Marek Raczkowski – Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki

raczkowskiMarek Raczkowski jest jak pasta Marmite – można go albo kochać, albo nienawidzić. Należę do tej pierwszej połowy ludzkości, dlatego bez większych wahań dołożyłem się do narkotyków i dziwek dla rysownika „Przekroju”. W przygotowaniu książki-cegiełki na tę zbiórkę pomagała Raczkowskiemu jego przyjaciółka Magda Żakowska. Formuła wywiadu-rzeki sprawdziła się znakomicie. Rysownik okazuje się świetnym, błyskotliwym i zaskakującym co chwila rozmówcą. A przede wszystkim – mistrzem autokreacji.

Nie pokocha i nie zrozumie Raczkowskiego ten, kto potraktuje go poważnie. Przypominasz sobie ten happening z przyozdabianiem psiego łajna flagą narodową, który rysownik odstawił w programie Kuby Wojewódzkiego? Jeśli byłeś oburzony i zdumiony, najprawdopodobniej padłeś ofiarą pułapki zastawionej przez tego sprytnego, hiperinteligentnego mistrza autokreacji. Jeśli byłeś tą akcją zachwycony, nie myśl, że Raczkowskiego to ucieszyło. Narodowa wściekłość była jego celem. Nie bez przyczyny bliskim przyjacielem Raczkowskiego jest Jerzy Urban – człowiek, który z nienawiści pod swoim adresem uczynił sposób na zarabianie pieniędzy. Bohater książki, którą niedawno skończyłem czytać, również jest wirtuozem kreowania miłości i nienawiści, a pomaga mu w tym genialna wrażliwość na Polskę i Polaków. Nie ma wielu, którzy rozumieliby ten kraj tak dobrze, jak on.

Opowieść Raczkowskiego o swoim życiu jest w zasadzie zapętloną narracją wokół trzech pojęć. Polska, seks i Kościół Katolicki to tematy, które powracają co chwila w różnych konfiguracjach. Zręczność manipulacji Czytelnikiem, jaką posiada Raczkowski, polega na bardzo wyrafinowanym, subtelnym wręcz wodzeniu za nos: pokazywaniu „ludzkiej” twarzy rysownika (kocham ten kraj, nie jestem wcale lubieżny, byłem bardzo religijny), by za chwilę przywalić w potylicę ostrą satyrą na Prawicę, wyznaniem o upodobaniu do uwodzenia chudych nastolatek albo żartem o proboszczu-pedofilu.

Nie będziesz się dobrze bawił, jeśli potraktujesz tę rozmowę na serio. Tutaj chodzi o to, byś się oburzał, a jednocześnie brnął dalej w mitomańskie zwierzenia Marka Raczkowskiego. Bo jest to książka lekka, ale wyrafinowana w swoich socjotechnicznych intencjach. W rzeczywistości Raczkowski nie jest tym, o którym tutaj opowiada. Jest znacznie lepszy, lub…. o wiele gorszy.

Babu Król – Sted

sted-b-iext8317173Edward Stachura, jak przystało na nadwrażliwca, zakończył swoje życie samobójstwem. W którymś z tekstów, ktoś celnie napisał, że po samobóju Stachury, pokolenia jego wyznawców i pretorian dokonały kolejnego morderstwa na jego twórczości. Jest to całkowita prawda. Ci tylko wyglądający niegroźnie śpiewający poeci, w porozciąganych swetrach i przetłuszczonych włosach, wyjący przy ognisku, że życie to nie teatr, wcisnęli twórczość Stachury do okrutnego, radykalnego nurtu muzycznego, nazywanego „poezją śpiewaną”. Nurtu nie dość, że wtórnego, przepełnionego amatorszczyzną w najgorszym tego słowa znaczeniu, to jeszcze bardzo zadufanego w sobie.

Jeśli lubisz poezję śpiewaną, zamknij natychmiast okno przeglądarki internetowej i puść sobie Stare Dobre Małżeństwo, albo Marka Gałązkę.

Płyta jest autorską próbą zmierzenia się z poezją Edwarda Stachury. Próbą, z której tworzący Babu Króla – Budyń (tak tak, to ten gość z Pogodno) i Bajzel – wychodzą zwycięsko. Prawdopodobnie świadomie nie wybrali najbardziej znanych tekstów Stachury, natomiast to, co zrobili z tymi mniej znanymi, godne jest największego szacunku. Jeśli słuchasz tych tekstów i znasz chociaż trochę piosenki Pogodno, to brzmią one w interpretacji Budynia tak, jakby napisał on je sam. I nie jest to tylko wyraz szacunku dla ogromnych talentów poetyckich Jacka Szymkiewicza, ale w równym stopniu dowód na to, że podane w nowoczesnym sosie muzycznym teksty Stachury do dzisiaj są awangardowe i mocne w przekazie.

