Komety „Akcja V1”

W wywiadach promujących płytę wokalista i lider Komet Lesław tłumaczy, dlaczego nowe wydawnictwo zespołu nosi tytuł „Akcja V1”.

 

Chodzi o akcję polskiego zbrojnego podziemia podjętą w czasie okupacji hitlerowskiej, której celem było zniszczenie niemieckich rakiet V1 i V2. W znacznym stopniu zmieniła ona losy II wojny światowej. Tytuł ma znaczenie symboliczne. Spełniło się marzenie Hitlera – Polacy są tanią siłą roboczą wykorzystywaną przez Zachód. Polskie media lansują „gwiazdy”, którzy podrabiają obce wzorce. Tracimy tożsamość narodowa. To wymaga podobnej akcji.

Zarówno w przytoczonym powyżej wyznaniu, jak i na nowej płycie Komet dominuje Akcja V1nastrój goryczy, zniechęcenia, żalu i smutku. Gorycz ta ma różne przyczyny: może nią być poczucie odklejenia od rzeczywistości, na którą jest się skazanym (Wyglądasz źle), konieczność dokonywania bolesnych kompromisów, będących ceną za obecność w szołbiznesie (Nie ufaj nikomu), bezwzględny świat przemysłu fonograficznego (Nikt nie kupuje twoich płyt). Lesław krytykuje też gorzko „produkty” owego przemysłu w punkowym Pozerze; Nie masz swojego stylu, poprawiasz innych styl, jesteś nieudaną kopią kogoś kim nie możesz być.

I nawet piosenki optymistyczne przejawiają właściwą osobowości Lesława pozycję przegranego outsidera. Jeden z najlepszych utworów na płycie, Wreszcie w ciąży, to historia desperackiej walki z samotnością, na którą antidotum jest dziecko. Samotna dziewczyna patrząca na test ciążowy i płacząca ze szczęścia, że już nigdy więcej nie będzie musiała być sama.

Płyty Komet od zawsze pozostawiały wiele do życzenia, gdy idzie o spójność. Całkowitym nieporozumieniem są zarówno utwory instrumentalne, jak i piosenki po angielsku. Lesław, którego bez wahania można nazwać poetą polskiego rokendrola, marnuje w ten sposób po prostu miejsce na – i tak krótkiej – płycie.

Akcja V1 to wydawnictwo bardzo nierówne. Są momenty olśniewające, jak dwie podobne stylistycznie i tekstowo miejskie ballady: Wyglądasz źle oraz Spotkajmy się pod koniec sierpnia, opowiadające o samotności w wielkim mieście, umykających wakacjach, marzeniach o ucieczce i niemożliwości realizacji marzeń. Nie pogniewałbym się, gdyby cała płyta brzmiała w ten sposób. Zabierz mnie do domu to tradycyjny rokendrolowy numer, chwilami nawet trochę glam-rockowy, przypominający niektóre momenty brytyjskiej muzyki lat 70. Z kolei Nikt nie kupuje twoich płyt to ryzykowna, acz udana, stylizacja na muzykę swingową, piosenka zaaranżowana tylko na instrumenty perkusyjne i kontrabas. Nie ufaj nikomu i Pozer z kolei to energetyczne rockabilly przypominające późne dokonania legendarnej, nieistniejącej Partii. Najnowocześniejsze harmonie prezentują Komety w Nie ufaj nikomu, który to utwór przypomina nieco dokonania współczesnych zespołów new-punkowych, bo pobrzmiewa w nim trochę Strokesów, trochę Interpolu.

Różnorodność stylistyczna z jednej strony i spójność nastroju z drugiej, to chyba najbardziej odpowiednia charakterystyka Akcji V1. Nie widzę tutaj potencjału dywersyjnego, do czego nawiązuje tytuł płyty. Szkoda, że swoją inspirującą gorycz Lesław wylewa w tak wielu kierunkach. Lepiej by było, gdyby smutek i zniechęcenie towarzyszyło Kometom szybującym w kierunkach słów-kluczy: miasto, samotność, Warszawa. Miejskie outsiderstwo wychodzi Lesławowi zdecydowanie najlepiej.

 

Reklamy

Andrzej Stasiuk „Dojczland”

Wygląda na to, że Andrzej Stasiuk już na dobre zadomowił się na półce z literaturą podróżniczą, o ile oczywiście zestawienie zadomowienia z podróżowaniem nie jest stylistycznym nadużyciem. Jego najnowsza książka – stustronnicowy ciąg szwędackich impresji o Niemczech – może stanowić kolejny odcinek serii rozpoczynającej się od nieprześcignionej „Dukli”, przez nagrodzone Nagrodą Nike (2005) „Jadąc do Babadag” i niedawne „Fado”, kończąc właśnie na „Dojczland”.

