Wojciech Staszewski – ojciec.prl

56bb8886032df

Jest to książka o dwóch sprawach i właściwie nie wiadomo, która z nich jest ważniejsza. Pierwsza sprawa to ojcostwo, a druga sprawa to PRL. Staszewski chciał, aby jedna z drugą się zgrabnie połączyła, ale mu to nie wyszło. Nie pomniejsza to wartości tej książeczki, która sama w sobie jest wspaniała.

Czytałem tę powieść chcąc nie chcąc przez pryzmat kompletnie nieudanych “Znaków szczególnych”. To, co zupełnie nie udało się Paulinie Wilk i za co z kompletnie dla mnie niezrozumiałych powodów zebrała górę nagród, Staszewski zrobił w ojcu.prl genialnie. I choć chronologicznie bliżej mi do lat osiemdziesiątych opisywanych przez Wilk, to zdecydowanie bliższe mojej wrażliwości są obrazy dojrzewania starszego ode mnie o dekadę Wojtka Staszewskiego. I to jego opowieść kupuję w całości.

Kupuję też pomysł Staszewskiego, który skonstruował swoją opowieść na krótkich impresjach plączących peerelowską przeszłość z teraźniejszością. Powroty do lat 70. kiedy ojciec bohatera zabierał go na piesze wędrówki górskie przeplatają się z mocnie dosłowną relacją z powolnego umierania tegoż taty.

Trzeba tu docenić konsekwencję w unikaniu nostalgii i cukierkowania PRL-u, które często zdarzają się u piszących powieści o dzieciństwie. Staszewski pisze o nim raczej jako o pasmie zmagań z oporną naturą rzeczywistości tych czasów, ale również jako o nieustannym zmaganiu i walce z tymże ojcem, o nagłej śmierci matki, o gospodarce permanentnego niedoboru.

Dzieciństwo w tej Bildungsroman nie jest, na szczęście, usłane z miękkich poduszek. Nigdzie wcześniej nie spotkałem się z tak autentyczną jak u Staszewskiego relacją z dojrzewania seksualnego i tak wprost opowiedzianej monotematyczności świata nastolatka odkrywającego świat płci przeciwnej. W pewnym wieku naprawdę wszystko się kojarzy z seksem i Staszewski jest jednym z niewielu, którzy mają odwagę to powiedzieć.

Z rzeczy ważnych, o których mówi ta książeczka, najważniejszą jest wnikliwe studium relacji ojciec-syn, którą autor bardzo dobrze zrozumiał i opowiedział, zgrabnie balansując miedzy uniwersalnością a autobiograficznością. Nie jest to opowieść uniwersalna – opisuje sytuację rodziny wyjątkowej. Nie jest to też opowieść całkowicie subiektywna – opisuje problemy, które są chyba powszechne w relacjach ojca z synem.

Sprawy z rodzicami są prawie zawsze skomplikowane i chyba nigdy nie oparte na bezwarunkowej miłości i pełnym oddaniu. Staszewski pisze o tym bez udawania, na przykład wtedy, gdy zdaje relację z pielęgnacji zaszczanego i osranego ojca, w pełnej fazie demencji rzucającego bluzgi na swojego syna. Ale również wtedy, gdy ten ojciec, trzydzieści lat wcześniej, ponad obowiązki ojcowskie wybiera romanse i bujne życie towarzyskie.

Chociaż zawsze czytam reportaże Staszewskiego w Wyborczej i cenię jego działalność popularyzującą jogging, to jest on dla mnie przede wszystkim niedocenionym autorem genialnych piosenek w duchu Dylanowskim, krążących przez cały czas gdzieś po sieci. Pojawiające się w tej twórczości wątki kolejek podmiejskich, celestynek w koszulkach Nirvany i barów piwnych trafiają wprost do mojego serca. Podobnie trafiły doń reminiscencje Staszewskiego z dojrzewania w socrealizmie zgromadzone w tej skromnej, ale pełnych cudownych magdalenek książeczce.

Artur Klinau „Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca”

Kiedy bierzesz do rąk książkę z „Czarnego„, dodatkowo wydaną w serii Sulina, oczekujesz historyczno-socjologiczno-antropologiczno-filozoficznego reportażu o Europie Środkowo-Wschodniej. Chcesz po raz kolejny doznać tego otwierającego wrażenia jedności charakteru ludów tej części świata, tego charakterystycznego rozkroku pomiędzy Wschodem a Zachodem, gdzie południowy entuzjazm miesza się z północnym opanowaniem, a zachodnia kultura filozofii, racjonalizmu i nauki spotyka wschodnią duchowość, intuicję i mistycyzm.

