Marco Malvaldi „Gra w ciemno”

 

Gra w ciemno_CMYK.jpg

Jakie tajemnice może kryć miasteczko, w którym wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich? Mówi się przecież, że najgorsze do życia są właśnie takie małe miasteczka, które dają tylko pozór spokoju i intymności. Bo w takich miejscach każdy przez cały czas każdego obserwuje, ocenia i kontroluje.

Akcja „Gry w ciemno” toczy się w Pinecie – niewielkim miasteczku u wybrzeży Morza Toskańskiego, gdzieś między Livorną a Pizą. Tamtejsze życie płynie powoli, a jego centrum jest kawiarnia Lume prowadzona przez Massimo Vivaniego – na co dzień barmana – który nie do końca na własne życzenie staje się domorosłym detektywem.

Kompletnym przypadkiem, w środku jednej z upalnych, śródziemnomorskich nocy, przyjeżdża do baru pijany młodzieniec i twierdzi, że kilka kilometrów dalej, na parkingu przy plaży, znalazł w kontenerze na śmieci ciało młodej dziewczyny. Na komisariacie, gdzie dzwoni, nie dają mu wiary, więc barman jedzie z chłopakiem na parking i – owszem – odkrywa tam ciało osiemnastolatki.

Małe miasteczko na włoskiej prowincji, w którym dochodzi do tajemniczego morderstwa młodej dziewczyny – obie te rzeczy mogą  sugerować, że jest to kryminał mroczny, ciężki i dołujący. A jest dokładnie na odwrót. Punktem centralnym akcji jest wspomniana kawiarnia Lume, w której przesiaduje całymi dniami loża szyderców, ale bardziej należałoby powiedzieć: grecki chór – czterech osiemdziesięcioletnich, dziarskich staruszków – radykalnie złośliwych, prześmiewczych i skażonych do kości niepoprawnością polityczną. I nadto doskonale poinformowanych we wszystkich sprawach – w małym miasteczku plotki rozchodzą się błyskawicznie. Skojarzenie z greckim chórem nie może być przypadkowe – tych czterech zażywnych mężczyzn nie bierze bezpośrednio udziału w akcji kryminału, ale jest jego ważnym – komentującym – elementem, jak w antycznym dramacie.

Tych czterech zabawnych staruszków, palących non-stop papierosy, grających w karty i plotkujących ponad miarę oraz klimat środka lata w śródziemnomorskim kurorcie, gdzie siesta trwa cały dzień, a podstawowym pożywieniem są kawa, tapasy, anyżówka i lagery, stanowią o przyjemności kontaktu z tą książką. Lekkość ta przenosi się na wątek kryminalny, który jest banalny do rozwiązania jeszcze przed półmetkiem całej historii. Główny bohater jest być może spostrzegawczy, ale brak mu charakteru. Wyobrażałem go sobie jak jednego z tych wielu nabzdyczonych włoskich restauratorów oburzonych, gdy klient poprosi o cappuccino przed południem.

Jest w tej niewielkiej objętościowo książce coś sympatycznego i dostarczającego przyjemności czytania. Może ten lekki acz zgryźliwy humor staruszków z kawiarni Lume? Może ten klimat włoskiej prowincji w środku sezonu urlopowego? A może ta pozbawiona niepokoju i domysłów fabuła kryminalne? A może to wszystko po trochu?

Reklamy

Wszystkie błędy Katarzyny Bondy – „Florystka”

flor

Przeczytałem „Florystkę” Katarzyny Bondy. Jest to bodaj jedyny na razie kryminał dziejący się w Białymstoku i był to jedyny powód, dla którego zdecydowałem się na lekturę. Jak bowiem wiadomo, tylko jedna kobieta w historii światowej literatury potrafiła pisać kryminały i jej nazwiska nie trzeba wymieniać. Także Polsce była tylko jedna kobieta, której jakoś to wychodziło i jej nazwiska też nie trzeba wymieniać.

