu, z jakim mierzy się człowiek. Śmierci.

Ryszard Ćwirlej – Mocne uderzenie

Książka Ćwirleja jest klasycznym w konstrukcji kryminałem, którego fabuła rozgrywa się w końcu lat 80., u schyłku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, na ziemiach Wielkopolski. Na polu namiotowym jarocińskiego festiwalu zostaje zamordowana, oczywiście w niewyjaśnionych okolicznościach, dziewiętnastoletnia miłośniczka muzyki. Do wyścigu za tajemniczym mordercą używającym do swojego zajęcia młotka rusza cały zastęp milicjantów powiatowych i wojewódzkich, esbeków, dzielnicowych i ormowców. Uganiają się za kolorową młodzieżą jarocińską, w tym punkami, skinami, poppersami i hipisami, a także wielkopolską, mniejszą i większą bandyterką i żulerstwem.

Galeria ludzkich typów jest przez Ćwirleja namalowana z rozmachem. Jednocześnie dbałość o szczegóły, o wszystkie te nawet nadrobniejsze elementy rzeczywistości tamtych lat, jest godna największego podziwu.

W książce Ćwirleja sama fabuła nie jest ważna. Dość powiedzieć, że fabuła jest najsłabszą stroną tej świetniej książki. Kryminalna intryga, wokół której kręci się opowieść, jest nieco zbyt zagmatwana, liczba bohaterów przesadzona, a rozwiązanie zagadki – przewidywalne. Nie zmienia to faktu, że „Mocne uderzenie” to najlepszy polski kryminał współczesny od czasu „Uwikłania” Zygmunta Miłoszewskiego. Bohaterem tej książki nie jest żaden z odgrywających główne role milicjantów, żaden z przedstawicieli poznańskiego półświatka, ani też żaden hipis, pank czy skin, choć każda z tych grup pojawia się licznie na kartach opowieści.

Bohaterem tej książki jest siermiężna rzeczywistość Polski lat 80. ubiegłego wieku. Ćwirlej po mistrzowsku wyłapuje i przypomina wszystkie elementy codzienności późnego PRL-u, patrząc na nią z perspektywy ulicy. Kryzys, ogólny marazm i brak perspektyw, kontrkultura, opozycja i milicja, zakupy na kartki, marzenie o kapitalizmie – wszystko to jest w „Mocnym uderzeniu” pokazane gęsto, bez popadania ani w nostalgię, ani przesadne kombatanctwo.

Świetna literatura, przywodząca na myśl „Złego” Tyrmanda.

Jan Krasnowolski – Afrykańska elektronika

afrykanska_elektronikaCztery błyskotliwe opowiadania składające się na książkę Jana Krasnowolskiego łączą motywy wydawałoby się odległe. Środowisko polskiej emigracji zarobkowej w Anglii i kult voodoo stanowią lejtmotyw do fantastycznie porywających, zaskakujących, realistyczno-onirycznych historyjek przeznaczonych dla dorosłych chłopaków.

Jan Krasnowolski pisze te swoje bezpretensjonalne, bardzo zręczne literacko opowiadania w wolnych chwilach, resztę dnia pracując na wózku widłowym w Bournemouth. Z osobistych doświadczeń, a także kontaktów z afrykańskimi imigrantami w Wielkiej Brytanii, wynika doskonała wrażliwość na świat taniej siły roboczej na Wyspach. Ale nie tylko, bo otwierające zbiór opowiadanie z równą przenikliwością przenosi czytelnika do solidarnościowo-zomowych potyczek w stanie wojennym.

Krasnowolski ma świetne wyczucie konwencji. Dlatego śmiało przywołuje i rozwija wątek kubański w Hasta siempre, comandante, a w dedykowanej Łukaszowi Orbitowskiemu historyjce Kindoki łączy ze śmiałością i lekkością wątek Holokaustu z antyimigranckimi nastrojami na Wyspach Brytyjskich.

W tytułowej “Afrykańskiej elektronice”, wątek imigracji zarobkowej jest wykorzystany najmocniej. Marnie zarabiający bohater rozwija – pod wpływem przypadku – dochodowy biznes polegający na ściąganiu na brytyjskich drani i rzezimieszków okrutnych klątw. Z kolei Kindoki to burzliwa historia przeprawy promowej polskiego przemytnika Rybki i jego podopiecznego, tajemniczego czarnoskórego chłopca, przez Kanał La Manche.

