Piotr C. „Pokolenie Ikea” i „Pokolenie Ikea.Kobiety”

978-83-8083-446-0

Przeczytałem książki Piotra C. z kilkuletnim opóźnieniem. Sądząc po docierających szczątkowo komentarzach i opiniach zakładałem wcześniej, że mamy tu do czynienia z jakimś internetowym, wulgarnym rzygiem i że nie ma w ogóle się czym interesować.

A jednak. Jest się czym interesować, bo te dwa teksty to nie tylko bodaj najcelniejszy portret warszawskich 30-latków, z jakim się zetknąłem, nie tylko znakomite teksty obyczajowe o relacjach kobieco-męskich, ale – na co mało kto zwraca uwagę – również fajne współczesne powieści miłosne. Mówiąc wprost – są to romanse.

O tych dwóch książkach napisano już praktycznie wszystko. Najczęściej poddawano je druzgocącej krytyce za wulgarność, seksizm, generalizacje i mizoginizm. Nie pasują one do kanonów literackiej poprawności tradycjonalnych krytyków „literatury pięknej”, dla których język, prosta („prostacka”) forma i minimalistyczny styl są absolutnie nie do zaakceptowania. Nie pasują one kręgom postępowej lewicy za jawny seksizm, stawanie w poprzek politycznej poprawności i radykalny (choć moim zdaniem pozorny) mizoginizm głównego bohatera. Nie będą one również pasowały prawicy, bo główne postaci z wartościami przez nią wyznawanymi mają, delikatnie mówiąc, mało wspólnego. Są więc te książki sierotami, skazanymi na hejt ze wszystkich stron.

Główny bohater książek, Czarny, jest prawnikiem. Pracuje w jednej z warszawskich kancelarii na stanowisku średniego szczebla. Prywatnie jest mieszkającym samotnie singlem prowadzącym dość intensywnie hedonistyczne życie, którego głównym motywem są kobiety. Dużo kobiet. Nie jada w domu, wieczory spędza w mieście, jego mieszkanie (na kredyt oczywiście) służy mu jako sypialnia, najczęściej w towarzystwie kolejno poznawanych kobiet.

Najbliższa koleżanka Czarnego nazywa się Olga. Olga stara się prowadzić zdrowe i uporządkowane życie, które w końcu osiągnie swoją kulminację w postaci szczęśliwej rodziny z dwójką dzieci. Jako, że nie bardzo to Oldze wychodzi, udaje ona, że zupełnie jej na tym nie zależy.

Olgę i Czarnego są jednocześnie kolegami z pracy, przyjaciółmi, którzy się wiecznie kłócą i fuckfriends od czasu do czasu. Łączy ich magnetyzująca relacja skłaniająca przez cały czas czytelnika do pytania: „kiedy oni w końcu będą ze sobą?”. Uważam, że jest to główna linia narracji tych dwóch powieści, sprawiająca, że są one przede wszystkim romansami.

„Pokolenie Ikea” i „Kobiety” to również niezwykle celny obraz Warszawy – miejsca, w którym trudno po dziesięciu godzinach spędzonych za biurkiem korporacji wrócić do domu, zjeść serek homogenizowany i położyć się spać. Tutaj po pracy idzie się na jedno albo lepiej pięć piw albo kupuje wino w markecie po to, aby wypiwszy je przy jakimś serialu, położyć się spać na kilka godzin, by następnego dnia powtórzyć ten wyniszczający rytuał. Rytuał zasłonięty dobrymi ubraniami i perfumami, a podkrążone oczy zamaskowane makijażem lub kremem za dwie stówy.

W opiniach, recenzjach i komentarzach dużo jest o tym, że książki obnażają obraz kobiet w oczach mężczyzn. Mimo, że narracja prowadzona jest przez faceta, to w równym stopniu obnaża ona obraz facetów w oczach kobiet, a właściwie to, jakie kobiety mają oczekiwania wobec facetów. Dokładnie zaś, obnażają szereg kobiecych ambiwalencji, sprzeczności, idiosynkrazji i wahań.