„Florystka” to powieść absurdalnie długa i męcząca. Milionowej liczby niepotrzebnych wątków, dygresji i postaci nie sposób niczym wytłumaczyć. Seryjny morderca poszukiwany przez parę kompletnie nudnych i ślamazarnych jak Beata Szydło profilerów jest gdzieś od połowy, czyli około 550 strony książki łatwy do rozszyfrowania.

Jedyne, co ratuje tę książkę przed totalnym potępieniem, to kilkanaście miejsc w Białymstoku i okolicach opisanych przez autorkę.

Dzięki „Florystce” odkryłem „górkę miłości” na Pietraszach, o której wcześniej nie wiedziałem. Główne wydarzenia dzieją się na osiedlu Dziesięciny, gdzie się wychowałem i przeżyłem dwadzieścia kilka lat życia. W zasadzie kluczowe momenty książki: wieżowiec przy Berlinga 19, miejsce zabójstwa Amadeusza i cmentarz „na górce” to miejsca znane mi jak własna kieszeń.

Katarzyna Bonda włożyła dużo pracy, by szczegółowo pokazać realia Białegostoku. Na przykład szlak autobusowej linii numer 16 przebiega – zgodnie z rzeczywistością – przez wszystkie ważne dla książki miejsca. Jest też w Galerii Alfa kwiaciarnia, w której miała pracować tytułowa florystka (nie ma na tym piętrze natomiast sklepu z elektroniką). Tutaj jednak chciałem skupić się na kilku błędach i ciekawostek, które nie mogłyby umknąć każdemu białostoczaninowi.

Na początek ciekawostka. Jedną z głównych postaci „Florystki”, pojawiającym się już na pierwszych kartach, jest pięćdziesięciokilkuletni komisarz Lech Pilecki „człowiek nie imponującej postury, emanujący siłą i pewnością siebie”. Ciekawe, czy Bonda – tworząc tę postać – świadomie nawiązała do znanego białostockiego biznesmena i filantropa o tym samym imieniu i nazwisku i podobnym wieku? Nie będę sam próbował odpowiadać na to pytanie, ponieważ znanego biznesmena znam i nie chcę tej znajomości popsuć jakimś niepotrzebnym zdaniem lub słowem. A, jak wiadomo, biznesmeni białostoccy są osobami wrażliwymi i czułymi na wszelkie aluzje ich dotyczące.

Wróćmy do książki i pomyłek jej autorki. Druga ważna postać „Florystki”, profilerka Lena Pawłowska – nota bene po kłótni z Pileckim – wybiega z gmachu komendy policji przy ulicy Sienkiewicza i zmierza ku rzece. Białka, nad którą leży Białystok, to niewielki ciek osiągający maksymalnie 2-3 metry szerokości i pewnie najwyżej z pół metra głębokości. Czytamy natomiast: „Lena dopiero teraz dostrzegła w oddali awanturę. Cały czas szła wzdłuż rzeki obstawionej gęsto wędkarzami”.

Wędkarze nad Białką? W Białymstoku? Tutaj pani Bonda srodze przesadziła. Domyślam się, że ci wędkarze kłócili się tam po to, by do i tak napuchniętej od zbędnych wątków i postaci dopisać lokalną dziennikarkę, która z opisu Bondy jak ulał pasuje do jednej z najbardziej aktywnych i przebojowych redaktorów białostockich. „Pulchna”, ale ostra jak brzytwa Teresa Olenderek tak tłumaczy problemy, jakie mają mieszkańcy centrum Białegostoku: „Nie cierpię ich. Te luje anektują każdy skrawek plaży (sic!) (…). Nikt w ich pobliżu nie może korzystać z wody”. Plaża i wędkarze nad Białką? Hmm… Dziwne, że Teresa Olenderek nie przyłapała na wędkowaniu prezydenta z synem.

Przenieśmy się teraz z centrum Białegostoku na osiedle Dziesięciny, a konkretnie na cmentarz św. Rocha. Od strony północnej jest on – tak jak to opisała Bonda – położony na stromym zboczu, po którym idą ważne dla opisywanej historii schodki. Oto, jak opisuje widok stamtąd Bonda: „Kiedy profilerzy wspięli się na samą górę, ich oczom ukazał się wspaniały widok na miasto. Panorama budynków osadzonych w rozłożystej zieleni. Teraz Meyer przekonał się naocznie, że parki, skwery i lasy zajmują wiele miejsca w tym mieście”.

