Wojciech Staszewski – ojciec.prl

56bb8886032df

Jest to książka o dwóch sprawach i właściwie nie wiadomo, która z nich jest ważniejsza. Pierwsza sprawa to ojcostwo, a druga sprawa to PRL. Staszewski chciał, aby jedna z drugą się zgrabnie połączyła, ale mu to nie wyszło. Nie pomniejsza to wartości tej książeczki, która sama w sobie jest wspaniała.

Czytałem tę powieść chcąc nie chcąc przez pryzmat kompletnie nieudanych “Znaków szczególnych”. To, co zupełnie nie udało się Paulinie Wilk i za co z kompletnie dla mnie niezrozumiałych powodów zebrała górę nagród, Staszewski zrobił w ojcu.prl genialnie. I choć chronologicznie bliżej mi do lat osiemdziesiątych opisywanych przez Wilk, to zdecydowanie bliższe mojej wrażliwości są obrazy dojrzewania starszego ode mnie o dekadę Wojtka Staszewskiego. I to jego opowieść kupuję w całości.

Kupuję też pomysł Staszewskiego, który skonstruował swoją opowieść na krótkich impresjach plączących peerelowską przeszłość z teraźniejszością. Powroty do lat 70. kiedy ojciec bohatera zabierał go na piesze wędrówki górskie przeplatają się z mocnie dosłowną relacją z powolnego umierania tegoż taty.

Trzeba tu docenić konsekwencję w unikaniu nostalgii i cukierkowania PRL-u, które często zdarzają się u piszących powieści o dzieciństwie. Staszewski pisze o nim raczej jako o pasmie zmagań z oporną naturą rzeczywistości tych czasów, ale również jako o nieustannym zmaganiu i walce z tymże ojcem, o nagłej śmierci matki, o gospodarce permanentnego niedoboru.

Dzieciństwo w tej Bildungsroman nie jest, na szczęście, usłane z miękkich poduszek. Nigdzie wcześniej nie spotkałem się z tak autentyczną jak u Staszewskiego relacją z dojrzewania seksualnego i tak wprost opowiedzianej monotematyczności świata nastolatka odkrywającego świat płci przeciwnej. W pewnym wieku naprawdę wszystko się kojarzy z seksem i Staszewski jest jednym z niewielu, którzy mają odwagę to powiedzieć.

Z rzeczy ważnych, o których mówi ta książeczka, najważniejszą jest wnikliwe studium relacji ojciec-syn, którą autor bardzo dobrze zrozumiał i opowiedział, zgrabnie balansując miedzy uniwersalnością a autobiograficznością. Nie jest to opowieść uniwersalna – opisuje sytuację rodziny wyjątkowej. Nie jest to też opowieść całkowicie subiektywna – opisuje problemy, które są chyba powszechne w relacjach ojca z synem.

Sprawy z rodzicami są prawie zawsze skomplikowane i chyba nigdy nie oparte na bezwarunkowej miłości i pełnym oddaniu. Staszewski pisze o tym bez udawania, na przykład wtedy, gdy zdaje relację z pielęgnacji zaszczanego i osranego ojca, w pełnej fazie demencji rzucającego bluzgi na swojego syna. Ale również wtedy, gdy ten ojciec, trzydzieści lat wcześniej, ponad obowiązki ojcowskie wybiera romanse i bujne życie towarzyskie.

Chociaż zawsze czytam reportaże Staszewskiego w Wyborczej i cenię jego działalność popularyzującą jogging, to jest on dla mnie przede wszystkim niedocenionym autorem genialnych piosenek w duchu Dylanowskim, krążących przez cały czas gdzieś po sieci. Pojawiające się w tej twórczości wątki kolejek podmiejskich, celestynek w koszulkach Nirvany i barów piwnych trafiają wprost do mojego serca. Podobnie trafiły doń reminiscencje Staszewskiego z dojrzewania w socrealizmie zgromadzone w tej skromnej, ale pełnych cudownych magdalenek książeczce.

