Sacha Gervasi – Hitchcock

Hitchcock (2012)Film Sachy Gercasiego opowiada o tym momencie kariery Hitchcocka, w której – mimo sześćdziesiątki na karku – decyduje się on na ryzykowny zwrot w swojej twórczości. Po sukcesie sensacyjnego “Północ, północny zachód” decyduje się na nakręcenie szokującego – jak na te czasy – horroru, ekranizację powieści “Psychoza” Roberta Blocha. Tak, to ten film ze słynną “sceną pod prysznicem”.

Mamy więc przełom lat 50. i 60. i słoneczną Kalifornię. Gercasimu udało się odtworzyć klimat wielkich fabryk filmowych i dostatnich przedmieść. W jednym z nich mieszka Hitchcock (Anthony Hopkins). Widz jednak szybko przekonuje się, że ten pełen dziwactw, słabości i codziennych fochów sześćdziesięciolatek, wcale nie jest kowalem swojego losu i swojej kariery. Nad wszystkim czuwa cierpliwa, inteligentna i zapobiegliwa pani Hitchcockowa (Helen Mirren).

To nie znakomity reżyser, ale ich małżeństwo jest głównym tematem filmu. Wielu osobom prawdopodobnie spodoba się feministyczny wydźwięk tej opowieści: oto niedojrzałymi, nieodpowiedzialnymi, pełnymi nieposkromionych pragnień mężczyznami rządzą dojrzałe, inteligentne i przezorne kobiety. I to właściwie dzięki kobietom to wszystko idzie do przodu, choć śmietankę w postaci sławy, zaszczytów i pieniędzy zbierają oczywiście samce.

Tyle o ideoogii, która – jak widać – musi wciskać się nawet w biograficzne opowieści o latach 60. ubiegłego wieku. Uważam, że błędem było obsadzenie w roli Hitchcocka Anthonego Hopkinsa. Choć pierwsze sceny robią wrażenie, szybko okazuje się, że aktor jest zbyt charakterystyczny, zbyt wsobny i za mocny aktorsko, by “oddać” się odgrywnej przez siebie postaci. Miny, za pomocą próbuje naśladować słynnego reżysera, są – niestety – minami Hopkinsa. W rezultacie jest śmiesznie tam, gdzie nie powinno.

Nie uważam, aby miało sens rozpływanie się nad kreacją Helen Mirel w roli żony Hitchcocka, jak to czyni wielu piszących o filmie. Natomiast Scarlett Johansson jako “dziewczyna spod prysznica” jest naprawdę świetna. Szczególnie moment, w którym widzimy nagrywanie owej słynnej sceny, należy do znakomitych.

Przyjemność oglądania tego filmu to przede wszystkim radość estetyczna. Wszystko tam jest ładne i ze smakiem. Wartość biograficzną trudno mi ocenić, ale przychylam się do zdania, że to raczej karykatura Hitchcocka w wykonaniu Hopkinsa niż prawdziwy autor “Ptaków”.

Reklamy

Jan Hřebejk – Czeski błąd

Czeski błąd (2009)A wydawało się, że Polacy potrafią kręcić całkiem niezłe filmy o lustracji. Zarówno „Rysa„, jak i „Różyczka” to były naprawdę niezłe filmy. Wydawało się, że ciężki, mroczny, naładowany napięciem i emocjami temat lustracji to wymarzony temat dla polskiego scenarzysty, reżysera i widza. „Czeski błąd” Jana Hřebejka też opowiada o teczkach, donosach i grach ze służbą bezpieczeństwa. Pod każdym względem jest to film doskonalszy od polskich prób podjęcia tego tematu w kinie.

Najważniejsza scena tego znakomitego filmu o lustracji została wypowiedziana po polsku. W jednej z ostatnich scen przypadkowa turystka z Polski pyta jednego z głównych bohaterów o drogę do dworca. – Może Pani pojechać metrem, linią A lub B – odpowiada wesoło Czech. – To linia B też jest? – Ależ owszem, jest też C i D! Symbolika i przekaz tej sceny są jasne – Czesi wskazują Polakom drogę. Pokazują, jak należy zmagać się ze zbiorową przeszłością.

