Marcin Kołodziejczyk – B. Opowieści z planety prowincja

Byłoby niezmiernie przykro, gdyby ta świetna książka przeszła przez polską scenę literacką bez echa, ale kiedy szuka się informacji czy recenzji na jej temat, trudno znaleźć coś wartego uwagi. A szkoda, bo “Opowieści z planety prowincja” to współczesna kontynuacja twórczości piewców polskiej prowincji i przedmieść, takich jak zapomniany Marek Nowakowski.

Echa autora “Benka Kwiaciarza” odnaleźć można w proletariackim języku, na który Kołodziejczyk jest bardzo wyczulony. Krótkie zdania, ubogie słownictwo, bogactwo bluzgów – składają się na te opowiadania, które w większości składają się dialogów-opowieści.

Są to historie o polskiej prowincji, o świecie, z którego istnienia nie zdaje sobie sprawy większość mieszkańcow wielkich miast, przemieszczających się międzi nimi autostradami i pociągami Inter-City. Bohaterowie opowiadań Kołodziejczyka to gastarbaiterzy, robotnicy najemni, bezrobotni, matki na zasiłku z GOPS-u albo zwykli złodzieje. Żyją za kilkaset złotych miesięcznie, z których większość przeznaczają na tanie alkohole, produkty z Lidl’a i Biedronki. Spędzają swoje życie przed telewizorem. Poruszają się kolejkami podmiejskimi albo dwudziestoletnimi autami sprowadzonymi z Niemiec.

Marcin Kołodziejczyk nie wchodzi ani w rolę piewcy polskiej popegeerowskiej prowincji, ani nie jest kolejnym Stasiukiem, czerpiącym z rozpadu, biedy i marazmu powód do ochów i achów. Jest bardzo wnikliwym obserwatorem, wyczulonym na język, rytuały, obyczaje i styl życia tych ludzi. To właśnie człowiek jest w centrum zainteresowania autora. Czy dobry, czy zły, na to pytanie Kołodziejczyk nie odpowiada, pozostawiając to czytelnikom.

Reklamy

Robert Krasowski – Po południu

Ambitny projekt Roberta Krasowskiego – trzytomowa, autorska historia polityczna III Rzeczpospolitej – zapowiada się obiecująco, jeśli sądzić po lekturze pierwszej części, obejmującej lata 1989-1995. Nie należy traktować tej pracy jako kalendarium, czy nawet jako obiektywnej naukowo opowieści historycznej. Jest to całkowicie autorska, niezwykle oryginalna, interpretacja najnowszych dziejów Polski, która stawia w zupełnie nowym świetle wiele faktów przyjętych w mediach głównego za pewne i niepodważalne.

Lekkości stylu, sprawiającej, że lektura jest przyjemnością, towarzyszy imponująca wnikliwość i oryginalność interpretacji Krasowskiego. W zasadzie można powiedzieć, że odwraca on do góry nogami większość ugruntowanych teorii na temat istoty okrągłostołowego przełomu, “wojny na górze”, pierwszych gabinetów po 1989 roku, roli Wałęsy i Kwaśniewskiego w tym okresie czy odrodzenia i ostatecznego przejęcia władzy przez postkomunistów.

Krasowski okazuje się być zdolnym psychologiem, celnie opisując charakterologiczne profile głównych rozgrywających polskiej polityki tamtych lat i zgrabnie przykładając je do ówczesnych decyzji i wydarzeń. O Wałęsie pisze jako o genialnym politycznym amatorze, który – pozbawiony inteligenckiego backgroundu – jako jedyny po 1989 roku wykazał się politycznym geniuszem, myślał o państwie z perspektywy nie doraźnej, a strategicznej. Walka Wałęsy z rozdrobnionym partyjnym planktonem wynikała, zdaniem Krasowskiego, nie z dyktatorskich ambicji prezydenta, lecz z trafnej diagnozy przyczyn słabości polityki w tamtym okresie. Stąd też niechęć Wałęsy (poprzedzona okresem miłości) do stylu rządzenia uprawianego przez środowisko ówczesnej Unii Demokratycznej, a potem Unii Wolności. Krasowski pokazuje ogólnie ogromne różnice w obozie solidarnościowym, uniemożliwiające przejęcie władzy i skuteczne dążenie. Z drugiej strony, opisuje on pięknie, w jaki sposób triumwirat Cimoszewicz-Kwaśniewski-Miller, uzupełniając się wzajemnie, odbudowali pozostające w riuinie środowiska pezetpeerowskie, zapewniając im polityczne bezpieczeństwo.