Stały czytelnik bez trudu zauważy, że czterdziestosiedmioletniemu Stasiukowi udało się wypracować swój własny, unikalny styl opowiadania o podróżowaniu.  Do tej pory „specjalnością” pisarza była Europa Środkowo-Wschodnia, której Stasiuk stał się popularnym „piewcą”. W dużym stopniu podzielałem opinię autora o tym, że ludy zamieszkujące pas od Estonii, przez Białoruś, Polskę, Ukrainę, Słowację i Węgry, po Rumunię, dawną Jugosławię i Albanię, stanowią esencję tego, co nazywamy europejską tożsamością. Że jako jedyne zachowały równowagę pomiędzy statecznym, wyniosłym i stabilnym dziedzictwem antycznej Grecji i Cesarstwa Rzymskiego a żywiołowością, mistycyzmem i nieokiełznaniem barbarzyńskiego Wschodu. Swymi relacjami z podróży po Rumunii, Słowacji, Ukrainie, Albanii, ale też Polsce, Stasiuk razem ze swoim kolegą Jerzym Andruchowiczem (przede wszystkim w niedocenionej przez krytyków „Perwersji”), pokazują umiejętnie i nie bez wdzięku kontrast pomiędzy zblazowanym, plastikowym, umarłym emocjonalnie Zachodem, a – choć może zacofanym cywilizacyjnie, ale żywym i prawdziwym środkiem kontynentu.

Ci, którzy znają Stasiuka z wymienionych choćby powyżej książek, wiedzą, że trudno w jego przypadku mówić o fabule. Czas nie jest u Stasiuka ani liniowy, ani cykliczny. Chronologia zdarzeń odpowiada pulsowi bohatera, szybkości przemieszczania się, intensywności krajobrazu. „Dojczland” stanowi taki właśnie nieuporządkowany ciąg obrazów, rozmów, wrażeń, z kilku (kilkunastu?) wyjazdów Stasiuka do Niemiec. Jest tam zapraszany jako znany polski literat, tłumaczony i popularny w kraju za Nysą i Odrą. Stasiuk jest również znany w Niemczech jako publicysta, tłumaczący tamtejszmu ludowi zawiłości i paradoksy polskiej rzeczywistości. O tym, że ta ostatnia rola nie za bardzo mu odpowiada, niech świadczy fragment „Dojczland” opisujący jedno ze spotkań Stasiuka z niemiecką publicznością.

Tylko parę razy zdarzyło się, że ktoś wstawał i pytał dramatycznie: „Kiedy w końcu wasi homoseksualiści nabędą pełnię praw?”. Wtedy równie dramatycznie odpowiadałem: „Ten dzień jest już bliski”. Albo pytano: „Kiedy w końcu przestaniecie kraść nasze samochody?”. Odpowiadałem zgodnie z własnym przekonaniem: „Raczej nieprędko. Przecież nie będziemy kradli białoruskich”.

Ten fragment sporo mówi również o szczególnym stosunku Stasiuka do Niemców.  Interesowało mnie, w jakiim stopniu dyskurs „Dojczland” będzie się różnił od sposobu, w jaki Stasiuk opowiadał o Ukraińcach, Albańczykach czy Słowakach. Szczególnie w „Fado” widoczne było to, że udało mu się – co rzadko spotykane w polskim piśmiennictwie – przezwyciężyć „imperialistyczny” ton polskiej literatury, narzucającej zazwyczaj pewien wyniosły ton pisania o Europie Środkowej, której Polska miałaby być historyczno-kulturowym liderem. Stasiukowi udawało się to, czego niekwestionowanym mistrzem jest Wiktor Jerofiejew. Ten ostatni, Rosjanin czystej krwi, potrafił choćby w jednym z esejów zbioru pod tytułem „Mężczyźni”, opisać stosunki rosyjsko-polskie w sposób porzucający uprzedzenia, a wręcz w dużym stopniu ukazujący duszę rosyjską jako „cygańską” w stosunku do tożsamości polskiej.