Nie ma się co łudzić, Artur Klinau nie pisze o Europie Środkowowschodniej. Książka „Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca” to rzecz o miejscu na Wschodzie. Zdaje się wręcz, że literatura Klinaua spycha Mińsk na wschód jeszcze bardziej, niż to miasto w rzeczywistości tam jest.

Artur Klinau jest architektem, dlatego ta książka opowiada o Mińsku wyłącznie jako miejscu. Pomija to, co na przykład u Stasiuka, jest najważniejsze: ludzi, a w szczególności narratora. Dla Klinaua Mińsk jest miastem Placów, Prospektów, Ulic i Pałaców. Są one budowane i burzone przez Wielkich Metafizyków, którzy nie są ani ludźmi, ani instytucjami, ani bogami.

Fot. własna

Mińsk w rzeczywistości jest monumentalny, jak pisze Klinau. W rzeczywistości jest też sowiecki. Monumentalizm i sowieckość w rzeczy samej sprawiają, że jednostka traci swoją podmiotowość, że przypomina mrówkę przechodzącą z trwogą obok przerastających ją o tysiąckroć gmachów. W tej zaplanowanej przez Metafizyka przestrzeni umieszczono ludzi, którzy, we wspomnieniach przytaczanych przez Klinaua, sami czują się nieco zawstydzeni swoją obecnością w Mieście Słońca. Wydaje się jednak, że mieszkaniec Mińska w interpretacji Klinaua przestaje być człowiekiem Wschodu, a jest wyłącznie człowiekiem sowieckim, ubezwłasnowolnionym, pełnym wdzięczności do władzy pomieszanej ze strachem, szczęśliwym z życia w Mieście Słońca. Źródła tych postaw zakopuje Klinau bardzo głęboko, pisząc na przykład, że strach przed zwolnieniem z pracy czy relegowaniem z uczelni są na Białorusi obawami czysto atawistycznymi, takimi, które można nazwać podświadomym strachem przez Głodem.

Fot. własna

Klinau popełnia błąd, nakładając na Mińsk kliszę chłodnego języka architektury okraszony bizantyjsko-sowiecką okrasą. Mińsk taki nie jest. Przewodnik po tym mieście nie może być pisany przez jego mieszkańca, ponieważ nie potrafi on dostrzec rzeczy zasadniczych dla Mińska. Wychowany w paradygmacie sowieckim, Klinau, stosując bizantyjskie metafory z – jego zdaniem – przymrużeniem oka, staje się ich niewolnikiem. Czytelnik wyraźnie dostrzega, jak atrakcyjna z początku wizja betonowego Mińska oczami dziecka, w dalszym ciągu opowieści staje się pułapką, błędnym kołem. Pod koniec opowieści Klinau ucieka przed samym sobą, swoim językiem i Mińskiem, do Wilna, które daje pisarzowi możliwość oderwania się od narzuconego sobie, zniewalającego rygoru formy.

Fot. własna

Tyle, że Wilno to miasto na wskroś europejskie, gdzie łatwiej odnajduje się mieszkaniec Berlina niż Warszawy. Pisząc o Wschodzie należy powrócić do Mińska, gdzie w rzeczywistości załamuje się europejskość, a Wschód i Zachód ukazują się w bardzo konfrontacyjnym układzie. Nie da się tego opisać, nie odwołując się do wewnętrznych wrażeń. Nie da się tego zrobić chłodząc opis i używając języka sowieckiej propagandy.

Klinau, chętnie powracając do wielkolitewskich korzeni Mińska, zdaje się uważać sprawę europejskiej tożsamości tego miasta za przegraną. Gorzkie zakończenie książki, w której pojawia się nowy Metafizyk – Prezydent – jest z jednej strony pocieszające, bo mówi o tym żywiole, które próbuje kruszyć mury, z drugiej jednak smutne, bo wskazujące, że Miasto Słońca, niezależnie do zapału mrówek próbujących kruszyć Pałace, na zawsze pozostanie pochmurne.