Zdaniem Krasowskiego, upadek postsolidarnościowych elit był nieuchronny z powodu nie zdawania sobie sprawy z prawdziwych mechanizmów rządzących nowoczesną polityką. Solidarnościowe rządy naprawdę chciały zmieniać kraj, choć tego nie potrafiły. Postkomuniści, którzy przyszli wraz z premierostwem Oleksego i prezydenturą Kwaśniewskiego, byli teoretycznie o wiele sprawniejsi i skuteczni w działaniu, ale świadomie tkwili w stagnacji, gdyż nie podejmowanie ryzyka opłacało się bardziej od projektu modernizacyjnego. Posierpniowcy się na to oburzali, jednak w ostatecznym rachunku to postkomuniści mieli rację.

Politykami solidarnościowymi, którzy jako pierwsi zdali sobie sprawę z tej logiki współczesnego rządzenia, byli Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. I to oni przetrwali jako jedyni spośród kolegów ze styropianu.

Lata 1989-1995 to, według Krasowskiego, okres erozji młodego systemu partyjnego w Polsce. Lata, poza krótkim okresem rządów Mazowieckiego i Bieleckiego, zmarnowane. Zmarnowane przez polskich polityków. Autor “Po południu” uważa, że sukces modernizacyjny Polski to nie zasługa tutejszych elit politycznych, ale różnego rodzaju sił Zachodu (Unia Europejska, Bank Światowy itd.) oraz zwykłych obywateli. Tam, gdzie pozostawiano im wolność, tam sami sobie świetnie radzili. Obszary pozostające w rękach państwa, takie jak służba zdrowia, koleje, edukacja, nauka, kuleją do dziś.

Książka, którą napisał Krasowski, nie spodoba się prawdopodobnie nikomu, bo nie wpisuje się w żaden z istniejących schematów interpretacyjnych najnowszej historii Polski. Pewnie dlatego tak mało się o niej pisze w mediach. Niesłusznie, bo jest ona bardzo wartościowym przewodnikiem po dziejach III RP, którego po prostu nie wypada nie znać.

Marek Raczkowski – Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki

raczkowskiMarek Raczkowski jest jak pasta Marmite – można go albo kochać, albo nienawidzić. Należę do tej pierwszej połowy ludzkości, dlatego bez większych wahań dołożyłem się do narkotyków i dziwek dla rysownika „Przekroju”. W przygotowaniu książki-cegiełki na tę zbiórkę pomagała Raczkowskiemu jego przyjaciółka Magda Żakowska. Formuła wywiadu-rzeki sprawdziła się znakomicie. Rysownik okazuje się świetnym, błyskotliwym i zaskakującym co chwila rozmówcą. A przede wszystkim – mistrzem autokreacji.

Nie pokocha i nie zrozumie Raczkowskiego ten, kto potraktuje go poważnie. Przypominasz sobie ten happening z przyozdabianiem psiego łajna flagą narodową, który rysownik odstawił w programie Kuby Wojewódzkiego? Jeśli byłeś oburzony i zdumiony, najprawdopodobniej padłeś ofiarą pułapki zastawionej przez tego sprytnego, hiperinteligentnego mistrza autokreacji. Jeśli byłeś tą akcją zachwycony, nie myśl, że Raczkowskiego to ucieszyło. Narodowa wściekłość była jego celem. Nie bez przyczyny bliskim przyjacielem Raczkowskiego jest Jerzy Urban – człowiek, który z nienawiści pod swoim adresem uczynił sposób na zarabianie pieniędzy. Bohater książki, którą niedawno skończyłem czytać, również jest wirtuozem kreowania miłości i nienawiści, a pomaga mu w tym genialna wrażliwość na Polskę i Polaków. Nie ma wielu, którzy rozumieliby ten kraj tak dobrze, jak on.