Wszystkie cztery historie łączy motyw nieuchronnego odkupienia przeszłych win i grzechów, które wracają w postaci okrutnej najczęśniej kary. Fantazja, z jaką Krasnowolski kreśli sceny umierania w męczarniach, jest godna największego szacunku i równie wielkiej zazdrości.

Anthony Bourdain – Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego

To, co czytelników książki Tony’ego Bourdaina odstrasza, zniesmacza i nudzi, dla mnie jest największą wartością tej przeszło trzystustronnicowej książki o kulinarnych podróżach znanego kulinarnego celebryty, autora wziętych programów telewizyjnych o gotowaniu. Otóż Bourdain proponuje zgoła nieortodoksyjne podejście do jedzenia i całej związanej z nim otoczki. Sprowadza się ono do kilku bliskich mojemy sercu zasad.

Pierwsza z nich to sprzeciw wobec dominującego (na szczęście coraz słabiej) dyktatu tak zwanej “zdrowej” kuchni: redukującej za wszelką cenę tłuszcz, kalorie i jednolicącej w ten sposób sztukę kulinarną na całym świecie. Bourdaina brzydzi ów dyktat podobnie jak dyktat fast-foodów. Jedzenie nie dzieli się według niego na “zdrowe” i “niezdrowe”, ale na dobre lub złe.

Co jeszcze sprawia, że ta książka może się wydać kontrowersyjna? Z podobną powyższej ostentacyjnością odnosi się Bourdain do zakorzenionego szczególnie na Zachodzie przekonania, że w kuchni za wszelką cenę musi być sterylnie czysto. Otóż – nie musi – by jedzenie sprawiało przyjemność i nie wywoływało rozwolnienia, nawet jeśli jest przyrządzane w warunkach urągających normom SANEPID-u i procedurom HACCP.

Trzecia ważna sprawa, o której musi pamiętać każdy, kto zastanawia się nad lekturą tej książki: dla Bordaina jedzenie i podróżowanie nie są zajęciami naukowymi. Kuchnia to sprawa układu pokarmowego, serca i emocji, a nie szkiełka i oka. Autor lgnie do ludzi, z którymi gotuje i którzy mu gotują, ale nie po to, aby ich antropologicznie badać, ale by dzielić z nimi przyjemne chwile. Dlatego Bourdain nie waha się przed skrajnymi sądami. “Cudowne”, “obrzydliwe”, “najlepsze pod słońcem”, “ohydne”.

Jeśli doczytaliście do tego miejsca, nie zdziwią Was zapewne kierunki Bourdain’owskich podróży. Nie są to nobliwe miejsca Niemiec, Francji, Skandynawii czy Wschodniego Wybrzeża USA. Nie są to najlepsze restauracje, gdzie za obiad płaci się banknotami w setkach dolarów. Nie są to wymyślne potrawy kuchni molekularnej albo fusion.

Autor zakochuje się w Wietnamie i Kambodży, rosyjskiej, amerykańskiej prowincji. Zachwyca go prowincjonalna kuchnia portugalska albo szkocka. Rozsmakowuje się podrobami, surowym sercem kobry, zupą z koziej głowy i owocami morza podawanymi na surowo. Opis rytuału zarzynanej świni w Les Helles w Portugalii, a następnie spożywania tych wieprzowych smakowitości nie ma sobie równych w literaturze.

Bourdain klnie jak szewc, przyznaje się do palenia w kuchni i z szacunkiem wypowiada się o bezwzględnym i brutalnym stylu prowadzenia restauracji przez Gordona Ramsaya. Do jedzenia i gotowania ma stosunek jedyny słuszny: wyluzowany, barbarzyński, pierwotny, niewyublimowany i pogodny, co nie przeszkadza mu kochać ten świat ponad wszystko.

Andrzej Iwan – Spalony. Autobiografia.

Spalony - Andrzej IwanZakwalifikować tę książkę do nasuwających się na myśl kategorii jest bardzo trudno. Okładka obiecuje autobiografię. Nie jest to klasyczna autobiografia – raczej opowieść o środowisku piłkarskim końca lat 70. i 80. Ale nie jest to też opowieść o piłce sensu stricto. O czym więc? O PRL-u, nałogach, słabościach i porażkach, ale również o sukcesach, szczęściu i zwycięstwach. Książka zabawna i smutna zarazem.