Tak, są to książki krytyczne wobec kobiet, ale nie seksistowskie. Raczej szczere do bólu, balansujące między brutalnym realizmem a romantyzmem. Niewątpliwie są to książki o miłości. Polecam je wszystkim wielbicielom naturalistycznych romansów.

Reklamy

Tomasz Konatkowski – Przystanek śmierć

Przystanek śmierć - Tomasz KonatkowskiGotów jestem zaryzykować tezę, że debiutancka książka Konatkowskiego nie jest kryminałem w ścisłym sensie tego słowa, a jeśli już nim jest, to stanowi on swoistą narracyjną przykrywkę dla pisarskich potrzeb innego rodzaju. Żywiołem pisarza nie jest ani zaskakująca kryminalna fabuła, ani dialogi. Te ostatnie drażnią nawet niekiedy swoją drewnianą konstrukcją.

Z tychże powodów podjęcie tej kikusetstronnicowej lektury zaczyna się od obawy, czy aby te kilkanaście godzin nie będzie czasem zmarnowanym. Szybko jednak okazuje się, że “Przystanek śmierć” to napisana z encyklopedyczną dbałością o szczegóły powieść o współczesnej Warszawie.

Postać głównego bohatera jest nudna. Komisarz Adam Nowak jest pozbawionym jakichkolwiek ekscentryczności facetem przed czterdziestką. Oczytany i osłuchany, zainteresowany Warszawą, zmaga się ze swoją własną smugą cienia. Prowadząc drobiazgowe śledztwo poszukuje bandyty grasującego na warszawskich przystankach tramwajowych. Dochodzenie jest wielowątkowe, pełne ślepych uliczek, fałszywych tropów, słowem, nudne.

Konatkowskiemu udaje się pogodzić niewiarygodną wręcz drobiazgowość opisu policyjnych procedur, szczegółów warszawskich przestrzeni, współczesnej obyczajowości, asorytymentu sklepów, zawartości albumów z muzyką, z nie dającą możliwości nudy wartkością akcji. Nie jest to naturalizm rodem z “Pittbulla” – funkcjonariusze z książki Konatkowskiego przeklinają raczej rzadko, przestrzegają procedur, a prawo łamią tylko nie płacąc abonamentu RTV. Są to raczej skromni ludzie, zarabiający grosze i jeżdżący do pracy komunikacją miejską, prowadzący w zasadzie nudne życie, jak większość Polaków.

I właśnie to stanowi o atrakcyjności “Przystanku śmierć”. Autorowi udało się skleić w całość: przewidywalne i nużące postaci żyjące w szarym mieście pełnym szarych ludzi, zwykłe dochodzenie, które nie przebiega w żaden spektakularny sposób, w bardzo atrakcyjną całościowo opowieść o współczesności.

Mariusz Urbanek – Broniewski. Miłość. Wódka. Polityka

Broniewski. Miłość, wódka, polityka - Mariusz UrbanekPrzeczytałem tę biografię wielkiego polskiego poety z prawdziwą przyjemnością. Mariuszowi Urbankowi udało się napisać rzecz ważną i uczciwą, nie tylko wobec Władysława Broniewskiego, wokół którego dzięki ideologom PRL-u, jak i narodowo-katolickiej prawicy narosło wiele rzadko sprrawiedliwych mitów, jak i wobec wszystkich artystów uwikłanych w historię i politykę, z którymi przyszło się im mierzyć.

Życie Broniewskiego to historia artysty, który tę batalię przegrał.

