Rafał A. Ziemkiewicz – Jakie piękne samobójstwo

W swojej najnowszej książce Rafał Ziemkiewicz zastanawia się, dlaczego Polacy są największymi frajerami na świecie i co z tego wynika. Teza ta nie wydaje mi się szczególnie śmiała, jednak jej podniesienie i historyczne uzasadnienie, czego podejmuje się autor, uważam za słuszne i chwalebne.

Dwie cechy publicystyki Ziemkiewicza stanowią jednocześnie o jej słabości. Posiada on bowiem niespotykaną lekkość narracji, która pozwala mu pisać zdania płynnie opowiadające to, co autor ma do opowiedzenia.  Podejrzewam, że Ziemkiewicz pisze bez skreśleń. Ta lekkość sprawia jednak, że tekst może okazać się dla czytelnika przegadany, pełen powtórzeń, dygresji i nieuporządkowania. Ziemkiewicz po prostu pisze swoją opowieść tak, jak mu się ona układa w głowie. Dla wielu autorów byłby to szkic, dla Ziemkiewicza jest to efekt finalny.

Drugą zaletą i jednocześnie słabością publicystyki Rafała Ziemkiewicza jest odwaga w stawianiu niepopularnych poglądów. Choć myśl przwodnia książki “Jakie piękne samobójstwo” nie jest już zbyt odkrywcza, bo stawia ją ostatnio śmiało Piotr Zychowicz, a wcześniej przez lata próbował się z nią przebić prof. Paweł Wieczorkiewicz. Ci trzej, a za nimi szereg innych mówią, że polityka zagraniczna sanacji z Beckiem na czele była pozbawiona wszelkich racji i doprowadziła Polskę do katastrofy.

Klasę polityczną II RP uważa Ziemkiewicz za bandę nieudaczników, mitomanów i amatorów, kierujących się w sprawach strategicznych dla Polski interesem własnym lub – w najlepszym przypadku – swojej frakcji politycznej. Interes narodowy, w rzekome imię którego sanacja doprowadziła w Polsce do systemu autorytarnego, był w istocie pustym frazesem, który jeszcze bardziej opustoszał po śmierci Piłsudskiego. W ten sposób Polska – jak uzasadnia Ziemkiewicz – odrzuciła przyjazne gesty Niemiec dążące do konfrontacji z Sowietami, prowokując – na własne życzenie – pakt ponad naszymi głowami i rozbiór państwa we wrześniu 1939 roku. Równie fatalna i pełna błędów polityka Rydza-Śmigłego, Andersa, Chruściela i Sikorskiego doprowadziła do największych spośród państw Europy strat ludzkich, jakie poniosła Polska w trakcie II wojny światowej, a następnie do utraty niepodległości na kolejne 45 lat.

Trudno nie czytać książki Ziemkiewicza przez pryzmat współczesności, do czego autor mocno zachęca. Romantyzm w polityce, mierzenie siły wielkością poświęcenia i ofiar, bezkrytyczna i naiwna ufność w puste obietnice “sojuszników” – wszystko to jest spuścizną, która ciągnie się za Polakami od czasów rozbiorowych. Wtedy była to może jedyna polityka, dająca jakiekolwiek szanse na wolność. Przegonienie Sowietów w 1920 roku dało nam złudne wrażenie potęgi, które zostało rozwiane niecałe 20 lat później. Nasze elity nie wyciągnęły żadnych wniosków z klęski poniesionej w II wojnie światowej i w tkwią w tym amoku po dzisiaj.

W dyskusji na temat zasadności “kapitału krwi” i tego, czy w polityce liczy się siła, czy poświęcenie, opowiadam się po stronie Ziemkiewicza i Zychowicza. Dlatego uważam tę książkę za ważną i potrzebną, choć nie za bardzo wierzę, że nauczyciele w liceum będą o niej mówić uczniom. Mit szlachetnych, kierujących się sercem i wiarą w słuszność nawet przegranej sprawy Polaków jest wśród owych Polaków zakorzeniony na tyle mocno, że nie będę zdziwiony atakami na Ziemkiewicza ze strony tych, dla których jest to wyłącznie bicie piany, gdybologia, szukanie sensacji i podważanie mitów fundujących wspólnotę.