Mariusz Urbanek – Broniewski. Miłość. Wódka. Polityka

Broniewski. Miłość, wódka, polityka - Mariusz UrbanekPrzeczytałem tę biografię wielkiego polskiego poety z prawdziwą przyjemnością. Mariuszowi Urbankowi udało się napisać rzecz ważną i uczciwą, nie tylko wobec Władysława Broniewskiego, wokół którego dzięki ideologom PRL-u, jak i narodowo-katolickiej prawicy narosło wiele rzadko sprrawiedliwych mitów, jak i wobec wszystkich artystów uwikłanych w historię i politykę, z którymi przyszło się im mierzyć.

Życie Broniewskiego to historia artysty, który tę batalię przegrał.

Dla żyjących współcześnie zaoferowano w szkołach dwie “wersje” Broniewskiego. Według pierwszej był to wielki poeta komunistyczny zaangażowany w umacnianie ustroju komunistycznego w Polsce i wiecznej przyjaźni polsko-sowieckiej. Patron PRL-owskich szkół, którego wiersze przozdabiały akademie ku czci komunistycznych wierszy, autor peanów Rewolucji Październikowej, Stalina i Majakowskiego. Druga “wersja” Broniewskiego, kanoniczna po 1989 roku, to ta, według której ów skompromitowany wiernopoddańczymi gestami wobec komunistów i Sowietów pisarz nie ma miejsca w niepodległej Polsce, a ślady jego świetności w postaci popierś, pomników, nazw ulic i szkół, powinny zostać jak najszybciej usunięte.

Obie te narracje, jak łatwo zauważyć, są nader uproszczone i zarazem krzywdzącego dla Broniewskiego, jako zarówno jednego z najbardziej genialnych poetów poslkich XX wieku, ale może przede wszystkim jako postaci niezwykle ciekawej osobowościowo, równie mocno skomplikowanej i tragicznej. O tym pisze Urbanek.

Propaganda PRL-owska, a za nią narodowy populizm po 89’ roku zręcznie wymazuje kluczowe dla zrozumienia postaci Broniewskiego fakty z jego rcyciekawej biografii. Szlachecko-inteligenckie pochodzenie, udział w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku w Legionach Piłsudskiego, arcynarodową wymowę sławnego wiersza “Bagnet na broń”, odsiadkę w NKWD-owskim więzieniu w 1940-41 roku, a także szereg antysowieckich gestów w okresie późniejszym.

Z pracy wyłąnia się przede wszystkim Broniewski – polski patriota, który próbuje swoją postawą łączyć ideały szlachetczyzny z wiernością sprawie socjalizmu, równości i sprawiedliwości. Ale jest to tylko jeden wycinek tego złożonego obrazu. Broniewski to – wedle tego, co pisze Urbanek –  salony romantyk, którego wyobraźnia, otwartość i potrzeba lojalności wobec przyjaciół, są ważniejsze od wszystkich ideologii. Te zasady karzą mu w rezultacie służyć po 1945 roku sprawie, w którą dawno przestaje wierzyć. To również historia poety, którego gubi słabość do sławy, potrzeba miłości i lęk przed samotnością.

Broniewski – autor jedynych pod względem rytmu i siły czterozwrotkowców – to artysta, dla którego miłość jest ważniejsza od polityki. W imię miłości do najbliższych oraz potrzeby akceptacji, decyduje się na rolę nadwornego piewcy socjalizmu w Polsce po 1945 roku, zdając sobie sprawę z absurdów i niesprawiedliwości tego systemu. Ma prawo go krytykować, bo na własne oczy widział rewolucję bolszewicką.

Urbanek nie zapomina też o tej części twórczości Broniewskiego, która dla mnie osoboście jest ważniejsza od aktywności politycznej. Bohater książki jest genialnym twórcą poezji miłosnej, doskonałym piewcą Warszawy i Płocka, skąd pochodził, obdażonym subtelną wrażliwością poetą polskiej przyrody i krajobrazu.

