Heinrich Bernd – Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci

wieczne__ycie

Po tej zakupionej w promocji książce spodziewałem się informacji o tym, jak zwierzęta znoszą śmierć w sensie psychologicznym: czy o niej myślą, jak się do niej przygotowują, na czym polega lęk zwierząt przed umieraniem itp. Sama w sobie kwestia ta jest interesująca. Otrzymałem jednak coś znacznie – jak się okazało – ciekawszego. Książka Bernda opowiada o gniciu, rozkładzie, zjadaniu zwłok, czyli o najistotniejszym w świecie przyrody procesie przemiany martwego w żywe.

Kiedy umiera człowiek, wkładamy go albo do drewnianego pudła albo do gorącego pieca. W pierwszym przypadku, odwieczne procesy zachodzące w przyrodzie są po prostu spowolnione. W przypadku kremacji nie tylko wpuszczamy w środowisko masę szkodliwych substancji, ale dodatkowo pozbawiamy przyrodę jej naturalnego budulcja w postaci zwłok, które mogłyby pożywić miliony innych organizmów zwierzęcych i roślinnych.

Kiedy umiera zwierzę, jego zwłoki stają się prawie natychmiast pożywieniem dla wielu organizmów: od mikroskopijnych bakterii, przez owady, grzyby, chrząszcze, szczury, ptaki, po małe i wielkie drapieżniki. Dla wielu z nich – na przykłąd muchówek – truchła zwierzęce są jedynym miejscem, gdzie mogą one składać jaja.

Zainteresowanie Berndta tym tematem pojawiło się wtedy, gdy jego przyjaciel zażyczył sobie “zielonego pogrzebu”, co sprowadza się do pozostawienia zwłok naturze. Nawiasem mówiąc, praktyki takie są zabronione prawem właściwie wszędzie. Od tej pory autor rozpoczął eksperymenty i obserwacje polegające na szczegółowym badaniu procesów zachodzących w rozkładających się ciałach i gości, którzy wizytują martwe organizmy.

Gdyby nie zjadanie zwłok, życie na Ziemi byłoby niemożliwe. Zwierzęta współpracują ze sobą w tym potrzebnym zadaniu, dzielą się pożywieniem, pomagają sobie nawzajem. Tworzy to fascynujący system, który opisuje Bernd, a Michał Szczubiałka pięknie przełożył.

Autora szczególnie interesuje porządek i celowość tego procesu. Od pierwszych minut po śmierci, kiedy ciało jest jeszcze ciepłe do momentu, gdy pozostaje po nim wyczyszczony do bieli szkielet (a to przecież nie koniec), wszystko odbywa się jakby według ustalonego planu. Berndt z upodobaniem zbiera więc z szosy potrącone przez samochody sarny, szopy, jeże i lisy, wykłada je w spokojnym miejscu, które łatwo obserwować, i opisuje spontaniczną realizację tego idealnie zorganizowanego planu.

Jan Krasnowolski – Afrykańska elektronika

afrykanska_elektronikaCztery błyskotliwe opowiadania składające się na książkę Jana Krasnowolskiego łączą motywy wydawałoby się odległe. Środowisko polskiej emigracji zarobkowej w Anglii i kult voodoo stanowią lejtmotyw do fantastycznie porywających, zaskakujących, realistyczno-onirycznych historyjek przeznaczonych dla dorosłych chłopaków.

Jan Krasnowolski pisze te swoje bezpretensjonalne, bardzo zręczne literacko opowiadania w wolnych chwilach, resztę dnia pracując na wózku widłowym w Bournemouth. Z osobistych doświadczeń, a także kontaktów z afrykańskimi imigrantami w Wielkiej Brytanii, wynika doskonała wrażliwość na świat taniej siły roboczej na Wyspach. Ale nie tylko, bo otwierające zbiór opowiadanie z równą przenikliwością przenosi czytelnika do solidarnościowo-zomowych potyczek w stanie wojennym.

Krasnowolski ma świetne wyczucie konwencji. Dlatego śmiało przywołuje i rozwija wątek kubański w Hasta siempre, comandante, a w dedykowanej Łukaszowi Orbitowskiemu historyjce Kindoki łączy ze śmiałością i lekkością wątek Holokaustu z antyimigranckimi nastrojami na Wyspach Brytyjskich.

W tytułowej “Afrykańskiej elektronice”, wątek imigracji zarobkowej jest wykorzystany najmocniej. Marnie zarabiający bohater rozwija – pod wpływem przypadku – dochodowy biznes polegający na ściąganiu na brytyjskich drani i rzezimieszków okrutnych klątw. Z kolei Kindoki to burzliwa historia przeprawy promowej polskiego przemytnika Rybki i jego podopiecznego, tajemniczego czarnoskórego chłopca, przez Kanał La Manche.