Reinhold Vetter – Jak Lech Wałęsa przechytrzył komunistów

Jak Lech Wałęsa przechytrzył komunistówŁadunek naiwności, jaką przesycona jest ta książka, odpowiada proporcjonalnie jej siedmiusetstronnicowej objętości. Natłok biografii Lecha Wałęsy udowadnia, że każda ideologia, każde państwo, każdy obserwator polityki, musi pochwalić się własną interpretacją życia i wyborów pierwszego przywódcy “Solidarności”. Książka, o której tu mowa, jest hagiograficzną opowieścią o Wałęsie z perspektywy niemieckiej.

Historia skromnego, polskiego robotnika z Gdańska, który “przechytrzył komunistów” jest – jak już wspomniałem – dla polskiego czytelnika tak naiwna, że aż irytująca. Co prawda Vettel, który ponoć zbierał materiały do swojego dzieła latami, nie unika wspominania o tych bardziej kontrowersyjnych fragmentach życia Wałęsy, to już ich obiektywną interpretację, czy choćby naświetlenie wyborów bohatera z wielu stron, skrzętnie pomija.

Polski czytelnik natychmiast wyczuje w tej opowieści fałsz, chyba że – podobnie jak autor biografii – jest bezkrytycznym wyznawcą Wałęsy – nieomylnego bohatera. Dla niemieckiego czytelnika będzie to lektura o romantycznym zrywie polskich robotników z przebiegłym, sprytnym wąsaczem na czele, który co rusz wodzi za nos naiwnych komunistów.

Z wymuszoną ironią pisze Vettel o słabościach Wałęsy, do których nie zalicza mataczenia we własnej sprawie, które mógł sobie darować w wolnej Polsce. Woli pisać o przekornej pyszałkowatości, czy przerośniętym nieco ego Lecha, wszystko to jednak w kontekście delikatnego żartu z bohatera – nawet tak wielcy ludzie, jak Wałęsa, miewają niekiedy drobne słabostki, zdaje się dawać nam do zrozumienia Vettel.

W historii Lecha Wałęsy nakreślonej piórem Reinholda Vettera, najnowsza historia Polski zdaje się być prosta, romantyczna, pozbawiona odcieni szarości. Z jednej strony – bohaterscy robotnicy z Wałęsą na czele walczący o wolność i lepsze warunki życia. Z drugiej strony – przebrzydli komuniści otoczeni armią brutalnych esbeków. W takim kontekście Wałęsa jest bohaterem, a czy jest nim rzeczywiście – to sprawa o wiele bardziej skomplikowana, o czym nie dowiedzą się Państwo z tej książki.

Piotr Zaremba – O jednym takim… biografia Jarosława Kaczyńskiego

Trudno o obiektywne spojrzenie na Jarosława Kaczyńskiego. Dla jednych za brak takiego spojrzenia jest winny sam Kaczyński, dla innych – winni są dziennikarze, publicyści, politologowie, nie potrafiący wznieść się ponad swoje uprzedzenia albo uwielbienia dla prezesa PiS. Piotr Zaremba – publicysta nie ukrywający swojej sympatii dla Kaczyńskiego – zdobył się prawdopodobnie na największą obiektywność, jaką w tych czasach można osiągnąć opowiadając o Kaczyńskim.

Książka nie jest pozbawiona wad. Najważniejszą jest pewna chaotyczność tej opowieści. Ta biografia była pisana na ewidentnym pośpiechu. Prawdopodobnie nie ma w Polsce nikogo, kto wie o Kaczyńskim tyle, co Zaremba. Ilość niekiedy bardzo drobiazgowych faktów i anegdot wręcz przytłacza, podana w sposób pozbawiony głębszego namysłu i ogólnego spojrzenia na życie bohatera. Wiadomo to  jednak, że chodziło o to, by książka ukazała się jeszcze w trakcie kampanii prezydenckiej.

Poza tą drobną wadą, pomijając – będę szczery – całkowicie niepotrzebny, zniechęcający do dalszej lektury wstęp o Jarosławie Kaczyńskim dokonującym porannej toalety po tym, jak minister Sikorski poinformował go o tragicznej śmierci brata w Smoleńsku, jest to biografia całkiem udana, przede wszystkim z powodu przedstawienia bohatera jako postaci niejednoznacznej, polityka o skomplikowanej drodze politycznej, lidera miotającego się między politycznym pragmatyzmem a ideowością.