Broniewskiego gubi ta bezwarunkowa miłość do ideałów, w kóre wierzył, do kobiet, które kochał i do Polski, o której nigdy nie mógł zapomnieć i o której namiętnie pisał. Choć kiedyś uwielbiany, dzisiaj zostaje wyrzucony na śmietnik historii.

Reinhold Vetter – Jak Lech Wałęsa przechytrzył komunistów

Jak Lech Wałęsa przechytrzył komunistówŁadunek naiwności, jaką przesycona jest ta książka, odpowiada proporcjonalnie jej siedmiusetstronnicowej objętości. Natłok biografii Lecha Wałęsy udowadnia, że każda ideologia, każde państwo, każdy obserwator polityki, musi pochwalić się własną interpretacją życia i wyborów pierwszego przywódcy “Solidarności”. Książka, o której tu mowa, jest hagiograficzną opowieścią o Wałęsie z perspektywy niemieckiej.

Historia skromnego, polskiego robotnika z Gdańska, który “przechytrzył komunistów” jest – jak już wspomniałem – dla polskiego czytelnika tak naiwna, że aż irytująca. Co prawda Vettel, który ponoć zbierał materiały do swojego dzieła latami, nie unika wspominania o tych bardziej kontrowersyjnych fragmentach życia Wałęsy, to już ich obiektywną interpretację, czy choćby naświetlenie wyborów bohatera z wielu stron, skrzętnie pomija.

Polski czytelnik natychmiast wyczuje w tej opowieści fałsz, chyba że – podobnie jak autor biografii – jest bezkrytycznym wyznawcą Wałęsy – nieomylnego bohatera. Dla niemieckiego czytelnika będzie to lektura o romantycznym zrywie polskich robotników z przebiegłym, sprytnym wąsaczem na czele, który co rusz wodzi za nos naiwnych komunistów.

Z wymuszoną ironią pisze Vettel o słabościach Wałęsy, do których nie zalicza mataczenia we własnej sprawie, które mógł sobie darować w wolnej Polsce. Woli pisać o przekornej pyszałkowatości, czy przerośniętym nieco ego Lecha, wszystko to jednak w kontekście delikatnego żartu z bohatera – nawet tak wielcy ludzie, jak Wałęsa, miewają niekiedy drobne słabostki, zdaje się dawać nam do zrozumienia Vettel.

W historii Lecha Wałęsy nakreślonej piórem Reinholda Vettera, najnowsza historia Polski zdaje się być prosta, romantyczna, pozbawiona odcieni szarości. Z jednej strony – bohaterscy robotnicy z Wałęsą na czele walczący o wolność i lepsze warunki życia. Z drugiej strony – przebrzydli komuniści otoczeni armią brutalnych esbeków. W takim kontekście Wałęsa jest bohaterem, a czy jest nim rzeczywiście – to sprawa o wiele bardziej skomplikowana, o czym nie dowiedzą się Państwo z tej książki.

Andrzej Iwan – Spalony. Autobiografia.

Spalony - Andrzej IwanZakwalifikować tę książkę do nasuwających się na myśl kategorii jest bardzo trudno. Okładka obiecuje autobiografię. Nie jest to klasyczna autobiografia – raczej opowieść o środowisku piłkarskim końca lat 70. i 80. Ale nie jest to też opowieść o piłce sensu stricto. O czym więc? O PRL-u, nałogach, słabościach i porażkach, ale również o sukcesach, szczęściu i zwycięstwach. Książka zabawna i smutna zarazem.

Mało kto o tym pamięta, ale Andrzej Iwan był na przełomie lat 70. i 80. uznawany za wielki talent piłkarski, w skali nie tylko naszego kraju, ale w skali ogólnoświatowej. Ten najmłodszy uczestnik mistrzostw świata w Argentynie (1978) rozpoczynał karierę piłkarską w Nowej Hucie, następnie w Wiśle Kraków, dla której podbijał europejskie stadiony, potem w Górniku Zabrze, by w końcu trafić do Niemiec, Grecji i Szwajcarii.

