Wojtek Smarzowski – Drogówka

Drogówka (2013)Uważam, że ten bijący w kinach rekordy popularności film Smarzowskiego jest nie tylko jego najwybitniejszym osiągnięciem jako reżysera i scenarzysty, ale – co chyba najważniejsze – jest dziełem najbardziej uniwersalnym. “Wesele” było obrazem ludowego obyczaju i jego współczesnej degeneracji. “Dom zły” i “Róża” to opowieści historyczne. O czym jest w takim razie “Drogówka”?

Nie jest to film o skorumpowanej polskiej policji, choć główni bohaterowie i intryga kryminału z martwymi gliniarzami w tle obraca sie oczywiście wokół tego środowiska. Moim zdaniem “Drogówka” to przede wszystkim film o polskich mężczyznach. Jest to bezlitosny, brutalny, ale prawdziwy obraz polskiego faceta.

Siedmioro głównych postaci – sześciu policjantów i jedna policjantka – symbolizuje siedem grzechów głównych. Główny bohater – sierżant Ryszard Król (Bartłomiej Topa) – to pycha, sierżant Pertycki (Arkadiusz Jakubik) – nieczystość, i tak dalej i tak dalej. Ten symboliczny sens nadający “Drogówce” wymiar szerszy niż zwykły naturalistyczny rzyg o polskiej policji, jest łatwy do odczytania.

Jak już wspomniałem, wątek kryminalny, polityczny, czy religijny, są interesujące w o wiele mniejszym stopniu, niż to, w jaki sposób Smarzowski opisuje i poniekąd tłumaczy polskiego mężczyznę. Tego przepracowującego się za marne dwa tysiące, o szarej cerze, podkrążonych oczach, niedokładnie ogolonego, niechlujnie i brudno ubranego. Nie posiadającego zainteresowań poza wódką i kobietami za pieniądze, udającego jednocześnie dobrego ojca rodziny. Tego mężczyznę, którego widzimy codziennie o szóstej rano w drodze do pracy, a kilkanaście minut wcześniej we własnym lustrze.

Smarzowski pokazuję tych zmęczonych, wulgarnych mężczyzn z pełnym naturalizmem. Pomysł z ujęciami stylizującymi nagrania telefonem komórkowym uważam za genialny. W ogóle nie ma tu prawie w ogóle przypadkowych scen pod publikę.

Publiczność zgromadzona w kinie doskonale się bawiła, jednak mnie nie było do śmiechu. Dostałem od Smarzowskiego obuchem w potylicę i nie wiem, kiedy przestanie boleć.

Reklamy

Wojciech Smarzowski – Dom zły

Myślę, że to dobry sezon dla polskiego filmu. Głównie dlatego, że w końcu zaczęliśmy się mierzyć z polską historią najnowszą. „Rewers” obejrzałem z zachwytem, z niecierpliwością czekam na „Wszystko co kocham” (widziałem wczoraj robiący wrażenie trailer), a teraz obejrzałem „Dom zły” Smarzowskiego. Po „Weselu” można było mieć wysokie oczekiwania. A odpowiedź na pytanie, czy zostały one zaspokojone, jest trudna.

Akcja filmu toczy się chronologicznie na dwóch płaszczyznach, ale w tym samym miejscu. Przenosimy się w mroźne czasy stanu wojennego, do gminy Lutowiska (jakże mi bliskiej) w sam środek Bieszczadów. W częściowo spalonym i zdewastowanym gospodarstwie toczy się wizja lokalna w sprawie zabójstwa i podpalenia. Jest mróz i wszyscy piją.

Dwa lata wcześniej do tej samej chałupy Zdzisława i Bożeny Dziabasów zawędrowuje przypadkiem nowy pracownik miejscowego PGR-u, zootechnik Edward Środoń. Z początku niewinna, choć intensywna libacja alkoholowa kończy się tragicznie. Właśnie tego dotyczy dochodzenie i wizja lokalna, a głównym podejrzanym jest Edward Sochoń.

Cóż, historia jakich wiele, tak jak wiele jest takich wesel, jak to pokazane w poprzednim filmie Smarzowskiego. Artysta jest konsekwentny w pokazywaniu tej Polski, której się wstydzimy, a która otacza nas na każdym kroku. Polski przepełnionych pociągów z niedomytymi pasażerami, Polski popołudni i wieczorów spędzanych przed telewizorem, polski o zapachu wódki pitej ze szklanek i zagryzanej ogórkami kiszonymi wydobywanymi ze słoika brudnymi paluchami. Polski kaca leczonego klinem zaraz po przebudzeniu.

Wszystko to dostajemy w filmie Smarzowskiego. Jest to film smutny i gorzki, tak jakby pijacka gnuśność polskiego wesela wyczerpała już wszystkie pokłady optymizmu, jakie można wydobyć z tej rzeczywistości. Pozostały już tylko mróz i zaspy zimą i błoto latem.

Właśnie te rzeczy interesowały mnie w tym filmie najbardziej – ów klimat polskiej prowincji, gdzie wszyscy piją i są dla siebie serdeczni tylko pomiędzy drugim a trzecim promilem, bo kiedy wódki w żyłach jest mniej, niż dwa, jest podejrzliwość, a kiedy więcej niż trzy – jest nienawiść i agresja. W filmie zagrali prawie ci sami aktorzy, co w „Weselu”, co jeszcze bardziej przekonywało, że ten świat jest wszędzie, tu i teraz.

Wątek kryminalny poprowadzony w „Domu złym” kupy się trzyma, choć w pewnym momencie intryga pomiędzy porucznikiem policji i prokuratorem z Krosna robi się zbyt zagmatwana. Wydaje mi się też, że Smarzowski jest lepszym socjologiem niż psychologiem w tym sensie, że obserwacje językowe czy obyczajowe wychodzą mu lepiej niż rysowanie dramatu i przeżyć psychologicznych postaci. Dobrym przykładem jest tu chyba jedna z ostatnich scen, gdzie Zdzisław Dziabas siedzi na łóżku przy leżącym obok synu z poderżniętym gardłem. Miało być tragicznie i przejmująco, a wyszła jedna z niewielu w filmie scen, w których „nuda, panie, nic się nie dzieje”…