Zarembie udało się ukazanie postaci Jarosława Kaczyńskiego w oderwaniu od funkcjonujących do teraz bliźniaczych konotacji. O Lechu Kaczyńskim jest w tej książce niewiele. Prawdopodobnie również dlatego, że wyjątkowo niewiele uwagi poświęca Zaremba młodości i dojrzewaniu swojego bohatera, rozpoczynając na poważnie i dogłębnie opisywanie jego historii od lat siedemdziesiątych.

Najciekawszym fragmentem książki jest jednak początek lat 90-tych, przerwana burzliwie przyjaźń i współpraca Kaczyńskiego z Wałęsą i – później ze środowiskiem Gazety Wyborczej i Unii Demokratycznej. Zaremba bardzo umiejętnie – odnosząc się nie wprost do współczesności – pokazuje trwałość i naturalność tych przyjaźni i dosyć klarownie opisuje okoliczności rozstania. Równie fascynujące są dzieje tworzenia przez Kaczyńskiego Porozumienia Centrum, jego początkowej wielkości i upadku. W swoich początkach PC była chyba najbardziej zróżnicowaną wewnętrznie „platformą” (tak, to dobre słowo tutaj) polityczną po 1989 roku, jednoczącą narodowych katolików i wolnorynkowców.

Zaremba wyraźnie próbuje znaleźć racjonalność w decyzjach współczesnego Kaczyńskiego – w czasach rządów egzotycznej koalicji PiS LPR Samoobrona, w czasach opozycji „przedsmoleńskiej” i w tym, kim jest Kaczyński teraz. Próbuje wytłumaczyć skłonność do poszukiwania przez niego „ukrytych” sił i układów rządzących polską rzeczywistością. Stara się wytłumaczyć archaiczność stylu polityki uprawianej przez Kaczyńskiego. Być może w wielu momentach Zaremba się myli, być może niekiedy jest dla swojego bohatera zbyt wyrozumiały (choć w wielu momentach bez skrupułów wytyka ewidentne błędy). Być może konstatacja, według której Kaczyński jest politykiem dziewiętnastowiecznym, ostatnią taką postacią na „postpolitycznej” scenie, budzi pewien niedosyt. Tak czy inaczej, ważna jest próba, którą podejmuje autor – próba przedstawienia jednej z najważniejszych postaci polskiej sceny politycznej w sposób pełny, obiektywny i nie poprzestający na powszechnych nawet w poważnej prasie konstatacjach, że Kaczyński to fanatyk, a w najlepszym razie świr, bądź też – geniusz, a w najlepszym razie polityczny wizjoner. Bo taki jest często poziom analizy, na którym poprzestają polscy publicyści. Zaremba wychodzi z dość oczywistego założenia, że  Kaczyński jest postacią skomplikowaną, wyjątkową, nie bez przyczyny budzącą różne emocje. I z tego buduje bardzo dobrą, emocjonującą i pouczającą opowieść.

Staniszkis – życie umysłowe i uczuciowe. Z Jadwigą Staniszkis rozmawia Cezary Michalski

W Polsce mało kto ceni Jarosława Kaczyńskiego. Jadwiga Staniszkis ceni Jarosława Kaczyńskiego. Z tego prostego sylogizmu wynika, że w tym kraju mało kto ceni Jadwigę Staniszkis. A szkoda, bo pod względem osobowościowym i intelektualnym jest to postać nie mająca sobie równych w polskiej socjologii. Niezwykle wyrazista, rozpoznawalna, wyposażona w niesamowity wręcz zmysł syntetyzowania, odważna w głoszeniu niepopularnych poglądów, bez ciśnienia na niepotrzebne skandalizowanie. Będąca jednocześnie w centrum i na peryferiach mass-mediów i środowiska.

Nie podzielam stosowanej przez Staniszkis metody uprawiania socjologi, próbującej łączyć jakąś formę analityczności z szeroką perspektywą teoretyczną, łączącą tradycje myślenia Wschodu i Zachodu. Jednak czytam jej teksty z uwagą, ponieważ pani profesor uprawia tę swoją socjologię w sposób mistrzowski.