“Ajwen” jest do bólu szczery, gdy opowiada o sprzedawaniu meczów, libacjach przed- i pomeczowych, małości oraz łapczywości trenerów i sędziów i o całym świecie ludzi, którzy – jak sam to przyznaje – dostają niewspółmiernie więcej pieniędzy, zaszczytów, oklasków, niż na to zasługują.

Jest to więc książka śmieszna i straszna zarazem. Obalająca szereg pięknych mitów o piłkarskich herosach stroniących od używek, o nieprzekupnych sędziach i o profesjonalnych trenerach. Choć Iwan zatrudnił ghost-writera, życie piłkarza opowiadane jest prostym językiem, nie stroniącym od bluzgów. Życie przegrane, trzeba przyznać, ale to piękna katastrofa.

Jacek Borcuch – Wszystko, co kocham

W polskim kinie trwa moda na Polskę Ludową . Tym razem jednak – choć za oknami mróz jak w „Dniu złym”, a w mediach historie raczej „enenowskie”, jeśli nie „rewersowe” – jeden z najbardziej ponurych okresów powojennej Polski zostało pokazany w formie Bildungsroman. „Wszystko, co kocham” to historia dziejąca się pomiędzy majem 1981 a majem 1982 w Gdańsku. Janek (Mateusz Kościukiewicz) jest wokalistą zespołu punkrockowego o łatwej do rozszyfrowania nazwie „WCK” i razem z kolegami planują wyjazd na festiwal rockowy do Koszalina. Janek ma ojca-wojskowego (Andrzej Chyra), dziewczynę Basię (Olga Frycz), przyjaciela Kazika (Jakub Gierszał) i dużo, naprawdę dużo entuzjazmu. Beztroskie dorastanie, bunty, pierwsze miłości, inicjacje seksualne, rozmowy o życiu i wielkie plany zostają jednak brutalnie zdławione przez stan wojenny. Świat dorosłych, polityka i historia wkraczają brutalnie w słoneczny świat Janka i jego przyjaciół i depczą ich marzenia. Kulminacyjnym momentem filmu jest bal maturalny, na którym oczywiście i nie bez przeszkód, występuje WCK, a Janek i jego koledzy dają prztyczka stanowi wojennemu, światowi dorosłych, polityce i historii na raz.

Jak widać, nic w tym wszystkim odkrywczego. Więcej – wygląda to na wielki banał. Jeśli dodamy do tego bardzo naiwną i „naturszczykową” grę głównych aktorów (Kościukiewicz mówi swoje kwestie niewyraźnie, jakby od niechcenia, a Olga Frycz przez cały film wygląda na zawstydzoną faktem, że w ogóle występuje na planie filmowym), to może to wyglądać na kompletną porażkę. I – dla wielu – ten film jest klapą właśnie z powodu naiwności, idealizowania „świata przedstawionego”, pozbawionej aktorskiego sznytu gry najważniejszych aktorów.

W rzeczywistości jednak pomysł Borcucha został zrealizowany bardzo świadomie i z powodzeniem. We „Wszystko, co kocham” chodzi o wyidealizowanie i spłaszczenie świata, który w powszechnie funkcjonującym mniemaniu i według tzw. prawdy historycznej, był zagmatwany, ponury i trudny. Pokolenie, którego reprezentantem jest Borcuch, chce oglądać świat swojego dzieciństwa i młodości tak, jak je zapamiętało. Za dziesięć lat będzie się kręcić filmy idealizujące przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gotów się jestem o to założyć.

Szkoda, że głównym bohaterem nie jest w tym filmie muzyka, czego bardzo oczekiwałem. Sceny prób i koncertów WCK są jednymi z najlepszych w filmie (poza bębniarzem, wszyscy aktorzy grający muzyków, specjalnie nauczyli się grać na instrumentach, a do nagrań użyto sprzętu sprzed trzydziestu lat). Warto też podkreślić, że – wbrew wielu opiniom – film nie jest zupełnie oderwany od realiów politycznych i ich złożoności. We „Wszystko, co kocham”, dramat polskich żołnierzy, zmuszonych do patrolowania ulic i egzekwowania postanowień stanu wojennego został przedstawiony bardzo uczciwie (tragiczna postać ojca Janka granego przez Chyrę, żołnierze – rówieśnicy bohaterów filmu).

