Piotr C. „Pokolenie Ikea” i „Pokolenie Ikea.Kobiety”

978-83-8083-446-0

Przeczytałem książki Piotra C. z kilkuletnim opóźnieniem. Sądząc po docierających szczątkowo komentarzach i opiniach zakładałem wcześniej, że mamy tu do czynienia z jakimś internetowym, wulgarnym rzygiem i że nie ma w ogóle się czym interesować.

A jednak. Jest się czym interesować, bo te dwa teksty to nie tylko bodaj najcelniejszy portret warszawskich 30-latków, z jakim się zetknąłem, nie tylko znakomite teksty obyczajowe o relacjach kobieco-męskich, ale – na co mało kto zwraca uwagę – również fajne współczesne powieści miłosne. Mówiąc wprost – są to romanse.

O tych dwóch książkach napisano już praktycznie wszystko. Najczęściej poddawano je druzgocącej krytyce za wulgarność, seksizm, generalizacje i mizoginizm. Nie pasują one do kanonów literackiej poprawności tradycjonalnych krytyków „literatury pięknej”, dla których język, prosta („prostacka”) forma i minimalistyczny styl są absolutnie nie do zaakceptowania. Nie pasują one kręgom postępowej lewicy za jawny seksizm, stawanie w poprzek politycznej poprawności i radykalny (choć moim zdaniem pozorny) mizoginizm głównego bohatera. Nie będą one również pasowały prawicy, bo główne postaci z wartościami przez nią wyznawanymi mają, delikatnie mówiąc, mało wspólnego. Są więc te książki sierotami, skazanymi na hejt ze wszystkich stron.

Główny bohater książek, Czarny, jest prawnikiem. Pracuje w jednej z warszawskich kancelarii na stanowisku średniego szczebla. Prywatnie jest mieszkającym samotnie singlem prowadzącym dość intensywnie hedonistyczne życie, którego głównym motywem są kobiety. Dużo kobiet. Nie jada w domu, wieczory spędza w mieście, jego mieszkanie (na kredyt oczywiście) służy mu jako sypialnia, najczęściej w towarzystwie kolejno poznawanych kobiet.

Najbliższa koleżanka Czarnego nazywa się Olga. Olga stara się prowadzić zdrowe i uporządkowane życie, które w końcu osiągnie swoją kulminację w postaci szczęśliwej rodziny z dwójką dzieci. Jako, że nie bardzo to Oldze wychodzi, udaje ona, że zupełnie jej na tym nie zależy.

Olgę i Czarnego są jednocześnie kolegami z pracy, przyjaciółmi, którzy się wiecznie kłócą i fuckfriends od czasu do czasu. Łączy ich magnetyzująca relacja skłaniająca przez cały czas czytelnika do pytania: „kiedy oni w końcu będą ze sobą?”. Uważam, że jest to główna linia narracji tych dwóch powieści, sprawiająca, że są one przede wszystkim romansami.

„Pokolenie Ikea” i „Kobiety” to również niezwykle celny obraz Warszawy – miejsca, w którym trudno po dziesięciu godzinach spędzonych za biurkiem korporacji wrócić do domu, zjeść serek homogenizowany i położyć się spać. Tutaj po pracy idzie się na jedno albo lepiej pięć piw albo kupuje wino w markecie po to, aby wypiwszy je przy jakimś serialu, położyć się spać na kilka godzin, by następnego dnia powtórzyć ten wyniszczający rytuał. Rytuał zasłonięty dobrymi ubraniami i perfumami, a podkrążone oczy zamaskowane makijażem lub kremem za dwie stówy.

W opiniach, recenzjach i komentarzach dużo jest o tym, że książki obnażają obraz kobiet w oczach mężczyzn. Mimo, że narracja prowadzona jest przez faceta, to w równym stopniu obnaża ona obraz facetów w oczach kobiet, a właściwie to, jakie kobiety mają oczekiwania wobec facetów. Dokładnie zaś, obnażają szereg kobiecych ambiwalencji, sprzeczności, idiosynkrazji i wahań.

Tak, są to książki krytyczne wobec kobiet, ale nie seksistowskie. Raczej szczere do bólu, balansujące między brutalnym realizmem a romantyzmem. Niewątpliwie są to książki o miłości. Polecam je wszystkim wielbicielom naturalistycznych romansów.

Reklamy

Piotr Czerski „Ojciec odchodzi”

Tym razem są to bardzo spóźnione uwagi, bo książkę Czerskiego przeczytałem prawie natychmiast po ukazaniu się. I obawiam się, że mogą to być też uwagi przedawnione, bo książka opowiada o rzeczach prawdopodobnie już nieaktualnych. Jednak warto się nad nią zatrzymać, bo chyba ta nieaktualność jest z perspektywy dwóch lat od momentu wydania jej największą wartością.

„Ojciec odchodzi” to bardzo nihilistyczna opowieść o tzw. pokoleniu JP2. Przyjazd bohatera na stypendium do Krakowa zbiega się z umieraniem i śmiercią papieża. Bohater pije wódkę, przetacza się z jednego miejsca do drugiego i najwyraźniej próbuje „przepisać” przeczuwany pokoleniowy „milestone” na swoje, mało religijne życie. Najbardziej zapadającą w pamięci sceną jest ta, w której pijany bohater idzie pod prąd wielotysięcznych tłumów, zmierzających na mszę w intencji zmarłego Wojtyły. Scena to ważna, bo wyrażająca ogromne odklejenie od narodowo-katolickiej histerii, która tak często uruchamia się w tym narodzie. Wobec tego – z dzisiejszej perspektywy – tragikomicznego, a na pewno powierzchownego, ogólnonarodowego poruszenia nie można się było buntować. Być może to, co robi bohater i jego najomi jest wyjściem najlepszym z możliwych, być może najlepiej jest po prostu zdrowo przyciąć….

Tak, na pewno ta książka jest wartościowa z powodu swojej nieaktualności. Jeszcze dwa lata temu mogła uderzać swoim nihilizmem i być może sprawiać wrażenie manifestu pokolenia anty-JPII. Dzisiaj okazuje się, że niczego takiego nigdy nie było, a to, co naprawdę trwałe, w tym pokoleniu to trójdniowy alkoholowy maraton, od piątku do niedzieli, gorzka żołądkowa, cały stół w ogórkach, kolejki do knajpianych toalet i lipcowe ogródki okupowane do szóstej nad ranem. Piwo z nalewaka okazało się trwalsze od Największego Polaka w Historii.