Czymś równie wyjątkowym jest biografia autorki „Ontologii socjalizmu”. Temu głównie poświęcony jest wywiad-rzeka, jaki ze Staniszkis przeprowadził Cezary Michalski i wydrukował w nowym Wydawnictwie Czerwone i Czarne. Fascynująca jest szczególnie słowna i umysłowa walka między rozmówcami. Michalski za wszelką cenę próbuje trzymać się konwencji liniowej biografii – od początku do końca z możliwie największym przywiązaniem do szczegółu. Staniszkis nie potrafi utrzymać tej zasady i co chwila uniwersalizuje poszczególne wątki swojego życia, skacze z dekady do dekady, zamiast opowiadać o innych, opowiada o sobie. Równie zabawne są przekomarzania o rzekomym autyzmie, przypisywanym sobie przez Staniszkis. Michalski wyraźnie wykpiwa profesor, sugeruje, że jest to forma autokreacji a nawet megalomanii. Staniszkis reaguje na to z kompletnym stoicyzmem, podobnie jak wtedy, gdy mówi rzeczy niepopularne.

Książek Staniszkis i o Staniszkis najlepiej jest interpretować na takim właśnie poziomie – nieusuwalnego związku autora i bohatera ze swoim dziełem. W przypadku Jadwigi Staniszkis związek, a nawet rodzaj spójności pomiędzy życiem a poglądami, decyzjami uczuciowymi i politycznymi wydaje się być na tyle silny, że wręcz utrudnia realizację zwykłych życiowych celów. Związki miłosne Staniszkis z perspektywy jej opowieści wyglądają na kompletnie pozbawione uczuć i emocji. Wszystko tkwi w rozumie.

Wracając zaś do wątku rozpoczynającego ten tekst – Jadwiga Staniszkis naprawdę ma powody, by cenić Jarosława Kaczyńskiego i jest prawdopodobnie jedną z niewielu osób w tym kraju, które są w stanie uzasadnić tę sympatię nie tylko na poziomie emocji, ale odwołując się do zdrowego rozsądku i faktów. Choćby z tego powodu należy tę książkę mieć.

Jan Skórzyński – Zadra. Biografia Lecha Wałęsy

Lech Wałęsa nie jest wdzięcznym materiałem dla biografa. Postaci tak skomplikowanych i niejednoznacznych, a równocześnie obrosłych mitem jest w Polsce niewiele. Powoduje to, że wszystkie wydane do tej pory biografie przywódcy „Solidarności” były mniej lub bardziej skutecznymi narzędziami politycznej walki między zwolennikami ‚Lecha’ a przeciwnikami ‚Bolka’.

Prawdy o tym, czy Wałęsa rzeczywiście zerwał stosunki z bezpieką w latach siedemdziesiątych, czy nie, nie dowiemy się już raczej na pewno, bo teczki w tej sprawie zostały zniszczone w latach 90.  Nie zmienia to faktu, że z historią mierzyć się należy.

Czytając pracę Skórzyńskiego trudno nie dostrzec jego sympatii dla swojego bohatera. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego metodą, jaką obrał, jest przechodzenie chyłkiem i powierzchownie nad najważniejszymi w biografii Wałęsy momentami. Podczas lektury ma się wrażenie, że w tych momentach historia jakby przyspiesza, nabierając skokowego pędu i przeskakuje sprawy, które rozpalają ciekawość tych, których interesuje postać Wałęsy.

Działalność publiczna takich osób, jak Wałęsa, nie powinna stanowić tematów tabu, natomiast Skórzyński zachowuje się tak, jakb obawiał się zbytnio narazić bohaterowi swojej opowieści. Najcięższą krytyką Lecha jest wspominane w kilku miejscach (nie bez żartobliwego tonu) megalomaństwo i chwalipięctwo Wałęsy. Przyznajmy, że nawet ponad powierzchnią esbeckich teczek i lojalek są oczywiste błędy, które popełnił jako polityk, jak choćby przegrana z Kwaśniewskim w wyborach prezydenckich w 1995 roku, która otworzyła postkomunistom szeroki front.

Biografia pióra Skórzyńskiego jest gładka, powierzchowna i nudna. Nie dowiadujemy się z niej niczego nowego o Wałęsie, nie znajdziemy w niej żadnych problemów decyzyjnych, przed którymi stawał, a już tym bardziej oceny jego decyzji. Stworzony w ten sposób Wałęsa to, która nigdy się nie wahała, nigdy nie popełniała błędów. „Zadra” to hagiografia pełną gębą.