Dla żyjących współcześnie zaoferowano w szkołach dwie “wersje” Broniewskiego. Według pierwszej był to wielki poeta komunistyczny zaangażowany w umacnianie ustroju komunistycznego w Polsce i wiecznej przyjaźni polsko-sowieckiej. Patron PRL-owskich szkół, którego wiersze przozdabiały akademie ku czci komunistycznych wierszy, autor peanów Rewolucji Październikowej, Stalina i Majakowskiego. Druga “wersja” Broniewskiego, kanoniczna po 1989 roku, to ta, według której ów skompromitowany wiernopoddańczymi gestami wobec komunistów i Sowietów pisarz nie ma miejsca w niepodległej Polsce, a ślady jego świetności w postaci popierś, pomników, nazw ulic i szkół, powinny zostać jak najszybciej usunięte.

Obie te narracje, jak łatwo zauważyć, są nader uproszczone i zarazem krzywdzącego dla Broniewskiego, jako zarówno jednego z najbardziej genialnych poetów poslkich XX wieku, ale może przede wszystkim jako postaci niezwykle ciekawej osobowościowo, równie mocno skomplikowanej i tragicznej. O tym pisze Urbanek.

Propaganda PRL-owska, a za nią narodowy populizm po 89’ roku zręcznie wymazuje kluczowe dla zrozumienia postaci Broniewskiego fakty z jego rcyciekawej biografii. Szlachecko-inteligenckie pochodzenie, udział w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku w Legionach Piłsudskiego, arcynarodową wymowę sławnego wiersza “Bagnet na broń”, odsiadkę w NKWD-owskim więzieniu w 1940-41 roku, a także szereg antysowieckich gestów w okresie późniejszym.

Z pracy wyłąnia się przede wszystkim Broniewski – polski patriota, który próbuje swoją postawą łączyć ideały szlachetczyzny z wiernością sprawie socjalizmu, równości i sprawiedliwości. Ale jest to tylko jeden wycinek tego złożonego obrazu. Broniewski to – wedle tego, co pisze Urbanek –  salony romantyk, którego wyobraźnia, otwartość i potrzeba lojalności wobec przyjaciół, są ważniejsze od wszystkich ideologii. Te zasady karzą mu w rezultacie służyć po 1945 roku sprawie, w którą dawno przestaje wierzyć. To również historia poety, którego gubi słabość do sławy, potrzeba miłości i lęk przed samotnością.

Broniewski – autor jedynych pod względem rytmu i siły czterozwrotkowców – to artysta, dla którego miłość jest ważniejsza od polityki. W imię miłości do najbliższych oraz potrzeby akceptacji, decyduje się na rolę nadwornego piewcy socjalizmu w Polsce po 1945 roku, zdając sobie sprawę z absurdów i niesprawiedliwości tego systemu. Ma prawo go krytykować, bo na własne oczy widział rewolucję bolszewicką.

Urbanek nie zapomina też o tej części twórczości Broniewskiego, która dla mnie osoboście jest ważniejsza od aktywności politycznej. Bohater książki jest genialnym twórcą poezji miłosnej, doskonałym piewcą Warszawy i Płocka, skąd pochodził, obdażonym subtelną wrażliwością poetą polskiej przyrody i krajobrazu.

Broniewskiego gubi ta bezwarunkowa miłość do ideałów, w kóre wierzył, do kobiet, które kochał i do Polski, o której nigdy nie mógł zapomnieć i o której namiętnie pisał. Choć kiedyś uwielbiany, dzisiaj zostaje wyrzucony na śmietnik historii.

Konrad T. Lewandowski „Bogini z labradoru”

„Bogini z labradoru” Konrada Lewandowskiego to trzecia część opowieści o dzielnym Jerzym Drwęckim – komisarzu policji, który w barwnej rzeczywistości Warszawy lat dwudziestych ubiegłego wieku rozwiązuje mroczne detektywistyczne zagadki. Tym razem pułkownik Wieniawa-Długoszowski zwraca się do Drwęckiego z prośbą, czy też – patriotycznym zadaniem – rozwikłania okultystycznego spisku, do którego włączona jest prawie cała warszawska śmietanka towarzyska.  U Lewandowskiego, podobnie jak w poprzednich powieściach tej serii: „Magnetyzerze” oraz „Elektrycznych perłach” postaci wymyślone mieszają się z rzeczywistymi. W „Bogini z labradoru” pojawiają się, obok Wieniawy, filozof i imprezowicz Franciszek Fiszer, Stanisław Witkiewicz czy Witold Gombrowicz. Niektóre z nich pełnią tylko rolę ozdobników ubarwniających opowieść, inne czynnie włączają się w intrygę.