Opowieść Raczkowskiego o swoim życiu jest w zasadzie zapętloną narracją wokół trzech pojęć. Polska, seks i Kościół Katolicki to tematy, które powracają co chwila w różnych konfiguracjach. Zręczność manipulacji Czytelnikiem, jaką posiada Raczkowski, polega na bardzo wyrafinowanym, subtelnym wręcz wodzeniu za nos: pokazywaniu „ludzkiej” twarzy rysownika (kocham ten kraj, nie jestem wcale lubieżny, byłem bardzo religijny), by za chwilę przywalić w potylicę ostrą satyrą na Prawicę, wyznaniem o upodobaniu do uwodzenia chudych nastolatek albo żartem o proboszczu-pedofilu.

Nie będziesz się dobrze bawił, jeśli potraktujesz tę rozmowę na serio. Tutaj chodzi o to, byś się oburzał, a jednocześnie brnął dalej w mitomańskie zwierzenia Marka Raczkowskiego. Bo jest to książka lekka, ale wyrafinowana w swoich socjotechnicznych intencjach. W rzeczywistości Raczkowski nie jest tym, o którym tutaj opowiada. Jest znacznie lepszy, lub…. o wiele gorszy.

Michał Olszewski – Zapiski na biletach

Zapiski na biletach - Michał OlszewskiMichał Olszewski urodził się w Ełku. Kiedyś pracował w krakowskiej Wyborczej, a teraz jest dziennikarzem Tygodnika Powszechnego. Jego „Zapiski na biletach” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ostatnio czytałem. Jest to zbiór podróżniczych impresji o Polsce, przeplatanych czarno-białymi fotografiami, autorski przewodnik po tym kraju, którego cechami charakterystycznymi są szarość, jesień i nuda. Autor proponuje zwiedzanie Polski z okna pociągu, z niedokończonych autostrad i brudnych pekaesów. Perspektywa, którą przyjmuje Olszewski, jest miejsce gdzieś pośrodku, między Wrocławiem a Opolem, Krakowem a Warszawą, Lublinem a Białymstokiem. Proponuje perspektywę polskiej prowincji, barów o nazwie „Bar” albo „Flamingo”, gdzie herbatę podaje się w szklance, a z win jest tylko zwietrzała Sofia.

Pod wieloma względami wrażliwość Olszewskiego na szczegół, upodobanie entropii i obserwacja tej zastygłej struktury polskiej prowincji jest podobna do podróżniczych tekstów Andrzeja Stasiuka. Łączy ich też doskonała umiejętność opisu polskiego światła, genialne wręcz rozumienie metafizyki podróży. Inaczej niż Stasiuk, Olszewski podróżuje głównie polską koleją. Wydaje mi się, że rozumie ją lepiej niż ktokolwiek inny, a wszystkie jej niedogodności, absurdy, brudy i brzydkie zapachy potrafi opisać z poetycką wrażliwością.