Nie jest to film wesołkowaty, czego niektórzy mogliby się spodziewać po Czechach. Nie drwi z ówczesnych problemów. Wręcz przeciwnie, napina cięciwę do granic, przenosi ciężąr emocjonalny wydarzeń sprzed czterdziestu lat do współczesności. Pokazuje, że kompromisy, słabości, a nawet zwykłe ludzkie podłości nie zależą od ustroju, czasu czy miejsca. Są stałe i pewne, a nieprzewidywalne są tylko skutki, o których możemy dowiedzieć się po latach i które mogą wywrócić wszystko do góry nogami.

Film zbudowany jest więc kaskadowo. Początek przypominał mi bardzo „Plac Zbawiciela” Krauzego. Rosnące, kumulowane napięcie między małżonkami i rozgrywana jak w powieściach Kundery intryga Ludka, która ma usprawiedliwić romans. Szuka i znajduje – skomplikowaną intrygę służb bezpieczeństwa, w którą wmanewrowani są rodzice Lucie.

Najtrwalej pozostającą w pamięci rolę gra czeski fotografik i aktor Antonin Kratochvil. To on jest pokrzywdzonym i ostatnim sprawiedliwym, a jednocześnie nauczycielem. To on właśnie wskazuje zbłądzonej Polce (Polsce) drogę. Na czym polega ta rada, jaką dają nam bracia Czesi? Tego można się łatwo domyśleć. Po pierwsze dystans, po drugie – przebaczanie bez zapominania, po trzecie – humor i ironia. Połączenie tych składników uosabiane jest postacią Borka: nieco szalonego opozycjonisty, zmuszonego do emigracji, który wraca do Czech po to, aby rozwiązać problem rozliczenia donosicieli deklamowaniem im listy 50 najgorszych epitetów,  jakimi można określić bliźniego.

Jacek Borcuch – Wszystko, co kocham

W polskim kinie trwa moda na Polskę Ludową . Tym razem jednak – choć za oknami mróz jak w „Dniu złym”, a w mediach historie raczej „enenowskie”, jeśli nie „rewersowe” – jeden z najbardziej ponurych okresów powojennej Polski zostało pokazany w formie Bildungsroman. „Wszystko, co kocham” to historia dziejąca się pomiędzy majem 1981 a majem 1982 w Gdańsku. Janek (Mateusz Kościukiewicz) jest wokalistą zespołu punkrockowego o łatwej do rozszyfrowania nazwie „WCK” i razem z kolegami planują wyjazd na festiwal rockowy do Koszalina. Janek ma ojca-wojskowego (Andrzej Chyra), dziewczynę Basię (Olga Frycz), przyjaciela Kazika (Jakub Gierszał) i dużo, naprawdę dużo entuzjazmu. Beztroskie dorastanie, bunty, pierwsze miłości, inicjacje seksualne, rozmowy o życiu i wielkie plany zostają jednak brutalnie zdławione przez stan wojenny. Świat dorosłych, polityka i historia wkraczają brutalnie w słoneczny świat Janka i jego przyjaciół i depczą ich marzenia. Kulminacyjnym momentem filmu jest bal maturalny, na którym oczywiście i nie bez przeszkód, występuje WCK, a Janek i jego koledzy dają prztyczka stanowi wojennemu, światowi dorosłych, polityce i historii na raz.

Jak widać, nic w tym wszystkim odkrywczego. Więcej – wygląda to na wielki banał. Jeśli dodamy do tego bardzo naiwną i „naturszczykową” grę głównych aktorów (Kościukiewicz mówi swoje kwestie niewyraźnie, jakby od niechcenia, a Olga Frycz przez cały film wygląda na zawstydzoną faktem, że w ogóle występuje na planie filmowym), to może to wyglądać na kompletną porażkę. I – dla wielu – ten film jest klapą właśnie z powodu naiwności, idealizowania „świata przedstawionego”, pozbawionej aktorskiego sznytu gry najważniejszych aktorów.

W rzeczywistości jednak pomysł Borcucha został zrealizowany bardzo świadomie i z powodzeniem. We „Wszystko, co kocham” chodzi o wyidealizowanie i spłaszczenie świata, który w powszechnie funkcjonującym mniemaniu i według tzw. prawdy historycznej, był zagmatwany, ponury i trudny. Pokolenie, którego reprezentantem jest Borcuch, chce oglądać świat swojego dzieciństwa i młodości tak, jak je zapamiętało. Za dziesięć lat będzie się kręcić filmy idealizujące przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gotów się jestem o to założyć.