Należy przyznać, że Lewandowskiemu dobrze wychodzi łączenie lekkiego stylu opowieści kryminalnej z niezwykle sprawnym opowiadaniem o przedwojennych realiach. Nie wiem, czy większą radością od domyślania się nad rozwiązania śledztwa Drwęckiego, nie jest wędrowanie ulicami przedwojennej stolicy, jej restauracji i wyszynków, salonów i spelun, dawnych dzielnic i ulic, a przede wszystkim ludzi: ich charakterów, języka. W „Bogini z labradoru” dodatkowo pojawia się dodatkowo ważny wątek lwowski, mamy więc retrospektywną relację z obrony Lwowa w latach 1918-1920. Wszystko to Lewandowski opisuje z humorem i bez patriotycznego, sentymentalnego nadęcia.

Wśród najczęściej pojawiających się zarzutów wobec poprzednich przygód komisarza Drwęckiego najczęściej pojawiały się opinie, iż postać głównego bohatera jest zbyt płaska. To prawda, Jerzy Drwęcki, pomimo że inteligentny, wygadany i towarzyski, był po prostu nijaki. Lewandowski najpradopodobniej wziął sobie do serca uwagi krytyków i w „Bogini z labradoru” dodał Drwęckiemu mroczny rys. Jaki, tego nie powinienem jednak zdradzać.

„Bogini z labradoru” to świetnie napisany kryminał historyczny. Literatura to lekka, ale z zamierzenia nie siląca się na jakąkolwiek ciężkość. Doskonały przykład literatury popularnej w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Zbigniew Mentzel „Wszystkie języki świata”

Książka Zbigniewa Mentzela długo leżała na stosie nazywanym w mojej osobistej nomenklaturze do przeczytania w pierwszej kolejności. Kupiona pod wpływem kilku dobrych recenzji, cierpliwie czekała na swoją kolej. W końcu się doczekała.

Konstrukcja książki opiera się na sprawdzonym i poprawnie przez autora zrealizowanym pomyśle. Bohater, którym bez wątpliwości jest autor, podczas jednego, całkiem zwyczajnego dnia, dokonuje obszernej retrospekcji swojego życia, począwszy od dzieciństwa w ciemnych latach stalinowskich, przez dojrzewanie w PRL-u późnych lat 60. i 70., aż po „nowe czasy” lat dziewięćdziesiątych.

To dobrze, że Mentzel zdecydował się na tak prosty i zdawało by się wyświechtany pomysł konstrukcyjny. Dzięki temu jasne są intencje tej książki: to powieść z gruntu autobiograficzna, choć nie bez głębszych przesłań, o których za chwilę. Warto tutaj wspomnieć o bardzo pod wieloma względami podobnej książce Janusza Andermana „Cały czas”. Tam również bohater podejmuje próbę podsumowania swojego życia i dzieje się to nie w trakcie jednego dnia, jak u Mentzela, lecz w ułamku sekundy – w chwili, gdy bohater staje twarzą w twarz ze śmiercią. Choć Anderman dysponuje zdaje się jednak lepszym warsztatem od Mentzela, to pretekst do życiowej summy jest u tego ostatniego zdecydowanie mniej naciągany, a dzięki temu bardziej autentyczny.