Wszystkie cztery historie łączy motyw nieuchronnego odkupienia przeszłych win i grzechów, które wracają w postaci okrutnej najczęśniej kary. Fantazja, z jaką Krasnowolski kreśli sceny umierania w męczarniach, jest godna największego szacunku i równie wielkiej zazdrości.

Yukio Mishima „Zimny płomień”

zimny-plomien_yukio-mishimaimages_big25978-83-247-0398-2Rekomendacja bardzo nieoczywista: Jadwiga Staniszkis w swojej książce autobiograficznej wymienia Mishimę w gronie swoich ulubionych autorów. Jako że autorefleksyjność Staniszkis robi na mnie piorunujące wrażenie, postanowiłem spradzić pisanie kogoś, kto robi piorunujące wrażenie na Staniszkis.

Yukio Mishima to postać bardzo wyjątkowa, głównie ze względu na okoliczności nieoczekiwanej śmierci. 25 listopada 1975 roku popełnia rytualne samobóstwo sepuku poprzez rozcięcie sztyletem swojego brzucha.

Zbiór opowiadań „Zimny płomień” dostarcza czytelnikowi przeglądu bogatej twórczości Mishimy. Książkę rozpoczyna klasyczne w budowie, wycyzelowane do najdrobniejszego szczegółu, subtelne i jednocześnie głębokie opowiadanie o tytule takim samym jak cała książka. Widać w nim chyba najlepiej, w jak genialny sposób za pomocą powściągliwej stylistyki potrafi Mishima konstruować sytuacje o ekstremalnym emocjonalnie natężeniu. Fabuła „Zimnego płomienia” rozgrywa się w kontekście tradycyjnego japońskiego teatru kabuki i opowiada historię homoseksualnych relacji pomiędzy znakomitym aktorem ról damskich Magiku, młodym reżyserem Kawasakim, a teatralnym asystentem Masuyamą, obserwującemu rozwijający się romans. Choć historia kipi emocjami miłości, zazdrości, lęku i radości, skonstruowana jest z wielkim pietyzmem i wyczuciem literackiej przestrzeni.

Tytułowe opowiadanie jest maksymalnie klarowne i przejrzyste kompozycyjnie, a jednocześnie przesycone ogromnymi emocjami. Podobne rzeczy można napisać o wszystkich pozostałych utworach składających się na ten zbiór. „Przejść wszystkie mosty” oparte jest na XVIII-wiecznej japońskiej tragedii. Szczególne wrażenie robi „Umiłowanie ojczyzny”, gdzie Mishima z niesłychaną precyzją opisuje swoje własne samobójstwo. „Perła” z kolei oparta jest na prostym schemacie kryminalnym. Banalna zguba (którą jest tytułowa perła) staje się punktem wyjścia ku budowie misternej konstrukcji podejrzeń, oskarżeń, skrywanych bądź wyrzucanych z impetem emocji.

Pisarstwo Mishimy jest jednocześnie lekkie i monumentalne, cyniczne i poważne, ulotne i ważne. Czy japoński pisarz zręcznie manipuluje tymi kategoriami, z kunsztem godnym geniusza literatury między nimi się porusza, czy też jego pisarstwo jest ponad tymi pojęciami, gdzieś o wiele, wiele wyżej?

Ignacy Karpowicz „Gesty”

Z takimi książkami, jak „Gesty” Ignacego Karpowicza, zawsze są problemy. Pierwszy problem polega na tym, że mieszkając w Białymstoku jak kania dżdżu łaknie się książek o tym mieście. Drugi problem to pierwsza powieść Karpowicza, która w dużym stopniu określiła mój stosunek do tego pisarza. Dlatego bałem się , że „Gesty” okażą się „Niehalo”-bis. Po części się pomyliłem, po części moje obawy były uzasadnione.

Pierwsza powieść była Karpowicza czymś niesłychanie cennym, przede wszystkim dla Białegostoku i jego mieszkańców. Opisywała plastycznie, ale i adekwatnie, białostocką, prowincjonalną i zapadłą rzeczywistość. Prawdopodobnie po raz pierwszy ktoś zdobył się na tak celne namalowanie tego, z czym wielu Białostoczan zmaga się na co dzień.

W „Niehalo” pojawiały się konkretne miejsca, ulice i osoby związane z tym miastem. Podobnie jest z „Gestami”, lecz poza usadowieniem akcji powieści w rodzinnym domu bohatera na ulicy Zwycięstwa, poza kultowym w niektórych kręgach pubem Strych, białostockimi szpitalami i sklepami, nowa książka Karpowicza niewiele ma wspólnego z debiutem.

