Tomasz Konatkowski – Przystanek śmierć

Przystanek śmierć - Tomasz KonatkowskiGotów jestem zaryzykować tezę, że debiutancka książka Konatkowskiego nie jest kryminałem w ścisłym sensie tego słowa, a jeśli już nim jest, to stanowi on swoistą narracyjną przykrywkę dla pisarskich potrzeb innego rodzaju. Żywiołem pisarza nie jest ani zaskakująca kryminalna fabuła, ani dialogi. Te ostatnie drażnią nawet niekiedy swoją drewnianą konstrukcją.

Z tychże powodów podjęcie tej kikusetstronnicowej lektury zaczyna się od obawy, czy aby te kilkanaście godzin nie będzie czasem zmarnowanym. Szybko jednak okazuje się, że “Przystanek śmierć” to napisana z encyklopedyczną dbałością o szczegóły powieść o współczesnej Warszawie.

Postać głównego bohatera jest nudna. Komisarz Adam Nowak jest pozbawionym jakichkolwiek ekscentryczności facetem przed czterdziestką. Oczytany i osłuchany, zainteresowany Warszawą, zmaga się ze swoją własną smugą cienia. Prowadząc drobiazgowe śledztwo poszukuje bandyty grasującego na warszawskich przystankach tramwajowych. Dochodzenie jest wielowątkowe, pełne ślepych uliczek, fałszywych tropów, słowem, nudne.

Konatkowskiemu udaje się pogodzić niewiarygodną wręcz drobiazgowość opisu policyjnych procedur, szczegółów warszawskich przestrzeni, współczesnej obyczajowości, asorytymentu sklepów, zawartości albumów z muzyką, z nie dającą możliwości nudy wartkością akcji. Nie jest to naturalizm rodem z “Pittbulla” – funkcjonariusze z książki Konatkowskiego przeklinają raczej rzadko, przestrzegają procedur, a prawo łamią tylko nie płacąc abonamentu RTV. Są to raczej skromni ludzie, zarabiający grosze i jeżdżący do pracy komunikacją miejską, prowadzący w zasadzie nudne życie, jak większość Polaków.

I właśnie to stanowi o atrakcyjności “Przystanku śmierć”. Autorowi udało się skleić w całość: przewidywalne i nużące postaci żyjące w szarym mieście pełnym szarych ludzi, zwykłe dochodzenie, które nie przebiega w żaden spektakularny sposób, w bardzo atrakcyjną całościowo opowieść o współczesności.

Ryszard Ćwirlej – Mocne uderzenie

Książka Ćwirleja jest klasycznym w konstrukcji kryminałem, którego fabuła rozgrywa się w końcu lat 80., u schyłku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, na ziemiach Wielkopolski. Na polu namiotowym jarocińskiego festiwalu zostaje zamordowana, oczywiście w niewyjaśnionych okolicznościach, dziewiętnastoletnia miłośniczka muzyki. Do wyścigu za tajemniczym mordercą używającym do swojego zajęcia młotka rusza cały zastęp milicjantów powiatowych i wojewódzkich, esbeków, dzielnicowych i ormowców. Uganiają się za kolorową młodzieżą jarocińską, w tym punkami, skinami, poppersami i hipisami, a także wielkopolską, mniejszą i większą bandyterką i żulerstwem.

Galeria ludzkich typów jest przez Ćwirleja namalowana z rozmachem. Jednocześnie dbałość o szczegóły, o wszystkie te nawet nadrobniejsze elementy rzeczywistości tamtych lat, jest godna największego podziwu.

W książce Ćwirleja sama fabuła nie jest ważna. Dość powiedzieć, że fabuła jest najsłabszą stroną tej świetniej książki. Kryminalna intryga, wokół której kręci się opowieść, jest nieco zbyt zagmatwana, liczba bohaterów przesadzona, a rozwiązanie zagadki – przewidywalne. Nie zmienia to faktu, że „Mocne uderzenie” to najlepszy polski kryminał współczesny od czasu „Uwikłania” Zygmunta Miłoszewskiego. Bohaterem tej książki nie jest żaden z odgrywających główne role milicjantów, żaden z przedstawicieli poznańskiego półświatka, ani też żaden hipis, pank czy skin, choć każda z tych grup pojawia się licznie na kartach opowieści.

Bohaterem tej książki jest siermiężna rzeczywistość Polski lat 80. ubiegłego wieku. Ćwirlej po mistrzowsku wyłapuje i przypomina wszystkie elementy codzienności późnego PRL-u, patrząc na nią z perspektywy ulicy. Kryzys, ogólny marazm i brak perspektyw, kontrkultura, opozycja i milicja, zakupy na kartki, marzenie o kapitalizmie – wszystko to jest w „Mocnym uderzeniu” pokazane gęsto, bez popadania ani w nostalgię, ani przesadne kombatanctwo.

Świetna literatura, przywodząca na myśl „Złego” Tyrmanda.