Po aliansie Budyń&Bajzel można się było spodziewać wiele i wiele się dostało. Choć niezmiernie poszatkowana muzycznie (od jazzu, przez folk i etno, przez hard-rock, po jakieś kowbojsko-countrowe wycieczki, beatlesizmy i punk rock), płyta nie jest eklektyczna. Odwołując się do wielu tradycji muzycznych, każdej stylizacji nadany jest budyniowo-bajzlowy sznyt i humor. Wiersze Stachury odzyskały dzięki temu świeżość i – jak mówią sami muzycy – „odharcerzyły” się.

Dwanaście piosenek zamieszczonych na płycie jest zaskakująco równych, każda z nich stanowi otwartą kompozycję opartą na błyskotliwych pomysłach harmonicznych, rytmicznych i brzmieniowych, która mogła by się ciągnąć w nieskończoność i stanowić kanwę wielominutowych improwizacji. Dlatego jestem pewny, że Babu Króle świetnie sprawdzają się na koncertach.

Strachy na lachy – !To!

Uważam, że piosenką  „Jaka piękna katastrofa” zespół Strachy na Lachy zbliżył się do doskonałości w synergicznym połączeniu Grabażowskiej poetyki i niemożliwej do podrobienia pidżamowostracholachowej melodii i brzmienia. Chociażby z powodu tego jednego kawałka nad tą płytą trzeba się zatrzymać. A takich powodów jest więcej.

Nigdy wcześniej ten zespół nie brzmiał tak pewnie i swobodnie. To już nie jest muzyczny naturszczyzm, ale też daleko od rutyny. Słyszymy zarówno stare autorskie pomysły brzmieniowe („Mokotów„, „Gratisfaction„), ukłony w stronę latino („Sympatyczny atrament”), późniejszego The Strokes („Bankrut„) czy starego big bitu („Żeby z tobą być„). Największym eksperymentem brzmieniowym jest piosenka „Za stary na Courtney Love„, która jak dla mnie przypomina trochę, może przez te smyczki, może przez ten rytm jak z Eurythmics, elektroniczną muzykę sprzed trzydziestu lat.

Ta muzyka nie jest eklektyczna, da się jej z przyjemnością słuchać kawałek po kawałku. Piosenek, które zostały świetnie nagrane w studio i pewnie świetnie zabrzmią na żywo.

Od dawna czekam na moment, w którym Grabaż wyprztyka się z tej swojej autorskiej poetyki, kiedy zaczną mi się nudzić te jego przewidywalne metafory, kiedy poczuję się już za stary na te jego tanie śpiewki o miłości. To jeszcze nie teraz. Dużo się dzieje w tekstach na tej płycie. „Dodekafonia” mogła nużyć gnuśnością. Na „!To!” dzieje się w tekstach o wiele więcej. Gorszym momentem jest na pewno efekciarska i po prostu słaba „I can’t get no… gratisfaction”, rzecz o hejterach w Internecie. Na pewno znalazło by się kilka lepszych piosenek na singla.

Dwie „kryzysowe” piosenki z pierwszej części płyty („Bankrut” i „Gorsi”) nawiązują klimatem do „Dodekafonii” – zimno, smutno, brak kasy, myśli samobójcze, więc „swoje życie w szatni odwieś”. „Gorsi” to kontynuacja retoryki ze starej piosenki PP „Twoja generacja”, którą tutaj Grabaż celnie nazywa „generacją pic” i genialnie oskarża, że „jesteście gorsi niż wasi starzy”. Trochę szerzej i bardziej socjologicznie temat trudnej miłości do Polski, „kraju, w którym najlepiej sprzedają się znicze”, kontynuowany jest w „Bloody Poland”.

Mnie jednak najbardziej zafrasował w wierszach Grabowskiego powrót do erotycznej poezji z wczesnych czasów Pidżamy Porno. Mam tu na myśli wspomnianą już na początku „Piękną katastrofę” i zaśpiewany z przymrużeniem oka „Żeby z tobą być„. Podmiot liryczny deklaruje w tych utworach wyznania naiwne i piękne, takie jak na przykład, że „chcę być twoją tapetą na pulpicie”, „na solo wyjdę z krokodylem”, „całuję oczy twe markotne” i temu podobne. W „Żeby z tobą być„, o której to piosence mowa, Grabaż stosuje dramaturgiczny zwrot w narracji o miłosnych dążeniach podmiotu lirycznego, który jakbym już słyszał w piosence „Maria i Józef” Muzyki Końca Lata.

Piękna katastrofa„, to, jak już wspomniałem, najlepsza piosenka w tym zestawie, piosenka o dobrym rozstaniu ze złą kobietą. Kobietą, za którą „głośno zamykają się drzwi”. jest to więc wiersz o sprawach nieodwracalnych, bo „z popiołu nie rozpali się ogniska” i „do komina iskry nie wracają”. Tekstem tym Grabaż ociera się o genialność. Lecą skry.