Piszę to przede wszystkim dlatego, że przyjmując taki punkt widzenia, Skórzyński wyświadcza Wałęsie niedźwiedzią przysługę. To, czego legendarny przywódca „Solidarności” potrzebuje to nie kolejny wyznawca, którego od Cenckiewicza czy Zyzaka różni tylko pozycja na kontinuum od miłości do nienawiści. Wałęsa potrzebuje – bo sam nie jest do tego zdolny – kogoś, kto pokaże w nim człowieka. Człowieka, w którym bohaterstwo miesza się z małością, mądrość z głupotą, a odwaga ze strachem. Niestety, sytuacja byłego prezydenta jest w tej chwili tragiczna. Jedni na niego plują, podczas gdy inni bezkrytycznie czczą. A prawda jest – jak sądzę – tym razem gdzieś pośrodku. Gdzieś, gdzie jest Wałęsa, a nie ma nikogo, kto by mu o tym powiedział.

Jadwiga Staniszkis „Ja. Próba rekonstrukcji”

staniszkisNie wiem, jak to jest, ale socjologowie posiadają wyjątkową umiejętność introspekcji i potrzebę samozrozumienia. Najgłębszym, najszczerszym, pozbawionym autokreacji dziennikiem, jaki czytałem, są opublikowane niedawno, obszerne zapiski Bronisława Malinowskiego. Jadwiga Staniszkis jest osobowością na tyle oryginalną, głęboką i – co najciekawsze – podobną do Malinowskiego, że jej bardzo osobiste refleksje opatrzone tytułem „Ja. Próba rekonstrukcji” porażają głęboką samoświadomością i autorefleksyjnością.

Książka składa się z pięciu rozdziałów. Każdy z nich poświęcony jest innej sferze życia wybitnej socjolożki. Poszczególne części różnią się znacznie. W pierwszym Staniszkis wymienia osoby, z którymi łączy je związek intelektualnego pokrewieństwa i obcości. Intelektualnymi „braćmi” autorki są japoński pisarz Yukio Mishima, Malcolm Lowry, Zofia Nałkowska oraz Jack Kerouac. Staniszkis rozpatruje to pokrewieństwo na bardzo głębokim i subtelnym poziomie, na którym wspólnota intelektualna zlewa się z emocjami i duchowym współodczuwaniem. Podobnie analizowane są związki, lub ich brak z tymi, którzy pod tymi względami są Staniszkis „obcy”: z Jarosławem Iwaszkiewiczem, Adamem Michnikiem, oraz Janem Grossem. Duże wrażenie na czytelniku robi umiejętność autorki godzenia odwagi wydawania zdecydowanych sądów połączona z subtelnością i wyważeniem argumentów.

W rozdziale drugim Jadwiga Staniszkis pisze o swoich podróżach. Tutaj w największym stopniu daje o sobie znać syntetyczny umysł autorki (ponoć wynikający z łagodnego autyzmu). Perypatetycka umysłowość, która – według tego, co wiemy o Arystotelesie – powinna cechować się zmysłem analitycznym i redukcjonistycznym – u Staniszkis wytwarza zdecydowanie syntetyczne i teoretyczne koncepcje. Zdumiewa umiejętność, jak wielkim polem abstrakcyjnych rozważań może być wspomnienie jednego widoku, ujrzanego podczas którejś z wielu podróży autorki.

Dzięki obecnemu mężowi Staniszkis miała okazję poznać dokładnie Daleki Wschód, szczególnie zaś filozofię taoistyczną. W rozdziale trzecim otrzymujemy – w formie szkicu – błyskotliwą intepretację współczesnej Unii Europejskiej z punktu widzenia tej dalekowschodniej filozofii. Staniszkis twierdzi, że obecne zmiany oznaczają autonomię formy, czyli porzucenie autonomii aktora (państwa, przedsiębiorstwa, jednostki) na rzecz autonomii formy (procedury, zasady, reguły). Zmienia się również rozumienie konfliktu, który – według autorki – przestaje być traktowany dyskursywnie i konfrontacyjnie, a staje się niejako narzędziem tworzenia – w tym przypadku tworzenia nowej wiedzy.