Ktoś napisał, że jest to książka wielowarstwowa. Zapewne tak, chociaż to sformułowanie sugeruje bogactwo alegorii, metafor, możliwych interpretacji i znaków zapytania, a tak w przypadku książki Mentzela nie jest. Owa wielopłaszczyznowość polega raczej na tym, że „Wszystkie języki świata” to jednocześnie książka o PRL-u i jego upadku, to również książka o inteligencji i jej zmaganiach z tym ustrojem, książka o Warszawie, ale równie dobrze autobiografia, jak i – czemu nie – dosyć uniwersalny raport z dojrzewania. I wreszcie – w dużym stopniu książka Menzela jest literackim traktatem nad poszukiwaniem swojego miejsca w życiu. Wielopłaszczyznowość ta nie jest w żadnym stopniu ukryta – poszczególne warstwy odkrywa czytelnik bez większych kłopotów i bez nadużywania interpretacji. Zdecydowanie najwięcej trudu przychodzi zrozumienie, na czym polega problem z „językami”, których próbuje uczyć się autor i z którymi jest tak wielki metafizyczny kłopot.

Tytułowe „języki świata”, które próbujemy dniami, miesiącami i latami zgłębiać, i których nigdy nie udaje się poznać dostatecznie dobrze, to według Menzela nie tylko narzędzia komunikacji z innymi, ale również – a może przede wszystkim – sposoby zrozumienia siebie samego. Należy stwierdzić, że zadaniem nadania książce filozoficznej „głębi” Mentzel poradził sobie najsłabiej. Ambicje, aby swoje dzieło uczynić traktatem quasi-filozoficznym nie powiodły się do końca. Owszem, podobać się może pokazanie, na własnym przykładzie, że zmiany historyczne, społeczne czy ustrojowe, które powinny nas dotykać, zmieniać i kształtować diametralnie, na bardzo głębokim poziomie – na poziomie poszukiwania tego uniwersalnego „języka” – nic tak naprawdę nie znaczą. Zapał, z jakim oddajemy się rzeczywistości, jest zawsze taki sam. Zrozumienie tego zapału, poskromienie go, jest właśnie opanowaniem tego jednego, a zarazem „wszystkich języków świata”.

Pomijając tę filozoficzną „otoczkę”, którą autor ozdabia swoje życiowe losy, pozostają pozostałe płaszczyzny. Jest w książce Mentzela bardzo zgrabnie „narysowany” portret inteligenckiej rodziny ze skomplikowanymi relacjami małżeńsko-rodzicielskimi, które stanowią fabularną oś książki. Mamy też obraz rzeczywistości PRL-u i wczesnego kapitalizmu lat 90. Tutaj Mentzel prezentuje spory kunszt w wyłapywaniu różnych smaczków i szczegółów codzienności tych czasów – niektóre fragmenty czyta się z wielką radością. Dodatkowo mamy w tej książce kolejną sprawnie opowiedzianą historię dojrzewania z następującymi po sobie inicjacjami: społeczną, erotyczną, polityczną itd.

Dlaczego w takim razie nie może człowiek, pomimo najszczerszych chęci, zachwycić się tą książką? Może właśnie dlatego, że zbyt wiele intencji i zamiarów przyświecało autorowi. Być może efekt zepsuło bogactwo, które wtedy można docenić, kiedy jest przedstawione w sposób perfekcyjny, a ta sztuka przysługuje geniuszom.

„Wszystkie języki świata” to bardzo dobra książka. Zgubiły ją trochę entuzjastyczne recenzje tak zwanego „środowiska”, które rozbudziły zbyt mocno nadzieje czytelników. Piątka, ale – na szczęście – bez entuzjazmu.

Komety „Akcja V1”

W wywiadach promujących płytę wokalista i lider Komet Lesław tłumaczy, dlaczego nowe wydawnictwo zespołu nosi tytuł „Akcja V1”.

 

Chodzi o akcję polskiego zbrojnego podziemia podjętą w czasie okupacji hitlerowskiej, której celem było zniszczenie niemieckich rakiet V1 i V2. W znacznym stopniu zmieniła ona losy II wojny światowej. Tytuł ma znaczenie symboliczne. Spełniło się marzenie Hitlera – Polacy są tanią siłą roboczą wykorzystywaną przez Zachód. Polskie media lansują „gwiazdy”, którzy podrabiają obce wzorce. Tracimy tożsamość narodowa. To wymaga podobnej akcji.