Tym podróżniczym esejom, impresjom, „zapiskom na biletach” nie można niczego narzucić. Podzielam większość intuicji i wrażliwości Olszewskiego. Poszukuję podobnych perełek językowych polskiego kapitalizmu, dostrzegam te same absurdy architektoniczne, uwielbiam zwiedzanie kolejowych barów i tak samo jak on odbieram dramaturgię podróży ekspresem z Warszawy do Krakowa przez Włoszczową. Podróż ze stolicy do Białegostoku jest dokładnie taka, jak ją opisał Olszewski, a nieoczywistość sterylnego dworca w Białymstoku budzi we mnie – choć doznaję jej prawie codziennie – takie samo zdumienie. W pisaniu Olszewskiego i w jego stylu podróżowania jest zresztą dużo wschodniej wrażliwości: jest spokój, szacunek dla towarzysza rozmowy i trochę takie survivalowe nastawienie do każdej podróży, choćby to miała być wyprawa z Ełku do Suwałk.

„Zapiski na biletach” Michała Olszewskiego to jeden z najlepszych przewodników po Polsce, jakie czytałem. Nie sposób nie polecić.

Piotr Zaremba – O jednym takim… biografia Jarosława Kaczyńskiego

Trudno o obiektywne spojrzenie na Jarosława Kaczyńskiego. Dla jednych za brak takiego spojrzenia jest winny sam Kaczyński, dla innych – winni są dziennikarze, publicyści, politologowie, nie potrafiący wznieść się ponad swoje uprzedzenia albo uwielbienia dla prezesa PiS. Piotr Zaremba – publicysta nie ukrywający swojej sympatii dla Kaczyńskiego – zdobył się prawdopodobnie na największą obiektywność, jaką w tych czasach można osiągnąć opowiadając o Kaczyńskim.

Książka nie jest pozbawiona wad. Najważniejszą jest pewna chaotyczność tej opowieści. Ta biografia była pisana na ewidentnym pośpiechu. Prawdopodobnie nie ma w Polsce nikogo, kto wie o Kaczyńskim tyle, co Zaremba. Ilość niekiedy bardzo drobiazgowych faktów i anegdot wręcz przytłacza, podana w sposób pozbawiony głębszego namysłu i ogólnego spojrzenia na życie bohatera. Wiadomo to  jednak, że chodziło o to, by książka ukazała się jeszcze w trakcie kampanii prezydenckiej.

Poza tą drobną wadą, pomijając – będę szczery – całkowicie niepotrzebny, zniechęcający do dalszej lektury wstęp o Jarosławie Kaczyńskim dokonującym porannej toalety po tym, jak minister Sikorski poinformował go o tragicznej śmierci brata w Smoleńsku, jest to biografia całkiem udana, przede wszystkim z powodu przedstawienia bohatera jako postaci niejednoznacznej, polityka o skomplikowanej drodze politycznej, lidera miotającego się między politycznym pragmatyzmem a ideowością.

Zarembie udało się ukazanie postaci Jarosława Kaczyńskiego w oderwaniu od funkcjonujących do teraz bliźniaczych konotacji. O Lechu Kaczyńskim jest w tej książce niewiele. Prawdopodobnie również dlatego, że wyjątkowo niewiele uwagi poświęca Zaremba młodości i dojrzewaniu swojego bohatera, rozpoczynając na poważnie i dogłębnie opisywanie jego historii od lat siedemdziesiątych.

Najciekawszym fragmentem książki jest jednak początek lat 90-tych, przerwana burzliwie przyjaźń i współpraca Kaczyńskiego z Wałęsą i – później ze środowiskiem Gazety Wyborczej i Unii Demokratycznej. Zaremba bardzo umiejętnie – odnosząc się nie wprost do współczesności – pokazuje trwałość i naturalność tych przyjaźni i dosyć klarownie opisuje okoliczności rozstania. Równie fascynujące są dzieje tworzenia przez Kaczyńskiego Porozumienia Centrum, jego początkowej wielkości i upadku. W swoich początkach PC była chyba najbardziej zróżnicowaną wewnętrznie „platformą” (tak, to dobre słowo tutaj) polityczną po 1989 roku, jednoczącą narodowych katolików i wolnorynkowców.

