Hendrik Groen „Małe eksperymenty ze szczęściem Hendrika Groena, lat 83 i 1/4”

Hegroenndrik Groen nie istnieje. Autorem tego zabawnego i momentami wzruszającego dziennika – zapisu trzystu sześćdziesięciu dni pobytu w amsterdamskim domu spokojnej starości jest sześćdziesięciolatek Peter de Smet. Stworzenie tak autentycznego świadectwa życia ponad osiemdziesięciolatka przez osobę dwadzieścia lat młodszą okazało się możliwe i zakończyło się sukcesem. Książka brylowała na szczytach list sprzedaży w holenderskich księgarniach.

Jednych książka wzruszyła, innych rozbawiła. Nie jest to jakiś humor wybuchowy, nie ma łez zalewających kartki książki. Ale jest ten dziennik (mimo, że fikcyjny) dowodem na to, że życie w domu starców może być ciekawe.

Peter de Smyt sprytnie łączy konkret z wymyślonymi postaciami i fabułą. Pojawiają się tu odniesienia do rzeczywistości holenderskiej, europejskiej i światowej 2013 roku. Z mojej perspektywy bardzo ciekawe są spostrzeżenia bohaterów dotyczące zmian obyczajowych, jakie dokonały się za ich życia. Na przykład – Hendrik Groen gardzi emigrantami z Południa i Wschodu, a także chciałby zasłonięcia na nowo Żelaznej Kurtyny, ale znacznie bardziej ceni wieloetniczny personel domu starców, niż holenderskie towarzystwo zarządzające tą instytucją. Pokazuje też, z dużym krytycyzmem, politykę Holandii wobec osób starszych, mimo, że ten kraj ma jeden z najlepszych na świecie systemów tej opieki.

Książka to także lekko napisane studium problemów, jakie napotyka niszczejące ciało osiemdziesięcioletniego mężczyzny, a także funkcjonowania osób starszych w pokoleniu, gdzie wciąż działa kult młodości, mimo że za kilkanaście lat takie państwa, jak Holandia, będą zamieszkane głównie przez starców.

Okazuje się też, że w domu starców można stworzyć całkiem ciekawą fabułę. Autor dziennika jest jednym z uczestników elitarnej grupy pensjonariuszy domu, którzy postanawiają stawić czoła bliskiej śmierci i organizują swój czas aktywnie. Poza wycieczkami, dziennik jest pełen relacji z nierzadko zakrapianych imprezek, jakimi raczy się towarzystwo. Jest też postawienie się machinie biurokratycznej, są intrygi, koalicje, impertynencje, ale również sympatie i miłości.

Jest to jednak przede wszystkim opis umierania i stawiania (lub nie), śmierci. Relacja pełna swady i humoru. Relacja wesoła i przyjemna w odbiorze, choć poświęcona najtrudniejszemu wyzwaniu, z jakim mierzy się człowiek. Śmierci.

Reklamy

Heinrich Bernd – Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci

wieczne__ycie

Po tej zakupionej w promocji książce spodziewałem się informacji o tym, jak zwierzęta znoszą śmierć w sensie psychologicznym: czy o niej myślą, jak się do niej przygotowują, na czym polega lęk zwierząt przed umieraniem itp. Sama w sobie kwestia ta jest interesująca. Otrzymałem jednak coś znacznie – jak się okazało – ciekawszego. Książka Bernda opowiada o gniciu, rozkładzie, zjadaniu zwłok, czyli o najistotniejszym w świecie przyrody procesie przemiany martwego w żywe.

Kiedy umiera człowiek, wkładamy go albo do drewnianego pudła albo do gorącego pieca. W pierwszym przypadku, odwieczne procesy zachodzące w przyrodzie są po prostu spowolnione. W przypadku kremacji nie tylko wpuszczamy w środowisko masę szkodliwych substancji, ale dodatkowo pozbawiamy przyrodę jej naturalnego budulcja w postaci zwłok, które mogłyby pożywić miliony innych organizmów zwierzęcych i roślinnych.

Kiedy umiera zwierzę, jego zwłoki stają się prawie natychmiast pożywieniem dla wielu organizmów: od mikroskopijnych bakterii, przez owady, grzyby, chrząszcze, szczury, ptaki, po małe i wielkie drapieżniki. Dla wielu z nich – na przykłąd muchówek – truchła zwierzęce są jedynym miejscem, gdzie mogą one składać jaja.

Zainteresowanie Berndta tym tematem pojawiło się wtedy, gdy jego przyjaciel zażyczył sobie “zielonego pogrzebu”, co sprowadza się do pozostawienia zwłok naturze. Nawiasem mówiąc, praktyki takie są zabronione prawem właściwie wszędzie. Od tej pory autor rozpoczął eksperymenty i obserwacje polegające na szczegółowym badaniu procesów zachodzących w rozkładających się ciałach i gości, którzy wizytują martwe organizmy.

Gdyby nie zjadanie zwłok, życie na Ziemi byłoby niemożliwe. Zwierzęta współpracują ze sobą w tym potrzebnym zadaniu, dzielą się pożywieniem, pomagają sobie nawzajem. Tworzy to fascynujący system, który opisuje Bernd, a Michał Szczubiałka pięknie przełożył.

Autora szczególnie interesuje porządek i celowość tego procesu. Od pierwszych minut po śmierci, kiedy ciało jest jeszcze ciepłe do momentu, gdy pozostaje po nim wyczyszczony do bieli szkielet (a to przecież nie koniec), wszystko odbywa się jakby według ustalonego planu. Berndt z upodobaniem zbiera więc z szosy potrącone przez samochody sarny, szopy, jeże i lisy, wykłada je w spokojnym miejscu, które łatwo obserwować, i opisuje spontaniczną realizację tego idealnie zorganizowanego planu.