Zarówno w przytoczonym powyżej wyznaniu, jak i na nowej płycie Komet dominuje Akcja V1nastrój goryczy, zniechęcenia, żalu i smutku. Gorycz ta ma różne przyczyny: może nią być poczucie odklejenia od rzeczywistości, na którą jest się skazanym (Wyglądasz źle), konieczność dokonywania bolesnych kompromisów, będących ceną za obecność w szołbiznesie (Nie ufaj nikomu), bezwzględny świat przemysłu fonograficznego (Nikt nie kupuje twoich płyt). Lesław krytykuje też gorzko „produkty” owego przemysłu w punkowym Pozerze; Nie masz swojego stylu, poprawiasz innych styl, jesteś nieudaną kopią kogoś kim nie możesz być.

I nawet piosenki optymistyczne przejawiają właściwą osobowości Lesława pozycję przegranego outsidera. Jeden z najlepszych utworów na płycie, Wreszcie w ciąży, to historia desperackiej walki z samotnością, na którą antidotum jest dziecko. Samotna dziewczyna patrząca na test ciążowy i płacząca ze szczęścia, że już nigdy więcej nie będzie musiała być sama.

Płyty Komet od zawsze pozostawiały wiele do życzenia, gdy idzie o spójność. Całkowitym nieporozumieniem są zarówno utwory instrumentalne, jak i piosenki po angielsku. Lesław, którego bez wahania można nazwać poetą polskiego rokendrola, marnuje w ten sposób po prostu miejsce na – i tak krótkiej – płycie.

Akcja V1 to wydawnictwo bardzo nierówne. Są momenty olśniewające, jak dwie podobne stylistycznie i tekstowo miejskie ballady: Wyglądasz źle oraz Spotkajmy się pod koniec sierpnia, opowiadające o samotności w wielkim mieście, umykających wakacjach, marzeniach o ucieczce i niemożliwości realizacji marzeń. Nie pogniewałbym się, gdyby cała płyta brzmiała w ten sposób. Zabierz mnie do domu to tradycyjny rokendrolowy numer, chwilami nawet trochę glam-rockowy, przypominający niektóre momenty brytyjskiej muzyki lat 70. Z kolei Nikt nie kupuje twoich płyt to ryzykowna, acz udana, stylizacja na muzykę swingową, piosenka zaaranżowana tylko na instrumenty perkusyjne i kontrabas. Nie ufaj nikomu i Pozer z kolei to energetyczne rockabilly przypominające późne dokonania legendarnej, nieistniejącej Partii. Najnowocześniejsze harmonie prezentują Komety w Nie ufaj nikomu, który to utwór przypomina nieco dokonania współczesnych zespołów new-punkowych, bo pobrzmiewa w nim trochę Strokesów, trochę Interpolu.

Różnorodność stylistyczna z jednej strony i spójność nastroju z drugiej, to chyba najbardziej odpowiednia charakterystyka Akcji V1. Nie widzę tutaj potencjału dywersyjnego, do czego nawiązuje tytuł płyty. Szkoda, że swoją inspirującą gorycz Lesław wylewa w tak wielu kierunkach. Lepiej by było, gdyby smutek i zniechęcenie towarzyszyło Kometom szybującym w kierunkach słów-kluczy: miasto, samotność, Warszawa. Miejskie outsiderstwo wychodzi Lesławowi zdecydowanie najlepiej.

 

Mariusz Urbanek „Zły Tyrmand”

Ten tekst powinien powstać już jakiś czas temu, bo po nową książkę o Tyrmandzie sięgnąłem niedługo po ukazaniu się. „Zły Tyrmand” nie jest typową książką biograficzną – to zbiór kilkudziesięciu szkiców-opowieści o legendarnym Tyrmandzie opowiadanych przez różne osoby powojennej „Warszawki”, skrzętnie zanotowanych przez autora.