Zaremba wyraźnie próbuje znaleźć racjonalność w decyzjach współczesnego Kaczyńskiego – w czasach rządów egzotycznej koalicji PiS LPR Samoobrona, w czasach opozycji „przedsmoleńskiej” i w tym, kim jest Kaczyński teraz. Próbuje wytłumaczyć skłonność do poszukiwania przez niego „ukrytych” sił i układów rządzących polską rzeczywistością. Stara się wytłumaczyć archaiczność stylu polityki uprawianej przez Kaczyńskiego. Być może w wielu momentach Zaremba się myli, być może niekiedy jest dla swojego bohatera zbyt wyrozumiały (choć w wielu momentach bez skrupułów wytyka ewidentne błędy). Być może konstatacja, według której Kaczyński jest politykiem dziewiętnastowiecznym, ostatnią taką postacią na „postpolitycznej” scenie, budzi pewien niedosyt. Tak czy inaczej, ważna jest próba, którą podejmuje autor – próba przedstawienia jednej z najważniejszych postaci polskiej sceny politycznej w sposób pełny, obiektywny i nie poprzestający na powszechnych nawet w poważnej prasie konstatacjach, że Kaczyński to fanatyk, a w najlepszym razie świr, bądź też – geniusz, a w najlepszym razie polityczny wizjoner. Bo taki jest często poziom analizy, na którym poprzestają polscy publicyści. Zaremba wychodzi z dość oczywistego założenia, że  Kaczyński jest postacią skomplikowaną, wyjątkową, nie bez przyczyny budzącą różne emocje. I z tego buduje bardzo dobrą, emocjonującą i pouczającą opowieść.

Jan Hřebejk – Czeski błąd

Czeski błąd (2009)A wydawało się, że Polacy potrafią kręcić całkiem niezłe filmy o lustracji. Zarówno „Rysa„, jak i „Różyczka” to były naprawdę niezłe filmy. Wydawało się, że ciężki, mroczny, naładowany napięciem i emocjami temat lustracji to wymarzony temat dla polskiego scenarzysty, reżysera i widza. „Czeski błąd” Jana Hřebejka też opowiada o teczkach, donosach i grach ze służbą bezpieczeństwa. Pod każdym względem jest to film doskonalszy od polskich prób podjęcia tego tematu w kinie.

Najważniejsza scena tego znakomitego filmu o lustracji została wypowiedziana po polsku. W jednej z ostatnich scen przypadkowa turystka z Polski pyta jednego z głównych bohaterów o drogę do dworca. – Może Pani pojechać metrem, linią A lub B – odpowiada wesoło Czech. – To linia B też jest? – Ależ owszem, jest też C i D! Symbolika i przekaz tej sceny są jasne – Czesi wskazują Polakom drogę. Pokazują, jak należy zmagać się ze zbiorową przeszłością.

Nie jest to film wesołkowaty, czego niektórzy mogliby się spodziewać po Czechach. Nie drwi z ówczesnych problemów. Wręcz przeciwnie, napina cięciwę do granic, przenosi ciężąr emocjonalny wydarzeń sprzed czterdziestu lat do współczesności. Pokazuje, że kompromisy, słabości, a nawet zwykłe ludzkie podłości nie zależą od ustroju, czasu czy miejsca. Są stałe i pewne, a nieprzewidywalne są tylko skutki, o których możemy dowiedzieć się po latach i które mogą wywrócić wszystko do góry nogami.

Film zbudowany jest więc kaskadowo. Początek przypominał mi bardzo „Plac Zbawiciela” Krauzego. Rosnące, kumulowane napięcie między małżonkami i rozgrywana jak w powieściach Kundery intryga Ludka, która ma usprawiedliwić romans. Szuka i znajduje – skomplikowaną intrygę służb bezpieczeństwa, w którą wmanewrowani są rodzice Lucie.