Bardzo podobnie o Polakach pisze Stasiuk, nazywając naszych rodaków na niemieckiej emigracji „Cyganami” tej części Europy. Ma tu zresztą na myśli nie tylko Polaków, ale wszystkie „ludy Wschodu” poszukujące w Niemczech lepszego życia. Niemcy w „Dojczland” są narodem sterylnych terminali lotniczych, nieracjonalnie płaskich i nudnych autostrad, oschłych urzędników i ekspedientek w wielkich supermarketach, krajem nieprzyzwoicie czystym i przerażająco zamożnym.

Podzielam wrażliwość Stasiuka, który najwyraźniej nie jest w stanie sobie poradzić z ową sterylnością Niemiec i próbuję ją uczłowieczyć, ożywić. Obywatel Europy Środkowo-Wschodniej, mieszkaniec Warszawy, Bratysławy, Lwowa, Bukaresztu czy Tirany, nie jest w stanie poradzić sobie z nierzeczywistą zamożnością, niełamaniem prawa i drażniącą powściągliwością Europy Zachodniej.

Dlatego Stasiuk próbuje pisać o Niemcach językiem, którego używał do opowiadania o zapadłych wioskach wschodniej Rumunii. Wprowadza do tego obcego mu świata pierwiastek ludzkiej nieprzewidywalności. Spacerując po berlińskich ulicach, podróżując superszybkimi pociągiem z Konstancji do Monachium, oczekując na samolot w terminalu lotniska w Stuttgartcie, posiłkuje się butelką butelką whisky, aby dostrzegać w tym umierającym świecie resztki życia. Są nimi, co nie trudno zgadnąć, ludzie Wschodu, którzy wnoszą do owej sterylności subiektywność i żywiołowość, a jednocześnie niezdecydowanie, strach i coś w rodzaju nieprzystawalności do świata, w którym się znaleźli. To jednak właśnie – zdaniem Stasiuka – ratuje Europę Zachodnią przed zastygnięciem w wiecznej nudzie.

Zawsze twierdziłem, że Andrzej Stasiuk jest przykładem potwierdzającym, że najlepszą filozofię uprawiają ci, którzy za określenie ich mianem filozofa mogliby dać po pysku. Stasiuka nie da się skrytykować za jego wizję filozoficzno-społeczną, bo nie formułuje jej w żaden dający się systematycznie skrystalizować sposób. Jednak płynąc po tych hrabalowskich, wielowersowych impresjach, spostrzeżeniach i morałach, wyłania się całkiem przekonujący i nad wyraz dojrzały obraz różnic kulturowych i tożsamościowych. Jest to więc nie tylko bardzo dobra literatura, ale też kawałek świetnej refleksji socjologicznej.

Magda Patryas „T. Love – Potrzebuję wczoraj – oficjalna biografia”

Nie będę ukrywał, że miałem związane z tą książką bardzo rozbudzone oczekiwania. Zespół Muńka Staszczyka to w dużym stopniu towarzysz mojego dojrzewania, nie tylko muzycznego. Mój pierwszy koncert rockowy, na którym byłem, to właśnie T.Love w roku 1994 występujący w nieistniejącym już klubie studenckim ACK. Promowali wtedy płytę „King”, która była bez wątpienia najwięcej razy odtwarzaną kasetą (bo płyt jeszcze wtedy nie było) w moim magnetofonie marki Unitra. I gdyby nie Staszczyk i ten King z miasta świętej wieży, co to całował się z papieżem, pewnie dalej słuchałbym New Kids On The Block.

Stało się inaczej, stąd moja wielka wdzięczność i sentyment do tego zespołu, którego słucham od tego czasu konsekwentnie (czyli już przeszło 13 lat). Na koncertach już co prawda nie bywam, ale roszczę sobie bez oporów prawo mienienia się starym fanem T.Love. Dlatego bez większych oporów i wyrzutów sumienia pozwolę sobie skrytykować pracę Magdy Patryas.