„Świat według Mellera” – ze Stefanem Mellerem rozmawia Michał Komar

4 lutego 2008 roku zmarł Stefan Meller – wybitny historyk, dyplomata, eseista i poeta. Niedługo przed śmiercią Michał Komar – wieloletni przyjaciel Mellera – przeprowadził z nim szereg rozmów, których owocem jest książka opatrzona podtytułem „Życie i historia: ku wolności”. Zawiera ona wspomnienia Mellera od czasów dzieciństwa przypadającego na pierwsze lata po wojnie, do roku 1992, kiedy to rozpoczyna on karierę dyplomaty w wolnej już, III Rzeczypospolitej.
Książka opisuje więc przede wszystkim życie rodzinne i karierę naukową Mellera. Zarówno pierwsze, jak i drugie, wplecione są niesamowicie mocno w rzeczywistość powojennej Polski. Dziadek Mellera ginie podczas transportu do Oświęcimia. On sam przeżywa swoją polityczną inicjację podczas październikowej odwilży 1956 roku, a największym cieniem na życie tej barwnej postaci kładą się wydarzenia marcowe roku 1968. Można bez wątpienia potraktować życie Mellera jako sztandarowy przykład losów „Pokolenia’68”, dojrzewającego wraz z dojrzewaniem PRL, upojonego rokiem 1956 i rozczarowanego tym, co wydarzyło się dwanaście lat później. Pokolenia, które zmagało się z komunizmem i które potem go obaliło,by następnie nadawać nowej rzeczywistości decydujący ton.
Książka stanowi piękny przykład i dowód na to, że nawet kiedy rzeczywistość kładzie kłody pod nogami, możliwa jest realizacja planów i marzeń. Ojciec Stefana Mellera był Żydem, co całkowicie zdeterminowało jego losy po marcowej nagonce. Opowieść prowadzona przez Michała Komara pokazuje, że pomimo takich przeciwności, dzięki uporowi, przekorze i pozostawaniu wiernym własnym wartościom, można było osiągnąć bardzo wiele.
Coś innego jednak ujmuje w tej historii. Tym czymś jest lekkość, ironia i przekora, z jaką Meller traktował swoje życie i przeciwności, z jakimi się borykał. Poza dziejami PRL-u widzianymi z perspektywy najpierw ucznia, studenta, a potem naukowca, mamy tutaj więc też portret człowieka z krwi i kości, wiecznie uśmiechniętego i wiecznie rozwijającego się, ciągle prącego przed siebie.
Wspaniała to książka – właśnie chyba z tego powodu, że opowiadająca o wyjątkowym, wspaniałym życiu.

Zbigniew Mentzel „Wszystkie języki świata”

Książka Zbigniewa Mentzela długo leżała na stosie nazywanym w mojej osobistej nomenklaturze do przeczytania w pierwszej kolejności. Kupiona pod wpływem kilku dobrych recenzji, cierpliwie czekała na swoją kolej. W końcu się doczekała.

Konstrukcja książki opiera się na sprawdzonym i poprawnie przez autora zrealizowanym pomyśle. Bohater, którym bez wątpliwości jest autor, podczas jednego, całkiem zwyczajnego dnia, dokonuje obszernej retrospekcji swojego życia, począwszy od dzieciństwa w ciemnych latach stalinowskich, przez dojrzewanie w PRL-u późnych lat 60. i 70., aż po „nowe czasy” lat dziewięćdziesiątych.

To dobrze, że Mentzel zdecydował się na tak prosty i zdawało by się wyświechtany pomysł konstrukcyjny. Dzięki temu jasne są intencje tej książki: to powieść z gruntu autobiograficzna, choć nie bez głębszych przesłań, o których za chwilę. Warto tutaj wspomnieć o bardzo pod wieloma względami podobnej książce Janusza Andermana „Cały czas”. Tam również bohater podejmuje próbę podsumowania swojego życia i dzieje się to nie w trakcie jednego dnia, jak u Mentzela, lecz w ułamku sekundy – w chwili, gdy bohater staje twarzą w twarz ze śmiercią. Choć Anderman dysponuje zdaje się jednak lepszym warsztatem od Mentzela, to pretekst do życiowej summy jest u tego ostatniego zdecydowanie mniej naciągany, a dzięki temu bardziej autentyczny.