Szkoda, że głównym bohaterem nie jest w tym filmie muzyka, czego bardzo oczekiwałem. Sceny prób i koncertów WCK są jednymi z najlepszych w filmie (poza bębniarzem, wszyscy aktorzy grający muzyków, specjalnie nauczyli się grać na instrumentach, a do nagrań użyto sprzętu sprzed trzydziestu lat). Warto też podkreślić, że – wbrew wielu opiniom – film nie jest zupełnie oderwany od realiów politycznych i ich złożoności. We „Wszystko, co kocham”, dramat polskich żołnierzy, zmuszonych do patrolowania ulic i egzekwowania postanowień stanu wojennego został przedstawiony bardzo uczciwie (tragiczna postać ojca Janka granego przez Chyrę, żołnierze – rówieśnicy bohaterów filmu).

Bezpośrednio po seansie byłem wkurzony na reżysera za to, że wygładził i uładnił rzeczywistość początku lat osiemdziesiątych w Polsce. Bohaterowie wydawali mi się tak naiwni i bezwarunkowo optymistyczni, że aż głupi. Myliłem się w swojej ocenie i teraz uważam, że jest to bardzo prawdziwy i szczery obraz. Pewnie dlatego, że żyjemy dzisiaj w świecie bardziej user-friendly, a pomimo to nie potrafimy się cieszyć ani morzem, ani majem, ani muzyką, ani oranżadą.

James Cameron – Avatar

James Cameron, twórca „Titanica” (jeśli ktoś nie pamięta – obrazu, w którym rozmach budżetowy szedł w parze z ogromem kiczu), powraca w jeszcze wyższej formie. Na nowy film wydał jeszcze więcej i udało mu się coś, w co niewielu wierzyło – nowy film jest jeszcze bardziej kiczowaty i efekciarski niż poprzedni. Niemożliwe? Za jedyne 30 złotych dostaniecie tyle tandenty, ile całe Hollywood nie produkuje przez rok.

Rzecz dzieje się w XXII wieku na planecie Pandora (sic!). Zamieszkuje ją, podejrzanie i oczywiście całkowicie przypadkowo przypominający Indian, lud Na’avi – szlachetny, uduchowiony, żyjący w zgodzie z fauną i florą. Jest on w niesprawiedliwy i okrutny sposób eksterminowany przez ludzi (w tej roli – tu zaskoczenie – żujący gumę Amerykanie z teksańskim akcentem i o tradycyjnych przekonaniach). Ludzie pozyskują na Pandorze minerał, o którym wiemy tylko tyle, że jest warty 20 mln dolarów za kilogram (kolejne sic!). Główny bohater filmu – Jake – bierze udział w programie Avatar – użycza swojego umysłu ludzko-zwierzęcej hybrydzie (jego umysł – jej ciało). Odbywa się to w praktyce tak: sparaliżowany Jake leży w specjalnej komorze, a niebieski, dwiupółmetrowy humanoid patrzy i czuje jako Jake, ciałem jednak Jakiem nie będąc. Humanoid ów przypomina rdzennych mieszkańców Pandory, ponieważ misją Jake’a jest wniknięcie w społeczność Na’avich. Bohater kontynuuje tradycje Suworowa czy Kuklińskiego. Świat Na’avich, którego miał zadanie nienawidzić, stopniowo go oczarowywuje, aż w końcu Jake przechodzi na stronę wroga, by w ostatecznej rozgrywce stanąć na czele czegoś w rodzaju powstania przeciw ludziom.

Jak widać, fabuła filmu jest przewidywalna i nudna jak flaki z olejem. Jedyną nowością, jaką dostrzegłem w filmie jest przedstawienie naukowców inaczej, niż w stereotypowej roli bezdusznych, pozbawionych sumienia i oderwanych od rzeczywistości sztywniaków. W filmie Camerona pełnią oni rolę pozytywną, co było jedynym zaskoczeniem, jakiego doznałem podczas seansu.