„Potrzebuję wczoraj” to próba ukazania historii zespołu na tle zmieniających się okoliczności społeczno politycznych, od początków w ponurym i siermiężnym stanie wojennym, przez euforyczny, wiosenno-rewolucyjny czas przełomu lat 80. i 90., po stabilną, rozpasioną erę dojrzałego kapitalizmu lat 2004-2006. Autorka próbuje budować tzw. „tło” wydarzeń, lecz robi to wyjątkowo nieudolnie. Razi przede wszystkim powierzchowność i ciężki, niezgrabny język, wyjęty wprost ze szkolnej gazetki lub amatorskiego fanzina. Jeśli autorka decyduje się na to, by kreślić kontekst społeczno-polityczny wydarzeń i okoliczności, której determinowały rozwój zespołu, powinna sięgnąć głębiej, niż do poziomu tego, kto w danym momencie był premierem, albo do faktu reglamentacji alkoholu w czasie, gdy T.Love odbywał swój pierwszy koncert. Nakreślenie historycznego kontekstu wydarzeń powinno mieć na celu dostarczenie czytelnikowi atmosfery, klimatu tamtych czasów. Tego jednak nie dostajemy. I mam wrażenie, że winy za to nie należy zrzucać na brak świadomości autorki co do potrzeby tej dogłębności, ale po prostu na brak umiejętności. O niebo lepiej pod względem autentyczności i żywotności językowej wypadają same wypowiedzi bohaterów – członków zespołu i tak zwanych osób towarzyszących. Autorka strzela sobie w dużym stopniu bramkę samobójczą, obszernie cytując na przykład inną książkę o zespole – „T. Love – dzieci rewolucji”, której autorem jest sam Muniek. O ile więcej jest tam autentyczności i rzeczywistego klimatu w jakim rodził się i rozwijał zespół! Próby Magdy Patryas wypadają na tym tle blado.

Drugim problemem, który wpływa negatywnie na odbiór tej książki, jest brak zdecydowania autorki, o czym tak naprawdę chce pisać. Czy ma być to książka o Muńku, czy o T.Love? Wiadomo, że Staszczyk i T.Love to jedno, ale skoro tak, to dlaczego autorka z taką dociekliwością pisze o osiedlu, w którym urodził się i wychował Staszczyk, pomijając natomiast jego życie towarzyskie w liceum, efemeryczną karierę zespołów Gary i Gitary czy Paul Pavique Movement, studia polonistyczne Staszczyka i kilka innych ważnych momentów w jego życiorysie? Wydaje się, że są one niezwykle ważne dla historii T.Love. Podobnie jak brakuje na przykład porządnej analizy teledysków T.Love. Jest tylko krótka wzmianka o „Kołysance” po angielsku w „My Blood Your Blood” oraz kilka słów o kręceniu „Warszawy”. Wybór zdjęć ozdabiających książkę zdradza, że materiały się dawno wyczerpały. Po co bowiem zdjęcia Paul Pavique Movement, skoro tak naprawdę o tym zespole nie ma w książce wzmianki?

Trzecim niezwykle drażniącym mankamentem książki jest zbyt wielkie skoncentrowanie autorki na – bardzo często nieistotnych – „ruchach kadrowych” w zespole. Z drugiej strony, brakuje na przykład uczciwej analizy twórczości T.Love na obu płaszczyznach: tekstowej i muzycznej. Tej pierwszej trochę co prawda jest, jednak zdecydowanie za mało, jeśli brać pod uwagę fakt, że jedną z największych sił zespołu zawsze były teksty. Śmiertelnym grzechem jest natomiast macosze potraktowanie inspiracji muzycznych zespołu: wczesnych fascynacji glam rockiem i clashowym punk-rockiem, następnie epoki „rollingstone’owania”, potem powrotem do punk-rocka, miszmaszu epoki „Al Capone’a”, muzyki brytyjskiej w „Antyidolu” itd. W pożądnej biografii każda płyta powinna być opisana i zinterpretowana piosenka po piosence, wers po wersie. W „Potrzebuję wczoraj” jest to potraktowane zbyt pobieżnie.

Zamiast tego autorka brnie w niepotrzebne analizy i usprawiedliwiania się jednych członków zespołu przez drugich z tego, kto się na kogo obraził, kto komu nie zapłacił itd.. Lektura tych wzajemnych oskarżeń i przebaczeń mierzi, a czytelnik nie może się doczekać, kiedy w końcu doczeka się czegoś o muzyce i tekstach. Chwilami wręcz zapominamy, że czytamy biografię zespołu rockowego, wygląda to bardziej na historię firmy, w której trwa nieustanna walka o pieniądze.