Ktoś napisał, że jest to książka wielowarstwowa. Zapewne tak, chociaż to sformułowanie sugeruje bogactwo alegorii, metafor, możliwych interpretacji i znaków zapytania, a tak w przypadku książki Mentzela nie jest. Owa wielopłaszczyznowość polega raczej na tym, że „Wszystkie języki świata” to jednocześnie książka o PRL-u i jego upadku, to również książka o inteligencji i jej zmaganiach z tym ustrojem, książka o Warszawie, ale równie dobrze autobiografia, jak i – czemu nie – dosyć uniwersalny raport z dojrzewania. I wreszcie – w dużym stopniu książka Menzela jest literackim traktatem nad poszukiwaniem swojego miejsca w życiu. Wielopłaszczyznowość ta nie jest w żadnym stopniu ukryta – poszczególne warstwy odkrywa czytelnik bez większych kłopotów i bez nadużywania interpretacji. Zdecydowanie najwięcej trudu przychodzi zrozumienie, na czym polega problem z „językami”, których próbuje uczyć się autor i z którymi jest tak wielki metafizyczny kłopot.

Tytułowe „języki świata”, które próbujemy dniami, miesiącami i latami zgłębiać, i których nigdy nie udaje się poznać dostatecznie dobrze, to według Menzela nie tylko narzędzia komunikacji z innymi, ale również – a może przede wszystkim – sposoby zrozumienia siebie samego. Należy stwierdzić, że zadaniem nadania książce filozoficznej „głębi” Mentzel poradził sobie najsłabiej. Ambicje, aby swoje dzieło uczynić traktatem quasi-filozoficznym nie powiodły się do końca. Owszem, podobać się może pokazanie, na własnym przykładzie, że zmiany historyczne, społeczne czy ustrojowe, które powinny nas dotykać, zmieniać i kształtować diametralnie, na bardzo głębokim poziomie – na poziomie poszukiwania tego uniwersalnego „języka” – nic tak naprawdę nie znaczą. Zapał, z jakim oddajemy się rzeczywistości, jest zawsze taki sam. Zrozumienie tego zapału, poskromienie go, jest właśnie opanowaniem tego jednego, a zarazem „wszystkich języków świata”.

Pomijając tę filozoficzną „otoczkę”, którą autor ozdabia swoje życiowe losy, pozostają pozostałe płaszczyzny. Jest w książce Mentzela bardzo zgrabnie „narysowany” portret inteligenckiej rodziny ze skomplikowanymi relacjami małżeńsko-rodzicielskimi, które stanowią fabularną oś książki. Mamy też obraz rzeczywistości PRL-u i wczesnego kapitalizmu lat 90. Tutaj Mentzel prezentuje spory kunszt w wyłapywaniu różnych smaczków i szczegółów codzienności tych czasów – niektóre fragmenty czyta się z wielką radością. Dodatkowo mamy w tej książce kolejną sprawnie opowiedzianą historię dojrzewania z następującymi po sobie inicjacjami: społeczną, erotyczną, polityczną itd.

Dlaczego w takim razie nie może człowiek, pomimo najszczerszych chęci, zachwycić się tą książką? Może właśnie dlatego, że zbyt wiele intencji i zamiarów przyświecało autorowi. Być może efekt zepsuło bogactwo, które wtedy można docenić, kiedy jest przedstawione w sposób perfekcyjny, a ta sztuka przysługuje geniuszom.

„Wszystkie języki świata” to bardzo dobra książka. Zgubiły ją trochę entuzjastyczne recenzje tak zwanego „środowiska”, które rozbudziły zbyt mocno nadzieje czytelników. Piątka, ale – na szczęście – bez entuzjazmu.

Jerzy Suszko „Donosy na Kisiela”

Na początku jestem zmuszony przestrzec, że wbrew tytułowi i okładce, nie jest to książka o Stefanie Kisielewskim.  To pierwsze, acz ne jedno, kłamstewko, jakim obdarza nas autor i wydawnictwo, co zważywszy, że żyjemy w świecie, gdzie nic nie jest za darmo, pozwala z niepokojem wspomnieć te dwadzieścia kilka złotych pozostawionych w księgarni. Ale od początku. Książka Jerzego Suszki, urodzonego w 1921 roku dziennikarza sportowego i scenarzysty, to bardzo chaotyczny zbiór wspomnieniowych impresji o znajomych i przyjaciołach autora, wśród których – a owszem – znalazł się też Kisielewski.