Problem w tym, że z miejsca, które opisuje Bonda, nie można zobaczyć panoramy miasta. Znajduje się ono zbyt daleko od centrum i jest położone zbyt nisko wobec całości miasta, by było to możliwe. Z miejsca, o którym czytamy, roztacza się rzeczywiście szeroka panorama, ale panorama dziesiątek bloków i wieżowców zabetonowanego osiedla Dziesięciny, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest zielone. Ot, zwykła zbieranina chaotycznie poustawianych bloków z lat 70-tych i 80-tych, kiedy nikt nie myślał o zieleni miejskiej (podobnie jak teraz).

Z książki „Florystka” dowiedziałem się też, że to „skiny spaliły Kopiluwak”. Mówi o tym młody dresiarz z salonu gier „Vegasso” przy ulicy Gajowej. Hipsterski lokal „Kopiluwak” rzeczywiście działał z powodzeniem około dziesięć lat temu i został zamknięty z powodu pożaru agregatu chłodniczego. O wątku podpalenia nigdy nie słyszałem, ale domyślam się, że autorce chodziło w wplecenie w książkę wątku „nazistowskiego Białegostoku”, po którym biegają ogoleni na łyso chłopcy z zapałkami i podpalają wszystko, co popadnie. W rzeczywistości nikt w Białymstoku nie podejrzewał, że chłodziarkę podpalili skini.

Jeśli znowu jesteśmy w centrum, zwróćmy uwagę na kolejne drobne niedociągnięcie Bondy. Przy opisie Rynku Kościuszki trafiamy na takie oto zdanie: „W oddali majaczył deptak na Lipowej, w środku którego chlupała fontanna”. Fontanna rzeczywiście chlupocze, ale nie na Lipowej, tylko w Rynku Kościuszki, a ulica Lipowa nigdy nie była i nie jest deptakiem. Z ruchu został wyłączony fragment Rynku Kościuszki i tam rzeczywiście mamy coś na kształt deptaku. A po Lipowej samochody – niestety – jeżdżą jak jeździły.

Według autorki „Florystki” Aleja Konstytucji 3 maja jest „przedłużeniem Berlinga w kierunku centrum Białegostoku”. W tym przypadku możemy uznać, że jest to błąd wynikający z częstego wśród kobiet upośledzenia orientacji przestrzennej. Odradzam Bondzie samotne wyprawy do lasu po grzyby. Powiedzmy, że po lasach chodzi dużo skinów.

W książce występuje też szpital psychiatryczny w Choroszczy. I tak, jak opis samego obiektu, jego zaniedbanie i ogólny klimat zostały oddane całkiem realistycznie, to, nie wiadomo dlaczego, autorka zdecydowała, że, cytuję: „szpital psychiatryczny w Choroszczy mieścił się tuż przy rynku miasteczka, oddzielony jedynie murem z czerwonej cegły”. W rzeczywistości szpital ten znajduje się na północnych obrzeżach miasta w miejscu dawnej fabryki sukna.

Jak widać, nawet tak nieudana książka, jak „Florystka” może dostarczyć jakichś inspiracji i dać asumpt do małego „śledztwa” w poszukiwaniu pomyłek popełnionych przez autorkę. Książki zdecydowanie nie polecam, chyba że masz ochotę pobawić się w tropienie innych błędów popełnionych w tym beznadziejnym kryminale….

Remigiusz Mróz „Behawiorysta”

505198-352x500

Fajnie mi się czyta książki Remigiusza Mroza. Jest to oczywiście literatura instant z wieloma problemami, które się z tym wiążą („a co mi tam, wstawię ten wątek, dodam nową postać, może mi się potem do czegoś przydadzą”). Są książki, do których pisania autorzy przygotowują się latami . Jak sam autor przyznaje w posłowiu, pomysł na „Behawiorystę” powstał podczas studiów prawniczych, na dwugodzinnych zajęciach z filozofii poświęconych tzw. dylematowi wagonika.