Ale być może o to chodziło, być może miała to być historia zespołu chłopaków, którzy po prostu chcieli grać muzykę alternatywną, zespołu, który to zespół przekształca się w finale w kapitalistyczne przedsiębiorstwo „dojące” peeleny od bezrozumnych fanów. Taka jest mniej lub bardziej wyraźnie wyrażona teza Pawła Dunina-Wąsowicza, który na końcowych kartach książki pisze o współczesnym T.Love właśnie jako o przedsiębiorstwie handlowym, sprzedającym muzykę. Ale skoro tak, to w jakim celu – jako dodatek do książki – umieszczono nużące notki uczestników forum internetowego fanów zespołu. Z jednej strony mamy tezę o całkowitym skomercjalizowaniu się zespołu, z drugiej, miłe choć niepotrzebne historie z cyklu „jak trafiłem na forum i na ilu koncertach T.Love byłem do tej pory”. Nie współgra to ze sobą, a wręcz się gryzie.

Przywilej promowania tej książki jako „oficjalnej biografii” jest daleko idącym nieporozumieniem. Dla mnie oficjalną biografią pozostają „Dzieci rewolucji”. Jedynym pocieszeniem jest dodatek do książki w postaci płyty z kilkoma rarytasami, z „przedbenedkowym” wykonaniem Warszawy przez Staszczyka i Dunin-Wąsowicza.

Muzyka Końca Lata „2:1 dla dziewczyn”

Ktoś napisał o drugiej płycie Interpol „Antics”, że to nie jest najlepsza płyta roku, ale na pewno najpiękniejsza. Podobnie, bez cienia wątpliwośc, mogę powiedzieć o drugiej płycie chłopaków z Mińska Mazowieckiego. To pewnie nie będzie najlepsza płyta roku (tutaj Muzyka Końca Lata ma u mnie poważnego konkurenta – poznańskie Muchy – nowa płyta jest już podobno w sklepach), ale – proszę mi uwierzyć – to jest na pewno najszczersza muzyka, jaką wydobyto z krtani, gitar i bębnów między Odrą a Bugiem w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Hipohopowcy deklamujący o zasadach, szacunku i ciężkim życiu ulicy powinni pobierać lekcje ze szczerości u Zmywaka u spółki. Choć wątpię, aby do takich nauk kiedykolwiek doszło.

Bo kiedy w otwierającym płytę utworze słyszymy: bo wszystko to, co widziałem bez ciebie nie liczy się nie ważne jest bo bez ciebie i woda i słońce i las nie liczy się nie ważne jest, wtedy pozorna, a być może rzeczywista, banalność tego wyznania dociera ścieżkami wrażliwości, o które się samego siebie nawet nie podejrzewało. Podobnych momentów na tej płycie jest więcej, fraz napisanych w natchnionym porzuceniu kryterium trywialności. …za oknami mokro jest, ostatni śnieg tej zimy; wkrótce trzeba będzie zejść i kupić coś ze sklepu; nie teraz, pójdziemy później ubrania wiszą na sznurze; bąbelkowa płynie krew w łóżku zostaniemy dłużej.

Na drugiej płycie Zmywak skoncentrował się na tematyce miłosnej dołączając z powodzeniem do tekściarzy polskich, którzy są mistrzami pisania i śpiewania o uczuciach: Piotra Klatta z nieistniejących już Róż Europy, Grabaża oraz Muńka Staszczyka. Absolutnym majstersztykiem jest dziewiąty utwór na płycie, gdzie podmiot liryczny zmaga się z niepokojąco-lirycznym poczuciem osamotnienia, oczekując odpowiedzi na krótką wiadomość tekstową wysłaną do sympatii. Zupełnie rozbrajają pieszczotliwe zwroty, którymi obdarzana jest sympatia: Dzidziu, ostatni pociąg uciekł mi….; Mała, malutka proszę odpisz mi, w oczekiwaniu serce drży…..; ja będę czekał tu dzidziu tak blisko najbliżej jak się tylko da. Brzmi to wszystko naprawdę przekonująco i roztkliwiająco.

Wszystkie piękne teksty na tej płycie otoczone są ładnymi, bardzo piosenkowymi, gitarowymi melodiami. Zmywak nie jest wielkim wokalistą, wspomaga go natomiast legendarna Karotka z Kawałków Kulki (z niecierpliwością czekam na płytę), której głos urzeka aksamitnym ciepłem.  Szczególnie pięknie to wszystko brzmi w piosence, która powinna stać się z kilku powodów nowym singlem. Mam na myśli W środę wieczorem, jeden z pierwszych utworów o problemie emigracji młodej polskiej krwi na Zachód. Pierwszym udanym tekstem na ten temat jest Londyn dzwoni Radio Bagdad, na melodię London Calling Clashów. Tak jednak jak chłopaki z Radia Bagdad potraktowali temat emigracji z proletariacko-punkową zajadłością, tak w piosence MKL mamy piękną śpiewaną rozmowę: o kochana, tutaj nie ma dla mnie pracy, tam zarobię i wrócę znów – o mój miły, mam pod sercem ziarnko życia, tak bym chciała byś przy mnie był.