Każdy, kto sięgnie po tę nieudaną książkę, na pewno podzieli moje zdanie, że autor przejawia rzadki u osobników w jego wieku brak zdecydowania co do tego, o czym tak naprawdę opowiada jego książka. Załóżmy, że przyczyną braku wyraźnej osi, wokół której miałaby toczyć się książka, jest kalejdoskopowy gwiazdozbiór wielkich postaci, którym przyszło autorowi towarzyszyć, jak również ciekawe czasy, w których historia pochuchiwała w plecy jej świadkom – częściej ze wschodu niż zachodu.

Na pytanie „o czym jest ta książka?” nie potrafię więc opowiedzieć. Jeśli natomiast bym musiał udzielić odpowiedzi, rzekłbym „trochę o wszystkim”. Trochę o Kisielu, nieco o Bohdanie Tomaszewskim, sporo o Jerzym Suszce, pojawia się też Miron Białoszewski, Jerzy Zawieyski i wiele innych legendarnych postaci. Wątki osobiste przeplatają się z analizami geopolitycznymi. Tutaj przewrotnie i absurdalnie brzmi krytyka Suszki pod adresem Miłosza, który Polaków nazywa narodem konfidentów. Absurdalnie, bo nastepnie autor z podziwu godną lekkością, opowiada o swoim delikatnym i niesformalizowanym donosicielstwie…

No właśnie, podtytuł książki być może wyjaśnia, jaki cel wywołał motywację zebrania na 200 stronach opowieści o złych i dobrych stronach życia w PRL-u. „Zeznania kandydata na donosiciela”. Suszko od lat sześćdziesiątych regularnie spotyka się z anonimowym kapitanem Służby Bezpieczeństwa na sponsorowanych przez państwo obiadach. Nie ukrywa tego faktu przed przyjacielem Kisielewskim, jednocześnie przekonując go – a na kartach książki również czytelników – że żadnej krzywdy Kisielowi tymi rozmowami nie robi. Pieniędzy nie pobiera (przyznaje się tylko do przyjęcia w formie prezentu ozdobnego talerza), jednocześnie nie wyjaśniając czytelnikom, w jakim celu podtrzymuje te kontakty, będąc jednocześnie uczestnikiem spotkań z Kisielewskim i innymi osobami mającymi na bakier z władzą. Jakże pociesznie brzmią z jednej strony wspomnienia i anegdoty dotyczące wielu spotkań ze Stefanem Kisielewskim w zderzeniu z beztroską, wykazywaną przez autora, gdy mowa o kontaktach ze służbą bezpieczeństwa.

Oczywiście autor nie zdradza wprost, o czym informował esbeka. Oczywiście twierdzi, że prowadził z nim subtelną grę. Nie brzmi to jednak przekonująco, szczególnie, że gra ta dotyczyła jednej z niewielu osób, którym udało się przeżyć cały PRL w pełni bezkompromisowo i w opozycji do komunizmu.

Pozostaje więc pewien niesmak. Książka zdaje się być takim „nieskromnym okazaniem skruchy”, ucieczką do przodu, dla niektórych jedynym rozsądnym wyjściem w czasach, gdy co kilka dni IPN wyciąga teczki coraz to nowych, sensacyjnych, donosicieli. Niesmak ratują anegdoty o Kisielu, których trochę udało się autorowi przemycić. Niewiele z nich jest jednak na tyle sensacyjnych, aby był sens przytaczać je ze śmiechem. Nawet tak przepastna beczka błazeństw, ironii i humoru, jaką był Kisiel, nie jest bez dna. Książka „Donosy na Kisiela” jest dowodem, że powoli jej zasoby się kończą.

Pomimo więc Kisiela wywalającego swój jęzor na okładce książki, pomimo jego ksywki w tytule, to nie on jest główną osią tej książki. Są nią natomiast – w moim odczuciu – nieprzekonujące wyrzuty sumienia Jerzego Suszki.

Mariusz Urbanek „Zły Tyrmand”

Ten tekst powinien powstać już jakiś czas temu, bo po nową książkę o Tyrmandzie sięgnąłem niedługo po ukazaniu się. „Zły Tyrmand” nie jest typową książką biograficzną – to zbiór kilkudziesięciu szkiców-opowieści o legendarnym Tyrmandzie opowiadanych przez różne osoby powojennej „Warszawki”, skrzętnie zanotowanych przez autora.