Na dokładkę – dwie piosenki o miłości już zdecydowanie mrocznej i niebeztroskiej: „Sympatyczny atrament” – o straceńczym barze wśród „lasu dziewczyn dekoltów”, „Za stary na Courtney Love” i dziwna piosenka „Dreadlock Queen” o nastolatce – staruszce.

Nie mam się do czego przypieprzyć.

Marek Bieńczyk – Książka twarzy

O tym, że w tym roku Nagrodę Nike dostał Marek Bieńczyk, dowiedziałem się właśnie z Facebooka Jasia Kapeli. Jaś napisał, że się cieszy. Ja też się cieszę, bo choć od wielu lat wszyscy od prawa do lewa krytykują Nagrody Nike za to, że są to trofea środowiskowe, rozdawane znajomym przez znajomych, konserwatywne, to tym razem dostało się Nike komuś, kto zasłużył na te sto tysięcy złotych nagrody. No i to, że ucieszył się z tego nawet szatniarz Krytyki Politycznej, choć przecież ten Bieńczyk to zatęchły krakus, miłośnik burżuazyjnego napoju „wino z winogron”, długoletni współpracownik Tygodnika Powszechnego – pisma niby postępowych, ale jakoś tak zatrzymanych z trzydzieści lat temu katolików z Krakowa. To wszystko stanowi świadectwo, że Nike dla Bieńczyka jest ok.

Bieńczyk dostał tę nagrodę za „Książkę twarzy”, coś w rodzaju próby przełożenia logiki Facebooka na język literatury, na język literatury pełną gębą. To trzydzieści dwa „profile” znaczących dla Bieńczyka osób, zgromadzonych w cztery grupy: Sportiva, Melancholica, Sensualica, Romantica, Geografica. Krótkie, dygresyjne szkice postaci sportu (głównie futbolu), jedzenia (głównie wina), literatury (głównie młodzieżowej i popularnej) i filozofii (głównie francuskiej). Całość wywołuje wrażenie chaotycznej i takie prawdopodobnie miała sprawiać wrażenie, bo Marek Bieńczyk jest mistrzem w snuciu spontanicznych, barokowych albo raczej Hrabalowskich opowieści, które są pisane na jednym oddechu.

Bohaterowie „Książki twarzy” są tak samo różni, jak znajomości i lajki na Facebooku. Beenhakker, Winnetou, Chandler, Agassi, Chateaubriand – nie układają się, wbrew temu, co piszą niektórzy krytycy – w żadną logiczną, konsekwentną opowieść. Są profilem, autokreacją, wizytówką autora. Widzimy z nich, jak Bieńczyk kocha wino, piłkę nożną, literaturę młodzieżową i filozofię francuską i jak doskonale potrafi o tym opowiadać. Jest to – będę się przy tym jednak upierał – wielokolorowa randomiczna mozaika, którą można układać w dowolnym porządku, jak rozdzialiki „Gry w klasy” Cortazara. W tym sensie jest ona kolejnym krokiem w zrywaniu z dziewiętnastowieczną narracją, gdzie każda opowieść musi mieć początek, rozwinięcie i zakończenie. Jeśli chcemy jakiejkolwiek opowieści, musimy ją sobie sami ułożyć – spersonalizować.

„Książka twarzy” to zbiór świetny, trudno jednak ulec wrażeniu, że nagroda dla Bieńczyka jest również środowiskowym uznaniem dla całego dorobku tego świetnego tłumacza (przekład większości późnych dzieł Kundery to sprawka Bieńczyka), eseisty, powieściopisarza, ale dla mnie osobiście wielkiego propagatora kultury wina i futbolu. W obu tych kulturowych fenomenach potrafi on nie tylko dostrzec piękno i liryzm, ale również świetnie pisać, choć słowo „świetnie” to mało powiedziane. Każdy, kto próbował kiedykolwiek pisać o tych sprawach wie, jakie to trudne. A Bieńczyk jest w tym mistrzem.

Jest jeszcze coś, co cieszy w decyzji jury tegorocznej Nike. Świat literatury roczników urodzonych w latach sześćdziesiątych i wcześniej, pomijając kilka wyjątków, zawsze drażnił mnie swoim naburmuszeniem, wyniosłością i hermetycznością. Ludzie, którzy najczęściej – wychowani w PRL-owskim etosie – albo uświadamiali ideologicznie gawiedź, albo podtrzymywali kulturę języka polskiego wbrew sowieckiej propagandzie, traktując czytelników z pewną „splendid isolation”. Nagroda Nike była dla mnie zawsze ostoją tego środowiska – Miłosz, Szymborska, Zagajewski, Gazeta Wyborcza, Tygodnik Powszechny i całe grono ich bezkrytycznych fanów, sikających z zachwytu nad wszystkim, co poeta lub prozaik wyprodukował, niezależnie od tego, jaką to ma wartość. Dlatego kiedy zobaczyłem ironicznego, niedbale ubranego w marynarkę i rozchełstaną koszulę Bieńczyka, który zawsze pozostawał w dystansie wobec tego naburmuszenia, nie mogłem się nie ucieszyć.