Jest to eksperyment myślowy sprowadzający się zwykle do problemu decyzyjnego, jaka jest różnica między zabiciem kogoś a pozwoleniem, by ktoś umarł? Ale nie tylko. Wyobraź sobie, że jesteś operatorem zwrotnicy, na torach stoi twoje dziecko, a z oddali zbliża się pociąg pełen pasażerów. Masz do wyboru: albo przestawisz zwrotnicę i pociąg z setką pasażerów spadnie w przepaść, albo puścisz pociąg na tor, gdzie stoi twoje dziecko.

W „Behawioryście” Remigiusz Mróz zaaranżował dylemat wagonika do warunków kryminału i do okoliczności świata internetu i telewizji. Dlaczego by nie postawić prawdziwych ludzi przed nie eksperymentalnym, ale realnym wyborem poświęcenia jednego życia, aby uratować życie kogoś innego? Konfiguracji i wariacji na temat tego fascynującego problemu jest tam sporo, a we wszystkim tym poruszają się dwie główne postaci: szalony morderca i tropiący go myśliwy – obaj doskonale zaznajomieni z problemami filozofii, moralności i kinezyki – komunikacji niewerbalnej.

Brzmi to wszystko może trochę za poważnie, bo „Behawiorysta” jest w istocie książką leciutką i przyjemną, choć miejscami zbyt dla dzieci i młodzieży brutalną. Jest też w niej to, co najbardziej u tych wszystkich Mrozów, Miłoszewskich i Chmielarzy lubię najbardziej – przejrzyście, z wyczuciem namalowany obraz codziennej Polski. W tym przypadku Opola i okolic. Chciałbym kiedyś przeczytać taki kryminał o Białymstoku.

Wojciech Chmielarz „Żmijowisko”

żmijowiskoDobry kryminał nie musi zachwycać wyrafinowaną fabułą, nieoczywistymi zwrotami akcji, wartkimi dialogami ani zaskakującym finałem, aby zasługiwał na miano dobrego kryminału. Czytam polskie kryminały dlatego, że – wbrew obiegowym opiniom – w tej pociągowo-autobusowej literaturze znaleźć można więcej mądrych i życiowych rzeczy, niż w wielu tzw. „poważnych” książkach leżących w księgarniach na działach z literaturą naukową i specjalistyczną.

Wojciechowi Chmielarzowi udało się coś wyjątkowego. Zawiązawszy ekstremalnie banalnie początek historii, rozwinął ją bardzo fajnie nie tylko pod względem fabularnym, ale pod wszystkimi innymi względami, które dają pewność, że mamy do czynienia z książką świetną w każdym calu. Nie tylko jako kryminał.

Podczas rodzinnych wczasów kilku zaprzyjaźnionych rodzin w ośrodku agroturystycznym przy nadbałtyckim jeziorze, ginie piętnastoletnia Ada – córka jednego z małżeństw. Dziewczyny nie udaje się odnaleźć mimo starań rodziców, policji, dziennikarzy i jasnowidzów. Ojciec dziewczynki, po roku od jej zaginięcia, wraca do ośrodka, gdzie przypadkiem spotyka Adaomę – czarnoskórą modelkę, która rok wcześniej również była uczestniczką tych wczasów. Oboje próbują rozwikłać tajemnicze zaginięcie, ale każdemu z obojga chodzi o coś nieco innego.

Tutaj, z dosyć sztampowego zawiązania akcji, Chmielarz rozwija cały wachlarz kolejnych postaci powiązanych z zaginioną, jej rodzicami i znajomymi uczestnikami spotkania nad jeziorem. I w tym momencie zamiast kryminału dostajemy z rozmachem zbudowaną powieść psychologiczną i społeczną.