Jest na tej płycie więcej świetnych smaczków, subtelnych obserwacji. Jest na przykład piosenka o nocnym poszukiwaniu smakołyków w lodówce w Ona nie chce jeszcze spać, czy o dziewczętach z prowincjonalnego liceum w Piękna 7A.

 Na koniec osobiste zwierzenie. Płyta 2:1 dla dziewczyn przez dobre 2 tygodnie gościła zapętlona w moim samochodowym odtwarzaczu. Właśnie w czasie, kiedy na miasteczka opadała mgła, na polach fruwały liście, a przechodnie kulili się od z każdym dniem chłodniejszego, jesiennego wiatru. Muzyka Końca Lata świetnie wyraża nastrój jesieni na prowincji. To muzyka małych miasteczek, bardzo prosta, szczera i piękna. Serdecznie polecam.

Jerzy Suszko „Donosy na Kisiela”

Na początku jestem zmuszony przestrzec, że wbrew tytułowi i okładce, nie jest to książka o Stefanie Kisielewskim.  To pierwsze, acz ne jedno, kłamstewko, jakim obdarza nas autor i wydawnictwo, co zważywszy, że żyjemy w świecie, gdzie nic nie jest za darmo, pozwala z niepokojem wspomnieć te dwadzieścia kilka złotych pozostawionych w księgarni. Ale od początku. Książka Jerzego Suszki, urodzonego w 1921 roku dziennikarza sportowego i scenarzysty, to bardzo chaotyczny zbiór wspomnieniowych impresji o znajomych i przyjaciołach autora, wśród których – a owszem – znalazł się też Kisielewski.

Każdy, kto sięgnie po tę nieudaną książkę, na pewno podzieli moje zdanie, że autor przejawia rzadki u osobników w jego wieku brak zdecydowania co do tego, o czym tak naprawdę opowiada jego książka. Załóżmy, że przyczyną braku wyraźnej osi, wokół której miałaby toczyć się książka, jest kalejdoskopowy gwiazdozbiór wielkich postaci, którym przyszło autorowi towarzyszyć, jak również ciekawe czasy, w których historia pochuchiwała w plecy jej świadkom – częściej ze wschodu niż zachodu.

Na pytanie „o czym jest ta książka?” nie potrafię więc opowiedzieć. Jeśli natomiast bym musiał udzielić odpowiedzi, rzekłbym „trochę o wszystkim”. Trochę o Kisielu, nieco o Bohdanie Tomaszewskim, sporo o Jerzym Suszce, pojawia się też Miron Białoszewski, Jerzy Zawieyski i wiele innych legendarnych postaci. Wątki osobiste przeplatają się z analizami geopolitycznymi. Tutaj przewrotnie i absurdalnie brzmi krytyka Suszki pod adresem Miłosza, który Polaków nazywa narodem konfidentów. Absurdalnie, bo nastepnie autor z podziwu godną lekkością, opowiada o swoim delikatnym i niesformalizowanym donosicielstwie…

No właśnie, podtytuł książki być może wyjaśnia, jaki cel wywołał motywację zebrania na 200 stronach opowieści o złych i dobrych stronach życia w PRL-u. „Zeznania kandydata na donosiciela”. Suszko od lat sześćdziesiątych regularnie spotyka się z anonimowym kapitanem Służby Bezpieczeństwa na sponsorowanych przez państwo obiadach. Nie ukrywa tego faktu przed przyjacielem Kisielewskim, jednocześnie przekonując go – a na kartach książki również czytelników – że żadnej krzywdy Kisielowi tymi rozmowami nie robi. Pieniędzy nie pobiera (przyznaje się tylko do przyjęcia w formie prezentu ozdobnego talerza), jednocześnie nie wyjaśniając czytelnikom, w jakim celu podtrzymuje te kontakty, będąc jednocześnie uczestnikiem spotkań z Kisielewskim i innymi osobami mającymi na bakier z władzą. Jakże pociesznie brzmią z jednej strony wspomnienia i anegdoty dotyczące wielu spotkań ze Stefanem Kisielewskim w zderzeniu z beztroską, wykazywaną przez autora, gdy mowa o kontaktach ze służbą bezpieczeństwa.