Nawet w formie ogólnych szkiców, rozważania Staniszkis o Europie i postkomunizmie wzbudzają szacunek przenilkiwością i świeżością spojrzenia. Jeszcze bardziej frapuje zdolność do płynnego przechodzenia z płaszczyzny socjologicznej, czy też politologiczny, na poziom spraw bardzo osobistych. Staniszkis wypracowała bardzo uniwersalną metodę interpretacji rzeczywistości, która sprawdza się równie dobrze, kiedy mówi o Traktacie Lizbońskim, jak i wtedy, kiedy wspomina swoich poprzednich mężów. Techniczność języka tylko w pierwszym momencie razi, wystarczy go przyswoić i zrozumieć, wówczas lektura staje się przyjemnością.

Szczerość Staniszkis, choć zupełnie inna niż Malinowskiego, który swoich dzienników nie pisał w celu publikacji, jest równie frapująca. Szczególnie wtedy, gdy ze swobodą pisze o swoim narcyźmie, obojętności na sprawy innych, egoizm i introwertyczność. Widać, że książka pisana była w pośpiechu (wiele wklejonych metodą Ctrl-C, Ctrl-V tekstów wcześniej opublikowanych w Dzienniku), co nie zmienia faktu, że jest to bardzo ważna pozycja, nie tylko dla osób zajmujących się zawodowo socjologią.

Pod tym linkiem znajdują się moje notatki, które robiłem podczas lektury książki.

Thomas Frank „Co z tym Kansas?”

Jeżeli o środowisku Krytyki Politycznej mówić, że Sierakowski i jego towarzysze robią dobrą robotę, to na pewno należy wskazać na ich działalność wydawniczą. Poza bardzo ważną, choć jednocześnie groźną, książką Badiou o Świętym Pawle z Tarsu oraz nie przeczytanymi jeszcze przeze mnie „Płomieniami” Brzozowskiego, nabyłem i przeczytałem z uwagą pracę, która przez Jacka Żakowskiego stawiana jest – pod względem istotności – na tej samej półce, co najważniejsze prace Fukuyamy i Huntingtona. Mowa o Thomasa Franka „Co z tym Kansas”.

Frank próbuje wyjaśnić pewien zdumiewający proces, dokonujący się przez ostatnie dwadzieścia lat w Stanach Zjednoczonych. Proces ten nazwany przez autora backlash. Tłumaczący książkę Julian Kutyła nie zdecydował się na przetłumaczenie tego zwrotu na polski. Gdyby to jednak uczynił, musiałby prawdopodobnie użyć zwrotu „gwałtowna reakcja”. Na czym polega backlash? Na paradoksalnym i trudnym do racjonalnego wytłumaczenia odwróceniu się socjalnego elektoratu amerykańskiego, żyjącego na niższej od przeciętnej stopie życiowej, od Partii Demokratycznej i jego przejściu do obozu Republikańskiego. Pyta Frank, jak to się dzieje, że najuboższe regiony USA są jednocześnie najbardziej oddane partii, która tradycyjnie utożsamiana jest z elitami finansowymi i tym, co w kapitalizmie najbardziej obrzydliwe?

Jedną z odpowiedzi, jakiej udziela autor, jest przygotowana z premedytacją i cynicznie Wielka Manipulacja, której dokonują konserwatyści amerykańscy, a której ofiarą są środowiska ekonomicznie wykluczone. Przekręt ten polega na odsunięciu na dalszy plan sfery ekonomii, na rzecz czarowania opinii publicznej pozornie tylko fundamentalnymi problemami obyczajowymi, takimi jak problem aborcji, praw mniejszości seksualnych itd. Dzięki temu konserwatyści zbierają poparcie ludu, jednocześnie realizując interesy finansjery, która chętnie finansuje im kampanie wyborcze, otrzymując w zamian wolnorynkową politykę wybranych dzięki tej „manipulacji” konserwatystów.