Najtrwalej pozostającą w pamięci rolę gra czeski fotografik i aktor Antonin Kratochvil. To on jest pokrzywdzonym i ostatnim sprawiedliwym, a jednocześnie nauczycielem. To on właśnie wskazuje zbłądzonej Polce (Polsce) drogę. Na czym polega ta rada, jaką dają nam bracia Czesi? Tego można się łatwo domyśleć. Po pierwsze dystans, po drugie – przebaczanie bez zapominania, po trzecie – humor i ironia. Połączenie tych składników uosabiane jest postacią Borka: nieco szalonego opozycjonisty, zmuszonego do emigracji, który wraca do Czech po to, aby rozwiązać problem rozliczenia donosicieli deklamowaniem im listy 50 najgorszych epitetów,  jakimi można określić bliźniego.

Jan Skórzyński – Zadra. Biografia Lecha Wałęsy

Lech Wałęsa nie jest wdzięcznym materiałem dla biografa. Postaci tak skomplikowanych i niejednoznacznych, a równocześnie obrosłych mitem jest w Polsce niewiele. Powoduje to, że wszystkie wydane do tej pory biografie przywódcy „Solidarności” były mniej lub bardziej skutecznymi narzędziami politycznej walki między zwolennikami ‚Lecha’ a przeciwnikami ‚Bolka’.

Prawdy o tym, czy Wałęsa rzeczywiście zerwał stosunki z bezpieką w latach siedemdziesiątych, czy nie, nie dowiemy się już raczej na pewno, bo teczki w tej sprawie zostały zniszczone w latach 90.  Nie zmienia to faktu, że z historią mierzyć się należy.

Czytając pracę Skórzyńskiego trudno nie dostrzec jego sympatii dla swojego bohatera. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego metodą, jaką obrał, jest przechodzenie chyłkiem i powierzchownie nad najważniejszymi w biografii Wałęsy momentami. Podczas lektury ma się wrażenie, że w tych momentach historia jakby przyspiesza, nabierając skokowego pędu i przeskakuje sprawy, które rozpalają ciekawość tych, których interesuje postać Wałęsy.

Działalność publiczna takich osób, jak Wałęsa, nie powinna stanowić tematów tabu, natomiast Skórzyński zachowuje się tak, jakb obawiał się zbytnio narazić bohaterowi swojej opowieści. Najcięższą krytyką Lecha jest wspominane w kilku miejscach (nie bez żartobliwego tonu) megalomaństwo i chwalipięctwo Wałęsy. Przyznajmy, że nawet ponad powierzchnią esbeckich teczek i lojalek są oczywiste błędy, które popełnił jako polityk, jak choćby przegrana z Kwaśniewskim w wyborach prezydenckich w 1995 roku, która otworzyła postkomunistom szeroki front.

Biografia pióra Skórzyńskiego jest gładka, powierzchowna i nudna. Nie dowiadujemy się z niej niczego nowego o Wałęsie, nie znajdziemy w niej żadnych problemów decyzyjnych, przed którymi stawał, a już tym bardziej oceny jego decyzji. Stworzony w ten sposób Wałęsa to, która nigdy się nie wahała, nigdy nie popełniała błędów. „Zadra” to hagiografia pełną gębą.

Piszę to przede wszystkim dlatego, że przyjmując taki punkt widzenia, Skórzyński wyświadcza Wałęsie niedźwiedzią przysługę. To, czego legendarny przywódca „Solidarności” potrzebuje to nie kolejny wyznawca, którego od Cenckiewicza czy Zyzaka różni tylko pozycja na kontinuum od miłości do nienawiści. Wałęsa potrzebuje – bo sam nie jest do tego zdolny – kogoś, kto pokaże w nim człowieka. Człowieka, w którym bohaterstwo miesza się z małością, mądrość z głupotą, a odwaga ze strachem. Niestety, sytuacja byłego prezydenta jest w tej chwili tragiczna. Jedni na niego plują, podczas gdy inni bezkrytycznie czczą. A prawda jest – jak sądzę – tym razem gdzieś pośrodku. Gdzieś, gdzie jest Wałęsa, a nie ma nikogo, kto by mu o tym powiedział.