Tytuł jest nieco prowokacyjny. Ta gra słów wykorzystująca tytuł najsłynniejszej powieści napisanej przez Tyrmanda, jednocześnie wskazuje na cele, które książka miała spełniać w zamyśle autora. Tyrmand widziany z perspektywy jego znajomych i przyjaciół, którego przedstawia książka Urbanka, to Tyrmand „odbrązowiony”. Ta książka spełnia rolę kontrapunktu dla postaci Tyrmanda, którą on sam wykreował w słynnym „Dzienniku 1954”. Jednym z ważnych wątków książki jest zresztą problem autentyczności „Dziennika”. Wielu twierdzi, że został on napisany już po wyjeździe Tyrmanda na emigrację i stanowi przemyślaną i świadomą autokreację.

Autorów książki „Zły Tyrmand” jest – jak już wspomniałem – wielu. Towarzysze barwnego życia „pierwszego bikiniarza PRL” w kolorowej – pomimo komunistycznej siermiężności – Warszawie lat powojennych, opowiadają o Tyrmandzie często z kpiną i pobłażliwością, jednocześnie nie umniejszając roli, taką w ówczesnym towarzystwie pełnił autor „Złego”. W jego groteskowym i demonstracyjnym na tle innych sposobie ubierania, sposobie życia i bujnym życiu erotycznym, odnajdują pełną premedytację i całkowitą kontrolę nad życiem. Kontrolę, która była niesamowicie ważna w czasach, kiedy wszelkie okoliczności skłaniały ku konformizmowi i poddaniu się „duchowi dziejów”. Więc nawet anegdotyczne niefrasobliwości i groteskowość Tyrmanda wzbudza wśród wspominających go respekt.

Niewątpliwym atutem książki jest barwny obraz życia towarzyskiego Warszawy wczesnego PRL-u. Ilość barwnych, wybitnych i znaczących postaci, które okupowały ówczesne knajpy i nieliczne wówczas kluby muzyczne jest wręcz niewiarygodna. Niech wspomnę tylko o pięknej, nieznanej mi wcześniej opowieści Agnieszki Osieckiej. Otóż pewnego razu spotkała, sporo od niej starszego, acz nieprzyzwoicie już popularnego Tyrmanda, na balu maskowym w warszawskim Liceum Stefana Batorego. Tyrmand przysiadł się do Osieckiej, gdy partner, z którym przyszła, gdzieś na chwilę zniknął. Powiedział jej wtedy „Dziewczyno, jeśli ty sobie wyobrażasz, że on się z tobą ożeni, to znaczy, że jesteś naprawdę głupia”. W książce „Zły Tyrmand” Osiecka po raz pierwszy zdradza, że tym chłopakiem, o którym mówi Tyrmand, jest Marek Hłasko. Podobnie smakowitych anegdot jest w tej książce wiele.

To niewątpliwie ważna pozycja na półce książek Tyrmanda i o Tyrmandzie. Nie przewraca ona jednak na głowę tego, co o Tyrmandzie już wiedziano. Być może największa jej wartość, to kolejna próba przedstawienia „warszawki” lat pięćdziesiątych XX wieku. Pierwszą podjął sam Tyrmand w „Życiu towarzyskim i uczuciowym” i zrobił to z sarkazmem i żółcią. Obraz malowany przez znajomych i towarzyszy Tyrmanda jest zdecydowanie bardziej pozytywny.

Książka „Zły Tyrmand” to lekka lektura dla miłośników Tyrmanda i powojennej Warszawy. W tym sensie nie stanowi raczej poważnego materiału historycznego, a raczej garść wspomnień o legendarnym pisarzu. Dlatego zamysł „odbrązowienia” Tyrmanda nie do końca się udaje, z racji właśnie ulotnej, „mozaikowej” konstrukcji książki. Lektura pozostawia więc garść anegdot, często dowcipnych i kolejny obraz pokolenia, które kilka lat po wojnie potrafiło cieszyć się życiem, bawić i kochać.

Jan Nowak-Jeziorański „Kurier z Warszawy”

jan nowak-jeziorańskiPrzeczytałem niedawno, że niektórych książek nie warto czytać w szkole. Lektura jest ponoć wtedy przefiltrowana przez belferskie interpretacje, a jeśli nie, to na pewno traci czytelnik to, co w tej książce by ujrzał, gdyby miał za sobą inne lektury. To prawda – żałuję, że „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa przeczytałem już w liceum. Ileż warstw, filozoficznych i teologicznych perspektyw widziałbym z większą świeżością, gdybym po raz pierwszy sięgnął po nią teraz!