Na tym, w telegraficznym skrócie, polega backlash. Nie byłoby w tej koncepcji nic odkrywczego, nic, co wykraczałoby poza znany i oklepany w gruncie rzeczy demaskujący styl pisarzy ukształtowanych przez marksowską szkołę myślenia o polityce, gdyby nie forsowana przez Jacka Żakowskiego, jak również – co należy przypuszczać – przez polskich wydawców książki – teza, iż proces, którego wyrazem jest backlash, jest procesem uniwersalnym. Procesem, który dotarł również do Polski i zmaterializował się w postaci dwuletnich rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Owszem, kiedy próbujemy doszukiwać się analogii pomiędzy tym, co opisuje Frank, a sposobem, w jaki Bracia doszli do władzy w Polsce, widać przede wszystkim, że w obu przypadkach kluczem do zwycięstwa było przekonanie do siebie warstw wykluczonych pod względem ekonomicznym. Słynna już oś podziału na „Polskę liberalną” i „Polskę socjalną” świetnie odpowiadała backlashowemu myśleniu Kaczyńskich. Podobieństw można się też doszukiwać w używanym przez nich języku. O ekonomii mówią Kaczyńscy prawie wyłącznie w kontekście krzywdy, którą rzekomo na elektoracie socjalnym dokonywały poprzednie, „liberalne”, rządy. Retoryka pozytywna Kaczyńskich, projekt zmiany społecznej, zbudowane były na programie obyczajowo-prawnym. Walka z korupcją, surowość prawa, sprzeciw wobec małżeństw homoseksualnych, nie dla aborcji; to wszystko – w myśl teorii Franka – może być potraktowane jako zasłona dymna dla z gruntu nastawionej prokapitalistycznie polityki.

Pytanie tylko, czy w tym miejscu powinniśmy kontynuować analogię między Stanami Zjednoczonymi George’a Busha a IV RP braci Kaczyńskich? Czy rzeczywiście Prawo i Sprawiedliwość oszukało ludzi Polski B, którzy oddali na nich swoje głosy? Bo, z jednej strony, zniesienie rękami PiS i LPR podatku od spadków, to przedsięwzięcie w zerowym stopniu wpływające na polepszenie stanu ekonomicznego wykluczonych, przedsięwzięcie, które – jeśli komuś sprawiło radość – to tylko tym, którzy spadki zostawiają. A ci stanowią zdecydowanie niewielką grupę społeczeństwa. Z drugiej jednak strony teza, iż Prawo i Sprawiedliwość realizowało jednoznacznie prorynkową politykę byłaby na pewno ryzykowna. Nie znam nikogo, kto na serio tak sądzi.

W analogii, którą proponuje Żakowski, są bowiem dwie słabości, które pomniejszają kompatybilność porównań. Pierwsza z nich polega na umniejszaniu roli pierwiastka populistycznego w sytuacji Polski. Tak jak w Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia z dojrzałą strukturą i podziałem ideologicznym dwóch sił rozdających karty, tak mówienie wprost, iż Prawo i Sprawiedliwość jest partią konserwatywną, odpowiadającą amerykańskim Republikanom, naraża się na łatwą falsyfikację. Podobnie zresztą jak utożsamianie Demokratów z Platformą Obywatelską, Lewicą i Demokratami i czym tam jeszcze chcemy. Prawo i Sprawiedliwość jest – i to druga niekompatybilność – strukturą o silnym wewnętrznym poczuciu lewicowej wrażliwości, solidaryzmu społecznego, partią, która w największym stopniu odwołuje się do przedwojennych tradycji PPS-owskich. Nie widzę więc aż takiego fałszu w przymilaniu się Kaczyńskich do tych, którzy Okrągły Stół i reformy Balcerowicza uważają za początek swej ekonomicznej klęski. Na pewno nie jest to manipulacja na taką skalę, jak to ma miejsce w opisywanym przez Franka stanie Kansas. Są więc Kaczyńscy albo zręcznymi populistami, albo zaangażowanymi lewicowcami. Trudno jednak mówić o nich jako o cynicznych reprezentantach korporacyjnego kapitalizmu. Jeśli komuś na obecnej scenie politycznej można by przypiąć taką łatkę, to raczej Tuskowi niż Kaczyńskiemu, bo to właśnie ten pierwszy konsekwentnie przechodzi na pozycje konserwatywne i równie konsekwentnie unika wypowiadania się na tematy gospodarcze, choć jeszcze w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych mówił na ten temat dużo i odważnie.

Być może – wbrew temu, co dostrzega Żakowski – książka Franka nie tyle opisuje, co się w Polsce działo, co raczej antycypuje pewien przyszły proces, którego będziemy świadkami. Paradoksalnie bowiem, potencjalnym bohaterem i rozgrywającym polskiego backlashu nie będzie PiS, lecz „nowi konserwatyści” z Platformy Obywatelskiej.