Tym, co uderza na samym początku i wzbudza szacunek, to wysoka zręczność i panowanie nad słowem. Kiedyś szło mu to o wiele oporniej, teraz zbliżył się do perfekcji. Opowieść płynie, wątki ładnie się przeplatają i grają ze sobą do tego stopnia, że „Gesty” są tego typu książką, które  „połyka” się w ciągu jednej nocy.  Fajnie czyta się o znajomych miejscach, równie przyjemnie – opowieści o dojrzewaniu bohatera w rzeczywistości lat 80.

Nie to jest w „Gestach” najważniejsze. Tym, co w pierwszym momencie zdaje się siłą i ambicją powieści, lecz w ostateczności staje się jej słabością, jest oparcie fabuły na bardzo poważnych, fundamentalnych wręcz, konstrukcjach narracyjnych. Bohater, Grzegorz, powraca do rodzinnego Białegostoku, do cierpiącej śmiertleną chorobę matki. Jest z nią tam aż do śmierci. Wątek syna wracającego do rodzinnego domu, wątek śmierci, wreszcie Edypowa relacja matka-syn, są tym, co nadaje – niestety tylko pozornie – ciężar i dojrzałość tej powieści. Początkowo wydaje się, że czytelnik będzie miał do czynienia z głębokim, psychologicznym traktatem o sprawach ostatecznych.

Niestety, Karpowicz zaprojektował ambitny projekt, by następnie własnoręcznie go zburzyć. Fiasko nie jest spektakularne, ale im więcej się obiecuje, tym większy żal z niezrealizowanej obietnicy. Po pierwsze, atrakcyjny z pozoru zabieg formalny oparcia poszczególnych podrozdziałów na literze „G” i nadanie opowieści formy wyliczanki od 1 do 40 (bo tyle lat ma główny bohater powieści), kiedy służy opowiadaniu o tak fundamentalnych sprawach, jak śmierć bliskiej osoby, w rezultacie okazuje się nieco groteskowe. Jeszcze bardziej groteskowe jest naiwne, wymuszone jakby na siłę, zakończenie powieści. Jeszcze bardziej nieprzekonujące jest wplecenie na koniec opowieści wątku homoseksualnego, nie wiem, czy nie bardziej, jak dołączony na końcowych kartach dopisek kobiety wieńczący powieść.

Książkę warto przeczytać, bo pod względem kunsztu pisarskiego Karpowicz znajduje się w ścisłej krajowej czołówce, już nie wśród tak zwanych pisarzy młodego pokolenia, ale wśród polskich pisarzy w ogóle. Warto też, bo to ładnie opowiedziana historia dojrzewania na polskiej prowincji doby późnego socjalizmu. Szkoda tylko, że poprzeczka, którą postawił przed sobą Karpowicz, okazała się dla niego samego zbyt wysoko postawiona.

Piotr Czerski „Ojciec odchodzi”

Tym razem są to bardzo spóźnione uwagi, bo książkę Czerskiego przeczytałem prawie natychmiast po ukazaniu się. I obawiam się, że mogą to być też uwagi przedawnione, bo książka opowiada o rzeczach prawdopodobnie już nieaktualnych. Jednak warto się nad nią zatrzymać, bo chyba ta nieaktualność jest z perspektywy dwóch lat od momentu wydania jej największą wartością.

„Ojciec odchodzi” to bardzo nihilistyczna opowieść o tzw. pokoleniu JP2. Przyjazd bohatera na stypendium do Krakowa zbiega się z umieraniem i śmiercią papieża. Bohater pije wódkę, przetacza się z jednego miejsca do drugiego i najwyraźniej próbuje „przepisać” przeczuwany pokoleniowy „milestone” na swoje, mało religijne życie. Najbardziej zapadającą w pamięci sceną jest ta, w której pijany bohater idzie pod prąd wielotysięcznych tłumów, zmierzających na mszę w intencji zmarłego Wojtyły. Scena to ważna, bo wyrażająca ogromne odklejenie od narodowo-katolickiej histerii, która tak często uruchamia się w tym narodzie. Wobec tego – z dzisiejszej perspektywy – tragikomicznego, a na pewno powierzchownego, ogólnonarodowego poruszenia nie można się było buntować. Być może to, co robi bohater i jego najomi jest wyjściem najlepszym z możliwych, być może najlepiej jest po prostu zdrowo przyciąć….

Tak, na pewno ta książka jest wartościowa z powodu swojej nieaktualności. Jeszcze dwa lata temu mogła uderzać swoim nihilizmem i być może sprawiać wrażenie manifestu pokolenia anty-JPII. Dzisiaj okazuje się, że niczego takiego nigdy nie było, a to, co naprawdę trwałe, w tym pokoleniu to trójdniowy alkoholowy maraton, od piątku do niedzieli, gorzka żołądkowa, cały stół w ogórkach, kolejki do knajpianych toalet i lipcowe ogródki okupowane do szóstej nad ranem. Piwo z nalewaka okazało się trwalsze od Największego Polaka w Historii.

Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli”

Tej książki raczej sam bym sobie nie kupił. Dla niektórych nagroda Nike działa jak przynęta, innych zniechęca. Wychowany na recenzjach i krytycznych tekstach Lampy i pokrewnego jej bloga www.kumple.blog.pl dosyć naturalnie traktuję środowisko przyznające Nike jako hermetyczne towarzystwo wzajemnej adoracji, kierujące się bardziej koteryjnymi motywacjami niż rzeczywistą wartością artystyczną książek.


Coś mnie jednak musiało skłonić do podjęcia próby zdobycia tego opasłego, kilkusetstronnicowego tomiszcza. Wydaje mi się, że zdecydował wyjątkowo trafiony, podprogowy tytuł. „Traktat” zwiastował dzieło na jakimś poziomie filozoficzne, łuskanie fasoli nawiązywało jednocześnie do mojej, nieopuszczającej mnie ostatnio miłości do bobu i soczewicy (obie rośliny, podobnie jak i sama fasola, wszak do fabaceae – bobowatych się zaliczają). Spodziewałem się więc czegoś w rodzaju słowiańskiego zen.

Książka Myśliwskiego to długi, wielowątkowy dialog prowadzony z bliżej nieokreślonym towarzyszem bohatera. Ten ostatni, łuskający fasolę, jest opiekunem nieco onirycznego ośrodka wczasowego nad jeziorem. Kończy się sezon, turyści już wyjechali. Bohater mówi początkowo o swojej pracy stróża, by następnie opowiedzieć całe swoje życie.

Nie jest to książka wybitna – wśród tegorocznych finalistów Nike znalazłoby się kilka lepszych, między innymi „Cały czas” Andermana, powieść co prawda dosyć megalomańska ale napisana o niebo lepiej, czy też „Reisefieber” Mikołaja Łozińskiego. Z tą ostatnią dużo książkę Myśliwskiego łączy, co jest o tyle zaskakujące, że autorów dzieli kilkadziesiąt lat różnicy wiekowej. Obaj wykazują natomiast uwodzący i w pewien sposób uspokajający czytelnika spokój i dojrzałość intelektualną.

Książka Myśliwskiego to podsumowanie życia pisarza. Literacka spowiedź przed czytelnikiem. Już to pozwala podejść do pewnego narracyjnego chaosu i niespodziewanej u tak dojrzałego twórcy niefrasobliwości i niekonsekwencji w opowiadaniu fabuły z wyrozumiałością (tutaj wspomniany, dwudziestokilkuletni Łoziński wypada o niebo lepiej). Książka ta jest pożegnaniem z życiem, którego rytm wyznaczają wpadające do wiadra łuskane grochy fasoli. Te poszczególne wspomnienia, wrażenia, jak dźwięki odbijając się od dna blaszanego wiadra, trafiają do czytelnika nie po to, żeby wzbudzić w nim refleksję i reakcję. Są wyrazem potrzeby opowiadania, wyrazem na tyle dramatycznym, że uzewnętrznianym przez człowieka, który istotą swojego życia uczynił opowiadanie.

I tutaj wracamy do tytułu. Okazuje się, że filozofią stają się poszczególne epizody: pierwsze miłości, nauka gry na saksofonie, praca na budowie, zakup brązowego kapelusza. Niepotrzebna jest im jakakolwiek wewnętrzna logika, nie ma w nich immanentnego sensu, jest potrzeba opowiadania. Z szacunku dla tej potrzeby czyta się tę książkę z powagą, podobnie jak trudno uchylić się przed nawiązującymi często irytujące rozmowy starcami w przychodniach, autobusach, przystankach tramwajowych, ławkach w parku.

„Traktat o łuskaniu fasoli” to opowieść o śmierci, ale jednocześnie o dojrzewaniu. Na skraju życia młodzieńcze inicjacje okazują się kluczowe, formujące, definiujące nasze całe dorosłe życie. To Bildungsroman pisana z perspektywy nadchodzącego końca. Ten literacki eksperyment wypada nadspodziewanie dobrze, chyba dlatego, że porządki czasowe młodości i starości są zaskakująco podobne. Czas dziecka i czas starca stoją w miejscu, a wszystko, co się dzieje pomiędzy jest najpierw ucieczką przed dzieciństwem, która zawsze kończy się wpadnięciem w pułapkę nieuchronnej śmierci. Czas zwalnia tylko na początku i na końcu. „Traktat” to Bildungsroman czasu umierania.