Mało kto o tym pamięta, ale Andrzej Iwan był na przełomie lat 70. i 80. uznawany za wielki talent piłkarski, w skali nie tylko naszego kraju, ale w skali ogólnoświatowej. Ten najmłodszy uczestnik mistrzostw świata w Argentynie (1978) rozpoczynał karierę piłkarską w Nowej Hucie, następnie w Wiśle Kraków, dla której podbijał europejskie stadiony, potem w Górniku Zabrze, by w końcu trafić do Niemiec, Grecji i Szwajcarii.

“Ajwen” jest do bólu szczery, gdy opowiada o sprzedawaniu meczów, libacjach przed- i pomeczowych, małości oraz łapczywości trenerów i sędziów i o całym świecie ludzi, którzy – jak sam to przyznaje – dostają niewspółmiernie więcej pieniędzy, zaszczytów, oklasków, niż na to zasługują.

Jest to więc książka śmieszna i straszna zarazem. Obalająca szereg pięknych mitów o piłkarskich herosach stroniących od używek, o nieprzekupnych sędziach i o profesjonalnych trenerach. Choć Iwan zatrudnił ghost-writera, życie piłkarza opowiadane jest prostym językiem, nie stroniącym od bluzgów. Życie przegrane, trzeba przyznać, ale to piękna katastrofa.

Marek Raczkowski – Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki

raczkowskiMarek Raczkowski jest jak pasta Marmite – można go albo kochać, albo nienawidzić. Należę do tej pierwszej połowy ludzkości, dlatego bez większych wahań dołożyłem się do narkotyków i dziwek dla rysownika „Przekroju”. W przygotowaniu książki-cegiełki na tę zbiórkę pomagała Raczkowskiemu jego przyjaciółka Magda Żakowska. Formuła wywiadu-rzeki sprawdziła się znakomicie. Rysownik okazuje się świetnym, błyskotliwym i zaskakującym co chwila rozmówcą. A przede wszystkim – mistrzem autokreacji.

Nie pokocha i nie zrozumie Raczkowskiego ten, kto potraktuje go poważnie. Przypominasz sobie ten happening z przyozdabianiem psiego łajna flagą narodową, który rysownik odstawił w programie Kuby Wojewódzkiego? Jeśli byłeś oburzony i zdumiony, najprawdopodobniej padłeś ofiarą pułapki zastawionej przez tego sprytnego, hiperinteligentnego mistrza autokreacji. Jeśli byłeś tą akcją zachwycony, nie myśl, że Raczkowskiego to ucieszyło. Narodowa wściekłość była jego celem. Nie bez przyczyny bliskim przyjacielem Raczkowskiego jest Jerzy Urban – człowiek, który z nienawiści pod swoim adresem uczynił sposób na zarabianie pieniędzy. Bohater książki, którą niedawno skończyłem czytać, również jest wirtuozem kreowania miłości i nienawiści, a pomaga mu w tym genialna wrażliwość na Polskę i Polaków. Nie ma wielu, którzy rozumieliby ten kraj tak dobrze, jak on.

Opowieść Raczkowskiego o swoim życiu jest w zasadzie zapętloną narracją wokół trzech pojęć. Polska, seks i Kościół Katolicki to tematy, które powracają co chwila w różnych konfiguracjach. Zręczność manipulacji Czytelnikiem, jaką posiada Raczkowski, polega na bardzo wyrafinowanym, subtelnym wręcz wodzeniu za nos: pokazywaniu „ludzkiej” twarzy rysownika (kocham ten kraj, nie jestem wcale lubieżny, byłem bardzo religijny), by za chwilę przywalić w potylicę ostrą satyrą na Prawicę, wyznaniem o upodobaniu do uwodzenia chudych nastolatek albo żartem o proboszczu-pedofilu.

Nie będziesz się dobrze bawił, jeśli potraktujesz tę rozmowę na serio. Tutaj chodzi o to, byś się oburzał, a jednocześnie brnął dalej w mitomańskie zwierzenia Marka Raczkowskiego. Bo jest to książka lekka, ale wyrafinowana w swoich socjotechnicznych intencjach. W rzeczywistości Raczkowski nie jest tym, o którym tutaj opowiada. Jest znacznie lepszy, lub…. o wiele gorszy.