Oczywiście autor nie zdradza wprost, o czym informował esbeka. Oczywiście twierdzi, że prowadził z nim subtelną grę. Nie brzmi to jednak przekonująco, szczególnie, że gra ta dotyczyła jednej z niewielu osób, którym udało się przeżyć cały PRL w pełni bezkompromisowo i w opozycji do komunizmu.

Pozostaje więc pewien niesmak. Książka zdaje się być takim „nieskromnym okazaniem skruchy”, ucieczką do przodu, dla niektórych jedynym rozsądnym wyjściem w czasach, gdy co kilka dni IPN wyciąga teczki coraz to nowych, sensacyjnych, donosicieli. Niesmak ratują anegdoty o Kisielu, których trochę udało się autorowi przemycić. Niewiele z nich jest jednak na tyle sensacyjnych, aby był sens przytaczać je ze śmiechem. Nawet tak przepastna beczka błazeństw, ironii i humoru, jaką był Kisiel, nie jest bez dna. Książka „Donosy na Kisiela” jest dowodem, że powoli jej zasoby się kończą.

Pomimo więc Kisiela wywalającego swój jęzor na okładce książki, pomimo jego ksywki w tytule, to nie on jest główną osią tej książki. Są nią natomiast – w moim odczuciu – nieprzekonujące wyrzuty sumienia Jerzego Suszki.

Mariusz Urbanek „Zły Tyrmand”

Ten tekst powinien powstać już jakiś czas temu, bo po nową książkę o Tyrmandzie sięgnąłem niedługo po ukazaniu się. „Zły Tyrmand” nie jest typową książką biograficzną – to zbiór kilkudziesięciu szkiców-opowieści o legendarnym Tyrmandzie opowiadanych przez różne osoby powojennej „Warszawki”, skrzętnie zanotowanych przez autora.

Tytuł jest nieco prowokacyjny. Ta gra słów wykorzystująca tytuł najsłynniejszej powieści napisanej przez Tyrmanda, jednocześnie wskazuje na cele, które książka miała spełniać w zamyśle autora. Tyrmand widziany z perspektywy jego znajomych i przyjaciół, którego przedstawia książka Urbanka, to Tyrmand „odbrązowiony”. Ta książka spełnia rolę kontrapunktu dla postaci Tyrmanda, którą on sam wykreował w słynnym „Dzienniku 1954”. Jednym z ważnych wątków książki jest zresztą problem autentyczności „Dziennika”. Wielu twierdzi, że został on napisany już po wyjeździe Tyrmanda na emigrację i stanowi przemyślaną i świadomą autokreację.

Autorów książki „Zły Tyrmand” jest – jak już wspomniałem – wielu. Towarzysze barwnego życia „pierwszego bikiniarza PRL” w kolorowej – pomimo komunistycznej siermiężności – Warszawie lat powojennych, opowiadają o Tyrmandzie często z kpiną i pobłażliwością, jednocześnie nie umniejszając roli, taką w ówczesnym towarzystwie pełnił autor „Złego”. W jego groteskowym i demonstracyjnym na tle innych sposobie ubierania, sposobie życia i bujnym życiu erotycznym, odnajdują pełną premedytację i całkowitą kontrolę nad życiem. Kontrolę, która była niesamowicie ważna w czasach, kiedy wszelkie okoliczności skłaniały ku konformizmowi i poddaniu się „duchowi dziejów”. Więc nawet anegdotyczne niefrasobliwości i groteskowość Tyrmanda wzbudza wśród wspominających go respekt.

Niewątpliwym atutem książki jest barwny obraz życia towarzyskiego Warszawy wczesnego PRL-u. Ilość barwnych, wybitnych i znaczących postaci, które okupowały ówczesne knajpy i nieliczne wówczas kluby muzyczne jest wręcz niewiarygodna. Niech wspomnę tylko o pięknej, nieznanej mi wcześniej opowieści Agnieszki Osieckiej. Otóż pewnego razu spotkała, sporo od niej starszego, acz nieprzyzwoicie już popularnego Tyrmanda, na balu maskowym w warszawskim Liceum Stefana Batorego. Tyrmand przysiadł się do Osieckiej, gdy partner, z którym przyszła, gdzieś na chwilę zniknął. Powiedział jej wtedy „Dziewczyno, jeśli ty sobie wyobrażasz, że on się z tobą ożeni, to znaczy, że jesteś naprawdę głupia”. W książce „Zły Tyrmand” Osiecka po raz pierwszy zdradza, że tym chłopakiem, o którym mówi Tyrmand, jest Marek Hłasko. Podobnie smakowitych anegdot jest w tej książce wiele.