Tytuł jest nieco prowokacyjny. Ta gra słów wykorzystująca tytuł najsłynniejszej powieści napisanej przez Tyrmanda, jednocześnie wskazuje na cele, które książka miała spełniać w zamyśle autora. Tyrmand widziany z perspektywy jego znajomych i przyjaciół, którego przedstawia książka Urbanka, to Tyrmand „odbrązowiony”. Ta książka spełnia rolę kontrapunktu dla postaci Tyrmanda, którą on sam wykreował w słynnym „Dzienniku 1954”. Jednym z ważnych wątków książki jest zresztą problem autentyczności „Dziennika”. Wielu twierdzi, że został on napisany już po wyjeździe Tyrmanda na emigrację i stanowi przemyślaną i świadomą autokreację.

Autorów książki „Zły Tyrmand” jest – jak już wspomniałem – wielu. Towarzysze barwnego życia „pierwszego bikiniarza PRL” w kolorowej – pomimo komunistycznej siermiężności – Warszawie lat powojennych, opowiadają o Tyrmandzie często z kpiną i pobłażliwością, jednocześnie nie umniejszając roli, taką w ówczesnym towarzystwie pełnił autor „Złego”. W jego groteskowym i demonstracyjnym na tle innych sposobie ubierania, sposobie życia i bujnym życiu erotycznym, odnajdują pełną premedytację i całkowitą kontrolę nad życiem. Kontrolę, która była niesamowicie ważna w czasach, kiedy wszelkie okoliczności skłaniały ku konformizmowi i poddaniu się „duchowi dziejów”. Więc nawet anegdotyczne niefrasobliwości i groteskowość Tyrmanda wzbudza wśród wspominających go respekt.

Niewątpliwym atutem książki jest barwny obraz życia towarzyskiego Warszawy wczesnego PRL-u. Ilość barwnych, wybitnych i znaczących postaci, które okupowały ówczesne knajpy i nieliczne wówczas kluby muzyczne jest wręcz niewiarygodna. Niech wspomnę tylko o pięknej, nieznanej mi wcześniej opowieści Agnieszki Osieckiej. Otóż pewnego razu spotkała, sporo od niej starszego, acz nieprzyzwoicie już popularnego Tyrmanda, na balu maskowym w warszawskim Liceum Stefana Batorego. Tyrmand przysiadł się do Osieckiej, gdy partner, z którym przyszła, gdzieś na chwilę zniknął. Powiedział jej wtedy „Dziewczyno, jeśli ty sobie wyobrażasz, że on się z tobą ożeni, to znaczy, że jesteś naprawdę głupia”. W książce „Zły Tyrmand” Osiecka po raz pierwszy zdradza, że tym chłopakiem, o którym mówi Tyrmand, jest Marek Hłasko. Podobnie smakowitych anegdot jest w tej książce wiele.

To niewątpliwie ważna pozycja na półce książek Tyrmanda i o Tyrmandzie. Nie przewraca ona jednak na głowę tego, co o Tyrmandzie już wiedziano. Być może największa jej wartość, to kolejna próba przedstawienia „warszawki” lat pięćdziesiątych XX wieku. Pierwszą podjął sam Tyrmand w „Życiu towarzyskim i uczuciowym” i zrobił to z sarkazmem i żółcią. Obraz malowany przez znajomych i towarzyszy Tyrmanda jest zdecydowanie bardziej pozytywny.

Książka „Zły Tyrmand” to lekka lektura dla miłośników Tyrmanda i powojennej Warszawy. W tym sensie nie stanowi raczej poważnego materiału historycznego, a raczej garść wspomnień o legendarnym pisarzu. Dlatego zamysł „odbrązowienia” Tyrmanda nie do końca się udaje, z racji właśnie ulotnej, „mozaikowej” konstrukcji książki. Lektura pozostawia więc garść anegdot, często dowcipnych i kolejny obraz pokolenia, które kilka lat po wojnie potrafiło cieszyć się życiem, bawić i kochać.