Zacznę od ostatniego. Uwielbiam, gdy ktoś z taką lekkością i wyczuciem opisuje współczesne społeczeństwo polskie, jak robi to Chmielarz w „Żmijowisku”. Bohaterami są w większości trzydziestokilkulatkowie i ich dzieci. Mamy tu bardzo zgrabny opis nowobogackiej warszawki (modelki, menedżerowie, dziennikarze, PR-owcy), prowincjonalnych Januszy biznesu, millenialsów, a także klasy średniej. Pełen przekrój pokazany, moim zdaniem, bardzo celnie, bez przegięć w żadną stronę.

Przede wszystkim, jak wspomniałem, jest to – poza wątkiem kryminalnym – bardzo dobra, powieść psychologiczna o relacjach męsko-damskich, o związkach, o wychowywaniu dzieci, o konfliktach pokoleń. Napisana bez zbędnego nadęcia, wyrażająca jednak wiele dylematów trapiących ludzi między trzydziestką a czterdziestką. Czy związałem/związałam się z odpowiednią osobą? W jakim stopniu znajomości sprzed lat powracają i czy należy do nich wracać? Czy dobrze wychowuję swoje dzieci? Jakie błędy popełniłem i czy mam jeszcze czas, aby je naprawić? Pytania, które każdy albo sobie już zadawał, albo jeszcze będzie zadawał.

Oczywiście, jako że jest to literatura pociągowo-autobusowa, nie należy się w „Żmijowisku” spodziewać genialnych, błyskotliwych dialogów z wycyzelowanymi puentami, ani też godnych zanotowania w zeszyciku życiowych mott.

Zamiast tego jest kilka rzeczy, które mogą razić. Mnie na przykład raziło to, że jedna z ważnych postaci książki – nastoletni Damian – zawsze dostaje erekcji, kiedy zbliża się do niego jakaś kobieta, niezależnie od jej wieku i stanu pokrewieństwa z Damianem. Jednak ta dosłowność w pisaniu o seksie przez Chmielarza nie wykracza poza ramy lekkiego kryminału i mnie absolutnie nie przeszkadza. Opisy erotycznych doświadczeń bohaterów aż ociekają dosłownością, jednak na pewno nie jest to pornografia. 

Do rozwikłania zagadki tajemniczego zaginięcia Ady Chmielarz prowadzi nas jak na wybitnego twórcę kryminału przystało. Co chwilę pojawiają się nowe postaci, nowe wątki, a na listę podejrzanych wpisujemy co rusz to nowe nazwisko, by co rusz skreślać inne, a po chwili znowu je na nią wpisywać. Tytuł książki okazuje się na koniec kolejnym ślepym tropem. Sam finał jest już mistrzostwem w wyprowadzeniu czytelnika w pole, zabawieniu się z nim w kotka i myszkę, bo na sam koniec, gdy już właściwie wszystko wiadomo, po raz kolejny, choć nie ostatni, czytelnik jest oszukany.

Zagadka zostaje rozwiązana, choć to nie koniec żmijowiska.

Tom Hillenbrand „Diabelski owoc. Kryminał kulinarny”

diabelski

Pierwsze książki o tym, że ktoś kogoś zabił i uciekł, a ktoś inny go szuka napisano w pierwszych latach ubiegłego wieku. Jakimś kompletnym nieprawdopodobieństwem nikt do tej pory nie wpadł na to, aby w ten schemat włączyć wątki kulinarne. Jako że kryminał uważam za najdoskonalszy gatunek literacki, a przygotowywanie jedzenia za najważniejszą ze sztuk, to niezależnie od takich lub owakich recenzji po tę pionierską książkę rzuciłem się jak na kiszkę ziemniaczaną mojej mojej mamy.

„Piekielny owoc” nie jest udanym kryminałem, ale jest świetnym kryminałem kulinarnym. Pewnie dlatego, że to pierwszy znany mi kryminał kulinarny (chętnie dowiem się o innych!). Z kryminałami jest jak z horrorami i odwrotnie, niż z romansami i erotykami. Kryminały i horrory wcale nie muszą mieć dobrej, nieoczywistej i zaskakującej fabuły, aby zachwycać. Wystarczy, że są dobrze napisane. Śmierć i groza mogą ocierać się o banał. Miłość i seks, niestety nie (bo wtedy to już jest albo harlekin albo zwykłe porno).