To niewątpliwie ważna pozycja na półce książek Tyrmanda i o Tyrmandzie. Nie przewraca ona jednak na głowę tego, co o Tyrmandzie już wiedziano. Być może największa jej wartość, to kolejna próba przedstawienia „warszawki” lat pięćdziesiątych XX wieku. Pierwszą podjął sam Tyrmand w „Życiu towarzyskim i uczuciowym” i zrobił to z sarkazmem i żółcią. Obraz malowany przez znajomych i towarzyszy Tyrmanda jest zdecydowanie bardziej pozytywny.

Książka „Zły Tyrmand” to lekka lektura dla miłośników Tyrmanda i powojennej Warszawy. W tym sensie nie stanowi raczej poważnego materiału historycznego, a raczej garść wspomnień o legendarnym pisarzu. Dlatego zamysł „odbrązowienia” Tyrmanda nie do końca się udaje, z racji właśnie ulotnej, „mozaikowej” konstrukcji książki. Lektura pozostawia więc garść anegdot, często dowcipnych i kolejny obraz pokolenia, które kilka lat po wojnie potrafiło cieszyć się życiem, bawić i kochać.

Mikołaj Łoziński „Reisefieber”

„Reisefieber” Mikołaja Łozińskiego to krótka powieść psychologiczna, za którą autor otrzymał Nagrodę Kościelskich (2007). Tytułowe „Reisefieber” oznacza „niepokój przed podróżą”. Daniel, bohater opowieści, przylatuje do Paryża na wieść o śmierci swojej matki. Wizyty miejscach uczęszczanych przez zmarłą Astrid, spotkania z jej bliskimi sprzyjają rozważaniom o odpowiedzialności, miłości, śmierci, samotności i życiu.

Daniel, mieszkając u swojej nowo poznanej, przybranej ciotki Louise, próbuje zrozumieć skomplikowane relacje łączące go z dawno nie widzianą matką. Odwiedza niewidomą psychoterapeutkę Astrid – Aude, spotyka się z Caroline, żoną Spencera – kochanka Astrid. Przeprowadza rozmowę z lekarzem, który był przy jego matce do jej ostatnich chwil. Danielowi nie chodzi o rozwikłanie tajemnicy śmierci Astrid – ta jest znana i oczywista. Chodzi mu raczej o jakąś formę usprawiedliwienia za winy, których sam do końca nie potrafi wyrazić.

Ta na pierwszy rzut oka dosyć nudnawa historia jest niezmiernie kunsztownie skonstruowana. Proza Łozińskiego wydaje się być przemyślana i świadoma w każdym szczególe. Retrospekcje są tam, gdzie się ich nie spodziewamy do momentu, kiedy się pojawiają. Wtedy przyznajemy, że to dla nich najlepszy moment. Autor, na kanwie dość banalnej historyjki, rysuje postacie z niezwykłym kunsztem psychologicznym: bardzo ludzko, a jednocześnie głęboko. Naprawdę, nie spodziewałem się po moim rówieśniku takiej dojrzałości i wrażliwości literackiej.

Ta książka nie jest spektakularna, ale pociąga czystością literacką i, jestem pewny że trudną do osiągnięcia, przejrzystością. Przejrzystość ta nie oznacza jednocześnie, iż mamy do czynienia ze światem czarno-białym. Wręcz przeciwnie, tytułowe „drżenie przed podróżą” narasta z każdym akapitem. To taki trudno wyrażalny i jeszcze trudniejszy do wyrażenia niepokój, którego korzenie tkwią w obecnymi w większości nas wyrzutami sumienia za coś, czego już nigdy nie da się naprawić. Łoziński często „zatrudnia” bohaterów do zajęć typowo nerwicowych, takich jak obgryzanie paznokci czy obsesyjne mycie rąk. Napięcie z każdą stroną wzrasta, sumienie Daniela staje się sumieniem czytelnika. Wstydzimy się, nie wiedząc tak naprawdę, czego.

Łoziński popełnił ważną i świetną książkę. Być może błędem było ujawnienie „klamry” spinającej lęki i niepokoje bohaterów, która odkryła to, co moim zdaniem powinno pozostać niedopowiedziane. Niemniej z przekonaniem muszę przyznać, że szczerze zazdroszczę Mikołajowi Łozińskiemu napisania tak dobrej książki.