Tak się szczęśliwie składa, że w sobotę 13 października o 19:30 w Galerii Arsenał (ul. Mickiewicza 2) w Białymstoku będzie można spotkać się z Markiem Bieńczykiem i pogadać osobiście o winie, futbolu, książkach dla młodzieży lub kryminałach. Mam nadzieję, że przywitamy go z odpowiednim dystansem i lekkością.

Janek Samołyk – Problem z wiernością

Dziewczętom i niektórym chłopakom na pewno te smutne piosenki się bardzo spodobają.

Staroświeckość muzyki Janka Samołyka jest wyjątkowa, bo nie podkłada się pod żaden big-bit, lata osiemdziesiąte, punk-rock, rockabilly czy co tam jeszcze Państwo chcą. Na nowej płycie „Problem z wiernością” Janek podejmuje odważną próbę grania konserwatywnej muzyki, która jednocześnie wieje świeżością, i której da się słuchać w każdych okolicznościach.
W tym „problemie z wiernością” chodzi pewnie o jakąś dziewczynę, ale kiedy wsłuchuję się raz, drugi i trzeci w te 14 piosenek umieszczonych na płycie pomalowanej melancholijną akwarelą, śmiem sądzić, że chodzić tu może również o problem z wiernością muzyce, na której zespół się wychował. Otwierająca album, tytułowa piosenka, zaczyna się jak „Prześliczna wiolonczelistka ” Skaldów! Niektóre chórki, na przykład w „Along the Way” są jakby z Beach Boys, a „I’d love to turn you on” w „Another Colour Everyday’ to oczywiste nawiązanie do Beatlesów, a cała piosenka brzmi jakby mogli ją wykonywać Stone Roses. Te wszystkie spokojniejsze piosenki na płycie, jak wymienione wyżej, jak „Miss My Past” , „Sit By Me” i zamykająca płytę, wzruszająca i chyba najlepsza na płycie „She Knows I’d Love To See Her”, gdzie Janek śpiewa niektóre partie falsetem, stanowią jedno oblicze tej naprawdę porządnej płyty.

Piosenki po angielsku są melancholijne, są o miłości, są w nich skrzypce i miły żeński głos w tle. I nie trzeba do tego znajomości języka (kto się zresztą wsłuchuje w słowa piosenek po angielsku?), aby je polubić.

Wolę jednak, gdy Janek śpiewa po polsku, nawet jak mu to trochę gorzej wychodzi. Wtedy z jeszcze większą elegancją porusza się po bardzo cienkiej granicy między popem, rockiem i…. poezją śpiewaną. Nie są to na pewno wiersze wielkie, ale śpiewane z bezpretensjonalnością i szczerością. No i zdarzają się językowe perełki („wpadaj, kiedy pada”, „mówi, że uszy lubi najbardziej, mimo, że stoisz pół-goły”).

Płyta jest jednak raczej smutna, jest ewidentnie o uczuciowych problemach, rozterkach, rozstaniach. Nie brakuje momentów, które mogą niektórym wydać się banalne lub zbyt dosłowne (kryzys „małżeński” w „Czy to jest przypadek”), albo ewidentnych tekstów o braku weny twórczej („niespieszny ruch w fotelu, mama w dłoni ostre pióro, od kropel atramentu czmycha wzrok”). Są jednak również momenty bardzo wzruszające i celne ( w piosence „Pamiętam, niektóre zapomniał”, na przykład takie cudo: „mógłbym napisać o tym, jak patrzysz, albo o gniewnej na czole zmarszczce, mógłbym napisać o twoich rzęsach, o tym, że krzyczysz zawsze, gdy tańczysz”). Albo bardzo moim zdaniem dojrzały tekst niekoniecznie dla nastolatków pod frywolnym tytułem „Kapitan Czacza” („pragnąc stale niemożliwego choć znasz odpowiedź, wciąż pytasz, dlaczego”) o trudnej sztuce brania na siebie odpowiedzialności za   rozstanie.
Mimo tych wszystkich złośliwości, spędzam ostatnio dużo czasu z muzyką Janka Samołyka na uszach i na pewno będę chciał posłuchać go na żywo 7 grudnia w Gram Off Onie . Warto stracić dyszkę, nie stracę jedynki.