Kulinarnym Sherlockiem tej niezbyt długiej powieści jest Xavier Kieffer, właściciel niewielkiej restauracji regionalnej w Luksemburgu, który rzucił wielką karierę paryskiego restauratora, wieszczoną mu przez jednego z największych mistrzów patelni w Europie, w przeszłości nauczyciela i przybranego ojca. Pewnego dnia, podczas zaskakującej wizyty w restauracji Xaviera recenzenta prestiżowego rankingu Gabina, recenzent ów nagle umiera. To wydarzenie otwiera kryminalne śledztwo prowadzone na własną rękę przez sympatycznego, ale przez to nijakiego, miękkiego i mało wyrazistego jak na głównego bohatera. Spośród dosłownie kilku głównych postaci, które pojawiają się na kolejnych kartach tej powieści, wyłącznie osoba latynoskiego przyjaciela naszego bohatera, obecnie gwiazdy kulinarnych reality-show, jest opisana barwnie i wyraziście.

Ani postaci, ani intryga, zakończona w bardzo łatwy do przewidzenia sposób, nie są głównym atutem tej książki. Tym, co jest fajne i co wciąga, jest możliwość zajrzenia na zaplecze branży „gastro”. Przygotowywanie jedzenia, sprzedawanie go i zarabianie na tym pieniędzy to sprawy fascynujące dla każdego, kto choć od czasu idzie tam, gdzie przygotuje się mu posiłek, a on potem za to zapłaci. W tym przypadku jedzenie ma coś wspólnego z seksem. Dużo większe zainteresowanie społeczne budzi seks uprawiany za pieniądze, niż ten codzienny, w domowych pieleszach. Tak samo, gotowanie obiadu w domu jest nudne, ale to, co się dzieje za uchylnymi drzwiami oddzielającymi kuchnię od pomieszczenia dla gości restauracji, jest już fascynujące.

Dowiemy się więc z tej książeczki nie tylko tego, kto i dlaczego zamordował recenzenta od Gabina. W zasadzie autor nie próbuje nawet wzbudzić w czytelniku szczególnej ciekawości, co powinno dyskwalifikować go jako autora powieści kryminalnej. To jednak z jaką swadą, wiedzą i zręcznością opowiada o przemyśle kulinarnym i gastronomicznym, organizacji pracy w restauracji, relacjach zawodowych, jakie się tam tworzą, o tym w jaki sposób godzić zadowolenie klientów z oszczędzaniem na klientach, o hierarchiach panujących w tym środowisku, jest naprawdę warte poświęcenia kilku godzin.

Na ostatnich kartach wątek kryminalny łączy się z globalnymi zagadnieniami odżywania się i sprzedawania żywności na światowych rynkach. Otoczone jest to wszystko woalką politycznej poprawności, polityką Unii Europejskiej i roli Chin w tych sprawach. Trochę to wszystko na koniec wychodzi ponaciągane i słabe, jednak jak na pierwszy w dziejach kulinarny kryminał ta książka ma się naprawdę nieźle.

Tomasz Konatkowski – Przystanek śmierć

Przystanek śmierć - Tomasz KonatkowskiGotów jestem zaryzykować tezę, że debiutancka książka Konatkowskiego nie jest kryminałem w ścisłym sensie tego słowa, a jeśli już nim jest, to stanowi on swoistą narracyjną przykrywkę dla pisarskich potrzeb innego rodzaju. Żywiołem pisarza nie jest ani zaskakująca kryminalna fabuła, ani dialogi. Te ostatnie drażnią nawet niekiedy swoją drewnianą konstrukcją.

Z tychże powodów podjęcie tej kikusetstronnicowej lektury zaczyna się od obawy, czy aby te kilkanaście godzin nie będzie czasem zmarnowanym. Szybko jednak okazuje się, że “Przystanek śmierć” to napisana z encyklopedyczną dbałością o szczegóły powieść o współczesnej Warszawie.