Bezpośrednio po seansie byłem wkurzony na reżysera za to, że wygładził i uładnił rzeczywistość początku lat osiemdziesiątych w Polsce. Bohaterowie wydawali mi się tak naiwni i bezwarunkowo optymistyczni, że aż głupi. Myliłem się w swojej ocenie i teraz uważam, że jest to bardzo prawdziwy i szczery obraz. Pewnie dlatego, że żyjemy dzisiaj w świecie bardziej user-friendly, a pomimo to nie potrafimy się cieszyć ani morzem, ani majem, ani muzyką, ani oranżadą.

Jacek Głomb „Operacja Dunaj”

Komedia wcale nie musi być śmieszna, aby była udana. Przypominam sobie chociażby „Zezowate szczęście” Munka, komedię niesamowicie smutną, a jednocześnie stanowi jedno z najwybitniejszych osiągnięć polskiej kinematografii. „Operacja Dunaj„, oparta na ponoć autentycznych wydarzeniach opowieść o zagubionym gdzieś w czeskiej prowincji czołgu podczas polskiej inwacji na Czechosłowację w sierpniu 1968 roku, jest nieśmieszną komedią, ale – jak się okazuje – to żaden problem.

Nie myli się recenzent „Najwyższego Czasu” stawiający tezę, że film – który w zamierzeniu miał być parodią polskiego kina  wojennego, okraszoną żołnierskim, sztubackim humorem, uratowali czescy aktorzy na czele z Jiřím Menzelem, który wcielił się w rolę zawiadowcy. Gdyby nie Menzel, film byłby mało odkrywczym skrzyżowaniem „Czterech Pancernych” z „Jak rozpętałem drugą wojnę światową„. Świadczą o tym otwierające fragmenty filmu, pokazujące wyruszające z koszar polskie wojska. Poza dużą ilością „kurew” i „dup” oraz sytuacyjnymi żartami z cyklu „bohater upadający z dużej wysokości na tyłek podczas podglądania żony romansującej z innym”, film jest żenujący do momentu, kiedy na ekranie pojawiają się czescy aktorzy.

Polski czołg „Biedronka”, pamiętający jeszcze czasy zwycięskiego marszu na Berlin, myląc trasę na Hradec Kralove, dociera do zapadłego czeskiego miasteczka, burząc jego spokojne, sielankowe i powolne życie. Mieszkańcy, z początku traktujący intruzów nieufnie, z czasem nawiązują z nimi coraz bliższe, a niekiedy wręcz intymne, stosunki.

Z konfrontacji polskiego i czeskiego aktorstwa zwycięsko dla strony polskiej wypada Maciej Stuhr. Rolę Tomasza Kota należy pominąć miłosiernym milczeniem. Mało przekonujący jest też Zbigniew Zamachowski, próbujący bez powodzenia  naśladować kogoś w rodzaju Louisa de Funèsa. Uroku filmowi dodają przede wszystkim kreacje czeskich aktorów. Świetny jest Bolek Polívka, Rudolf Hrušínský wręcz brawurowo gra Pana Kulkę, a rola Evy Holubovej spokojnej, acz zdecydowanej właścicielki gospody, chyba najbardziej przekonująco pokazuje różnicę w temperamentach między narodami czeskim i polskim. Bardzo fajna jest też rola Marthy Issovej, jako Petry. Początkowo bojowo nastawionej do Polaków „dziewczyny w spodniach”, aby w końcu…

Reżysera filmu Jacka Głomba ratuje więc Mentzel i jego czescy koledzy, którzy wnieśli do tej mało śmiesznej komedii czeski „magiczny realizm”. Z połączenia polskiej rubaszności i sztubackości z czeskim spokojem, melancholią i ciepłem powstał naprawdę miły w odbiorze, sympatyczny i – po prostu – miły film.