Na szczęście polonistkę w liceum miałem postępową i Nowaka-Jeziorańskiego czytać nam nie kazała. Gdyby jednak się tak stało, gdyby moja nauczycielka polskiego była inna, na pewno rozmawialibyśmy o bohaterstwie, poświęceniu, walce o wolność, podłych komunistach, okrutnych nazistach i szlachetnych powstańcach.

Bo przecież ta książka o tym jest. Jest również świetnie napisanym sprawozdaniem z życia, które przypadło na niesamowicie ciekawe lata. Po trzech dniach obecności „Kuriera” w moich rękach mam jednak wrażenie, że ta książka jest jescze o czymś innym, czymś znacznie ważniejszym.

Ludzie, których chcąc lub nie chcąc spotykamy na swojej drodze. Okoliczności, w których chcąc lub nie chcąc stajemy. Rodzina, w której się rodzimy i wzrastamy. Dom, szkoła, miejsce urodzenia. Splot okoliczności, przypadkowych lub nie, które tkają naszą historię. A jedną z takich historii jest życie Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

Urodzony w 1914, studiuje ekonomię na Uniwersytecie Poznańskim u boku między innymi profesora Edwarda Taylora. Podczas wojny działa w Armii Krajowej, uczestnicząc w ściśle tajnej Akcji „N”, polegającej na kolportażu wśród Niemców fałszywej prasy, mającej na celu obniżenie ich morale. Podróżuje po Generalnej Guberni w mundurze niemieckiego kolejarza. Jako jeden z pierwszych drogą morską, przez Sztokholm, przedostaje się do Londynu, gdzie przekazuje informacje o działalności polskiego podziemia, a także o zagładzie Żydów. W przeddzień Powstania przybywa do Warszawy, aby przedstawić dowództwu AK sytuację polityczną, w której znajduje się Polska. Jego informacje o braku jakichkolwiek szans powodzenia nie zostają wysłuchane. Uczestniczy w walkach o stolice, a potem, wraz z żoną „Gretą” jako pierwszy przedostaje się na Zachód i przekazuje światu prawdę o polskiej tragedii, o ciszy i braku pomocy, jakiej z prawej strony Wisły oczekiwali powstańcy.

Człowieka, który czasy gimnazjalno-licealne ma już za sobą, bohaterstwo mało interesuje.
Tym bardziej, że w wersji Nowaka-Jeziorańskiego trudno je wręcz odnaleźć. Autor jest facetem, który wykonuje w życiu swoje obowiązki. Solidnie, najlepiej, jak potrafi. Wie, kiedy wykonywać polecenia, a kiedy być indywidualistą. Zdaje sobie sprawę, że trzeba być odważnym i ryzykować, ale nie warto rzucać się bez celu w ogień, bo wówczas do niczego się w życiu człowiek nie przyda. Interesowało mnie w tej książce to, w jaki sposób – nawet w najcięższych czasach – można tego dokonać. Najciekawsze były więc momenty decyzji, które Nowak-Jeziorański podejmuje na trzeźwo, ze zdrowym dystansem. A – jak nie trzeba dodawać – jego życie polegało na nieustannym podejmowaniu decyzji. Mniej zajmujące są fragmenty, w których autor szczegółowo kreśli podziały, koterie i spory w polskim podziemiu i rządzie w Londynie.

Czasami wydaje się, że większość z tego, co nas dotyczy, decyduje się poza nami. Szczególnie w chwilach, kiedy wręcz somatycznie odczuwamy, jak historia się „przez nas” przetacza. W rzeczywistości jest inaczej – wszystko odbywa się w nas samych – w naszych mózgach, które nieustannie podejmują decyzje oparte na niesamowitej ilości czynników. Nowak-Jeziorański podczas wizyty u samego Churchilla jest zaskoczony tym, że tak wielki mąż stanu kieruje się w wydawaniu sądów tak prostymi, prostackimi wręcz motywacjami. Postawa Churchilla stanowi niejako kontrapunkt do postawy autora „Kuriera z Warszawy”. Piękny obraz jednostki w wichurze dziejów.