Postać głównego bohatera jest nudna. Komisarz Adam Nowak jest pozbawionym jakichkolwiek ekscentryczności facetem przed czterdziestką. Oczytany i osłuchany, zainteresowany Warszawą, zmaga się ze swoją własną smugą cienia. Prowadząc drobiazgowe śledztwo poszukuje bandyty grasującego na warszawskich przystankach tramwajowych. Dochodzenie jest wielowątkowe, pełne ślepych uliczek, fałszywych tropów, słowem, nudne.

Konatkowskiemu udaje się pogodzić niewiarygodną wręcz drobiazgowość opisu policyjnych procedur, szczegółów warszawskich przestrzeni, współczesnej obyczajowości, asorytymentu sklepów, zawartości albumów z muzyką, z nie dającą możliwości nudy wartkością akcji. Nie jest to naturalizm rodem z “Pittbulla” – funkcjonariusze z książki Konatkowskiego przeklinają raczej rzadko, przestrzegają procedur, a prawo łamią tylko nie płacąc abonamentu RTV. Są to raczej skromni ludzie, zarabiający grosze i jeżdżący do pracy komunikacją miejską, prowadzący w zasadzie nudne życie, jak większość Polaków.

I właśnie to stanowi o atrakcyjności “Przystanku śmierć”. Autorowi udało się skleić w całość: przewidywalne i nużące postaci żyjące w szarym mieście pełnym szarych ludzi, zwykłe dochodzenie, które nie przebiega w żaden spektakularny sposób, w bardzo atrakcyjną całościowo opowieść o współczesności.

Ryszard Ćwirlej – Mocne uderzenie

Książka Ćwirleja jest klasycznym w konstrukcji kryminałem, którego fabuła rozgrywa się w końcu lat 80., u schyłku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, na ziemiach Wielkopolski. Na polu namiotowym jarocińskiego festiwalu zostaje zamordowana, oczywiście w niewyjaśnionych okolicznościach, dziewiętnastoletnia miłośniczka muzyki. Do wyścigu za tajemniczym mordercą używającym do swojego zajęcia młotka rusza cały zastęp milicjantów powiatowych i wojewódzkich, esbeków, dzielnicowych i ormowców. Uganiają się za kolorową młodzieżą jarocińską, w tym punkami, skinami, poppersami i hipisami, a także wielkopolską, mniejszą i większą bandyterką i żulerstwem.

Galeria ludzkich typów jest przez Ćwirleja namalowana z rozmachem. Jednocześnie dbałość o szczegóły, o wszystkie te nawet nadrobniejsze elementy rzeczywistości tamtych lat, jest godna największego podziwu.

W książce Ćwirleja sama fabuła nie jest ważna. Dość powiedzieć, że fabuła jest najsłabszą stroną tej świetniej książki. Kryminalna intryga, wokół której kręci się opowieść, jest nieco zbyt zagmatwana, liczba bohaterów przesadzona, a rozwiązanie zagadki – przewidywalne. Nie zmienia to faktu, że „Mocne uderzenie” to najlepszy polski kryminał współczesny od czasu „Uwikłania” Zygmunta Miłoszewskiego. Bohaterem tej książki nie jest żaden z odgrywających główne role milicjantów, żaden z przedstawicieli poznańskiego półświatka, ani też żaden hipis, pank czy skin, choć każda z tych grup pojawia się licznie na kartach opowieści.

Bohaterem tej książki jest siermiężna rzeczywistość Polski lat 80. ubiegłego wieku. Ćwirlej po mistrzowsku wyłapuje i przypomina wszystkie elementy codzienności późnego PRL-u, patrząc na nią z perspektywy ulicy. Kryzys, ogólny marazm i brak perspektyw, kontrkultura, opozycja i milicja, zakupy na kartki, marzenie o kapitalizmie – wszystko to jest w „Mocnym uderzeniu” pokazane gęsto, bez popadania ani w nostalgię, ani przesadne kombatanctwo.

Świetna literatura, przywodząca na myśl „Złego” Tyrmanda.