Jan Błoński, Sławomir Mrożek, „Listy 1963-1996

42219

Ten liczący z górą trzydzieści lat historyczny  zapis korespondencji dwóch przyjaciół-literatów zainteresował mnie z powodów bardzo aktualnych. Mam bowiem wrażenie, że tak jak druga wojna światowa przestała być dla współczesnych pokoleń wydarzeniem niejako je definiującym, tak nie przestaje nim być okres PRL-u. Czy to bezpośrednio, przez teczki, podpisy i wspomnienia przesłuchań, czy też na płaszczyźnie bardziej symolicznej, Polacy pierwszej dekady XXI wieku borykają się z prawie pięćdziesięcioletnią spuścizną Polski Ludowej. I, co nietrudno dostrzec, borykają się z nią bezowocnie, potykając się co kroku o swą nieodległą przeszłość, a brzydkie strupy po tych potknięciach za nic nie pozwalają się goić.

Tak właśnie, to nie blizny a strupy pozostawia na naszej zbiorowej tożsamości PRL. Powierzchowne, a jednocześnie dolegliwe, bo nieustannie swędzące zadraśnięcia,  które dla jednego nie stanowią żadnej uciążliwości, a dla innego – przeszkodę nie do pokonania w codziennym życiu. Wszystko zależy od wrażliwości.

To właśnie Błońsko-Mrożkowe zmagania z PRL-em mogą stanowić klucz do rozwikłania problemu posocjalistycznych strupów na polskich kolanach. Listy, które ci dwaj przyjaciele wymieniali szczególnie intensywnie w latach 60. XX wieku, kiedy to Mrożek przebywał we Włoszech, a Błoński kursował pomiędzy Francją a Polską, stanowią dokument nie do przecenienia. Oto unikalny w skali polskiej literatury powojennej tekst ludzi uwiłkanych po uszy w PRL pisany z perspektywy czasowego lub stałego emigranta.

Lektura codziennej korespondencji, tak intenstywnej i prowadzonej przez osoby sobie bliskie, to wyzwanie dla amatora. Jednak listy Błońskiego i Mrożka z nawiązką wynagradzają trud zmierzenia się z tym kilkusetstronnicowym tomem. Oczywiście, najciekawiej jest wtedy, gdy przyjaciele zbaczają z tematów osobistych i, wówczas, aktualnych, podejmując problemy z pogranicza społeczeństwa, kultury i polityki. Szczególnie cenne są uwagi Mrożka, który – choć pozostając poza krajem – zachowuje głębokie wewnętrzne zaangażowanie w sprawy polskie i nawet ze znacznej odległości geograficznej, głęboko angażuje się emocjonalnie w Polskę. Czyni to jednak z nie dającym się przecenić dystansem i ironią (przede wszystkim tą auto-).

Autorzy i zarazem bohaterowie korespondencji zmagają się z PRL-em w sposób, którego nie możemy zarzucić dzisiejszym lustratorom. Robią to bowiem z wdziękiem i lekkością, a zarazem namysłem i umiarem. Dylematy moralne, na które dzisiaj patrzymy z perspektywy teczek i IPN-owskich dochodzeń, dotyczyły Mrożka i Błońskiego bezpośrednio, choćby z powodu wielokrotnych wyjazdów za granicę i związanej z tym konieczności wydania paszportu. Zaskakujące, że w tamtej, niewesołej rzeczywistości Gomułkowskiej Polski lat 60., na przymusowym wygnaniu, można zachować racjonalizm, lekkość i ironię, których tak brakuje dzisiejszym arbitrom w historycznych sporach, którzy zamiast zaczytywać się Dostojewskim, powinni zacząć od spojrzenia na siebie samych i lektury Mrożka.

Notatki robione podczas lektury.