Również tak zwane drugie dno, o którym niektórzy z natchnieniem mówią i piszą, jest oczywiste i płytkie jak dno Balatonu. Film ten ma być zbiorowym rachunkiem sumienia Amerykanów za występki, jakich dopuszczali się wobec Indian lub też dopuszczają się wobec narodów, które okupowali lub okupują. Ta zbiorowa psychoanaliza odbywa się na wyjątkowo wygodnej kozetce, ale lekarz nie ma pacjentowi – poza komfortem – nic do zaoferowania.

Rozumiem zachwyty nad tym filmem – jest pięknie zrobiony. Jednak pod trójwymiarowym szaleństwem, pomieszaniem grafiki komputerowej z pracą żywych aktorów, wartką akcją i pięknie pokazaną planetą Pandora nie kryje się nic godnego uwagi.

Kirill Serebrennikov – Dzień w Juriewie

Jest to film pełen archetypowych odniesień. Oto Luba, piękna śpiewaczka operowa w średnim wieku, odwiedza wraz z synem miejscowość swojego urodzenia. Na codzień mieszka w Moskwie i robi międzynarodową karierę. Juriewo to jakieś zapadłe, małe miasteczko. Nic dziwnego, że dla jej syna, Andrieja, nie jest to wymarzona wycieczka.

Jest więc matka i jest syn. Ten ostatni znika w dziwnych okolicznościach. W warstwie narracyjnej jest to opowieść o tych poszukiwaniach. Akcja dzieje się w tej miejscowości, przypominającej bardzo polskie popegeerowskie miasteczka. Nie jest to jednak ani kryminał, ani dramat (co wieszczą plakaty). Jest to film, który straszy.

Ważniejszy od warstwy fabularnej jest bowiem obraz rosyjskiej prowincji, nakreślony przez reżysera. Pojawiają się w tym filmie wszystkie najważniejsze symbole Wschodu, zintensyfikowane do granic możliwości. Jest kobieta, która czeka na swojego mężczyznę, który wraca po to, aby ją pobić. Jest szpital, który okazuje się więzieniem i umieralnią w jednym. Jest policjant, który w rzeczywistości jest bandytą. Jest to wszystko, czego się spodziewamy i jednocześnie mamy nadzieję, że nie przyjdzie.

„Dzień w Jurewie” to również podręcznik pogrążania się w świecie, którego nie akceptujemy. Bohaterka, próbująca rozwikłać tajemnicę zniknięcia syna i chcąca jak najszybciej uciec z tego ponurego miasteczka, z każdą sekundą coraz bardziej wrasta w świat, którego nienawidzi. Widzimy, jak od chwili zniknięcia, kiedy trwanie w tym miejscu jest przykrą koniecznością, staje się ono po prostu testamentem. Bohaterka, tracąc nadzieję na odnalezienie syna, szuka go w innych mężczyznach, bez powodzenia.

Borys Lankosz „Rewers”

Czegoś takiego to już dawno nie widziałem. Panie i Panowie, oto w końcu doczekaliśmy się polskiego filmu nakręconego ze światowym rozmachem. Piątek, trzynastego listopada 2009 nie tylko nie okazał się pechowy (choć osobiście próbowałem się tego dnia wydostać z Białorusi, nie bez przygód), ale jest datą przełomową w historii polskiego filmu. Tego dnia na ekrany kin wszedł „Rewers” Borysa Lankosza.

Każda sekunda tego filmu jest dokładnie przemyślana. Każdy kadr dokładnie przygotowany. Każdy dźwięk nie pojawia się bez powodu. Od strony formy jest to absolutny majstersztyk. Akcja dzieje się w latach pięćdziesiątych XX wieku w Warszawie. Główną bohaterką filmu jest Sabina, trzydziestoletnia, wrażliwa i znerwicowana pracownica spółdzielni wydawniczej (Agata Buzek). Mieszka z matką (Krystyna Janda) i babcią (Anna Polony) i rozpaczliwie poszukuje męża. W pewnym momencie pojawia się on – Bronisław – przystojny brunet (Marcin Dorociński). Co się dzieje dalej, nie zdradzę, aby nie pozbawić Państwa zabawy.

Lankosz bawi się stylami w sposób absolutnie mistrzowski. Mamy tu więc klimat przedwojennej polskiej komedii, mamy styl noir, mamy melodramat jak Casablance,  mamy obrazki jak z Polskiej Kroniki Filmowej i pewnie jeszcze dużo, dużo więcej. Agata Buzek zagrała rolę swojego życia, podobnie Dorociński. Gorzej wypadła Janda, która po prostu jest aktorką na tyle charakterystyczną i absorbującą uwagę widza, że do ról innych niż pierwszoplanowe po prostu się nie nadaje.

Jeśli szukać nawiązań do kina światowego, to jedynym nazwiskiem, który przychodzi do głowy, jest Quentin Tarantino. Dziwne, że nikt nie zwrócił do tej pory uwagi na podobieństwa „Rewersu” i „Bękartów Wojny”. Oba filmy to komedie o ponurych czasach, pełne popkulturowych odniesień, chwilami brutalne i naturalistyczne, chętnie czerpiące z uniwersalnych kinowych klisz i równie chętnie z nich kpiące. Rewers jest, oczywiście, filmem dużo skromniejszym, ale nie sądzę, aby Tarantino mógł się go powstydzić.

To mocne słowa, ale uważam, że „Rewers” jest najlepszym polskim filmem od czasu Ziemii Obiecanej Wajdy. Jeśli Lankosz nie dostanie za niego Oskara, zacznę wierzyć w ogólnoświatowy antypolski spisek.

Quentin Tarantino „Bękarty wojny”

Jest to z całą pewnością film wymykający się wszelkim konwencjom i nie można o nim powiedzieć, że jest filmem wojennym, tak samo, jak że jest to komedia (nawet czarna). Nie da się też powiedzieć, że jest to film „o czymś”, choć fabuła „Bękartów” trzyma się kupy i jest opowiedziana po mistrzowsku. Ta opowieść o oddziale amerykańskich Żydów, skalpujących nazistów w okupowanej Europie nie jest na pewno przykładem hollywoodzkiego trywializowania II wojny światowej i samej Europy. Film ten stanowi jednak na pewno przełom i jest dla Europejczyka na pewno ozdrowieńczym szokiem. Bo czyż pokazywanie najstraszliwszego aspektu II wojny światowej, jakim była eksterminacja europejskich Żydów w konwencji amerykańskiego filmu przygodowego nie jest wyrazem artystycznego bohaterstwa?

Quentin Tarantino wychodzi z tej próby zwycięsko. Jest to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w ciągu ostatniego roku. Tarantino z gracją godną mistrza bawi się konwencjami i stać go w tej zabawie na dużo więcej, niż każdego innego reżysera. Elementy surrealistyczne wprowadza z ogromną lekkością, wystarczy przypomnieć fajkę Standartenführera Hansa Landy  – „Łowcy Żydów” z pierwszej sceny filmu (genialna, godna Oskara, rola Christopha Waltza), gips na nodze Bridget von Hammersmark czy komiksowa postać sierżanta Donnego Donowita (w tej roli „polakożerca” Eli Roth) – „baseball bat-swinging Nazi huntera”. Nawet okrucieństwo, którym film wręcz ocieka, bawi, choć czasami trudno patrzeć na sceny skalpowania nazistów przez komandę Aldo Raine’a.

Finałowa scena, w której widzimy płonące kino i ginących w płomieniach nazistowskich luminarzy z Hitlerem i Goebellsem na czele, przywołuje naturalnie skojarzenia z Jedwabnem. Ciekawe, czy Tarantino świadomie zamienił miejscami ofiary i katów w tej scenie. Opowiedziana w „Bękartach” alternatywna wersja historii nie jest przez widza traktowana na poważnie, pewnie dlatego, że historyczne postaci liderów III Rzeszy zostały przedstawione w sposób bardzo karykaturalny. Prawdopodobnie dlatego film dostarcza dużo śmiechu i rozrywki. Podejrzewam, że większość spośród tych, którzy obejrzeli film, będzie podobnego zdania, a dla osób, które nie obejrzały „Bękartów”, to, że film o II wojnie światowej, nawiązujący do holokaustu, może być źródłem świetnej zabawy, będzie to trudne do pojęcia. Najlepiej więc przekonać się samemu.