Tomasz Konatkowski – Przystanek śmierć

Przystanek śmierć - Tomasz KonatkowskiGotów jestem zaryzykować tezę, że debiutancka książka Konatkowskiego nie jest kryminałem w ścisłym sensie tego słowa, a jeśli już nim jest, to stanowi on swoistą narracyjną przykrywkę dla pisarskich potrzeb innego rodzaju. Żywiołem pisarza nie jest ani zaskakująca kryminalna fabuła, ani dialogi. Te ostatnie drażnią nawet niekiedy swoją drewnianą konstrukcją.

Z tychże powodów podjęcie tej kikusetstronnicowej lektury zaczyna się od obawy, czy aby te kilkanaście godzin nie będzie czasem zmarnowanym. Szybko jednak okazuje się, że “Przystanek śmierć” to napisana z encyklopedyczną dbałością o szczegóły powieść o współczesnej Warszawie.

Postać głównego bohatera jest nudna. Komisarz Adam Nowak jest pozbawionym jakichkolwiek ekscentryczności facetem przed czterdziestką. Oczytany i osłuchany, zainteresowany Warszawą, zmaga się ze swoją własną smugą cienia. Prowadząc drobiazgowe śledztwo poszukuje bandyty grasującego na warszawskich przystankach tramwajowych. Dochodzenie jest wielowątkowe, pełne ślepych uliczek, fałszywych tropów, słowem, nudne.

Konatkowskiemu udaje się pogodzić niewiarygodną wręcz drobiazgowość opisu policyjnych procedur, szczegółów warszawskich przestrzeni, współczesnej obyczajowości, asorytymentu sklepów, zawartości albumów z muzyką, z nie dającą możliwości nudy wartkością akcji. Nie jest to naturalizm rodem z “Pittbulla” – funkcjonariusze z książki Konatkowskiego przeklinają raczej rzadko, przestrzegają procedur, a prawo łamią tylko nie płacąc abonamentu RTV. Są to raczej skromni ludzie, zarabiający grosze i jeżdżący do pracy komunikacją miejską, prowadzący w zasadzie nudne życie, jak większość Polaków.

I właśnie to stanowi o atrakcyjności “Przystanku śmierć”. Autorowi udało się skleić w całość: przewidywalne i nużące postaci żyjące w szarym mieście pełnym szarych ludzi, zwykłe dochodzenie, które nie przebiega w żaden spektakularny sposób, w bardzo atrakcyjną całościowo opowieść o współczesności.

Reklamy

Artur Klinau „Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca”

Kiedy bierzesz do rąk książkę z „Czarnego„, dodatkowo wydaną w serii Sulina, oczekujesz historyczno-socjologiczno-antropologiczno-filozoficznego reportażu o Europie Środkowo-Wschodniej. Chcesz po raz kolejny doznać tego otwierającego wrażenia jedności charakteru ludów tej części świata, tego charakterystycznego rozkroku pomiędzy Wschodem a Zachodem, gdzie południowy entuzjazm miesza się z północnym opanowaniem, a zachodnia kultura filozofii, racjonalizmu i nauki spotyka wschodnią duchowość, intuicję i mistycyzm.

Nie ma się co łudzić, Artur Klinau nie pisze o Europie Środkowowschodniej. Książka „Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca” to rzecz o miejscu na Wschodzie. Zdaje się wręcz, że literatura Klinaua spycha Mińsk na wschód jeszcze bardziej, niż to miasto w rzeczywistości tam jest.

Artur Klinau jest architektem, dlatego ta książka opowiada o Mińsku wyłącznie jako miejscu. Pomija to, co na przykład u Stasiuka, jest najważniejsze: ludzi, a w szczególności narratora. Dla Klinaua Mińsk jest miastem Placów, Prospektów, Ulic i Pałaców. Są one budowane i burzone przez Wielkich Metafizyków, którzy nie są ani ludźmi, ani instytucjami, ani bogami.

Fot. własna

Mińsk w rzeczywistości jest monumentalny, jak pisze Klinau. W rzeczywistości jest też sowiecki. Monumentalizm i sowieckość w rzeczy samej sprawiają, że jednostka traci swoją podmiotowość, że przypomina mrówkę przechodzącą z trwogą obok przerastających ją o tysiąckroć gmachów. W tej zaplanowanej przez Metafizyka przestrzeni umieszczono ludzi, którzy, we wspomnieniach przytaczanych przez Klinaua, sami czują się nieco zawstydzeni swoją obecnością w Mieście Słońca. Wydaje się jednak, że mieszkaniec Mińska w interpretacji Klinaua przestaje być człowiekiem Wschodu, a jest wyłącznie człowiekiem sowieckim, ubezwłasnowolnionym, pełnym wdzięczności do władzy pomieszanej ze strachem, szczęśliwym z życia w Mieście Słońca. Źródła tych postaw zakopuje Klinau bardzo głęboko, pisząc na przykład, że strach przed zwolnieniem z pracy czy relegowaniem z uczelni są na Białorusi obawami czysto atawistycznymi, takimi, które można nazwać podświadomym strachem przez Głodem.

Fot. własna

Klinau popełnia błąd, nakładając na Mińsk kliszę chłodnego języka architektury okraszony bizantyjsko-sowiecką okrasą. Mińsk taki nie jest. Przewodnik po tym mieście nie może być pisany przez jego mieszkańca, ponieważ nie potrafi on dostrzec rzeczy zasadniczych dla Mińska. Wychowany w paradygmacie sowieckim, Klinau, stosując bizantyjskie metafory z – jego zdaniem – przymrużeniem oka, staje się ich niewolnikiem. Czytelnik wyraźnie dostrzega, jak atrakcyjna z początku wizja betonowego Mińska oczami dziecka, w dalszym ciągu opowieści staje się pułapką, błędnym kołem. Pod koniec opowieści Klinau ucieka przed samym sobą, swoim językiem i Mińskiem, do Wilna, które daje pisarzowi możliwość oderwania się od narzuconego sobie, zniewalającego rygoru formy.

Fot. własna

Tyle, że Wilno to miasto na wskroś europejskie, gdzie łatwiej odnajduje się mieszkaniec Berlina niż Warszawy. Pisząc o Wschodzie należy powrócić do Mińska, gdzie w rzeczywistości załamuje się europejskość, a Wschód i Zachód ukazują się w bardzo konfrontacyjnym układzie. Nie da się tego opisać, nie odwołując się do wewnętrznych wrażeń. Nie da się tego zrobić chłodząc opis i używając języka sowieckiej propagandy.

Klinau, chętnie powracając do wielkolitewskich korzeni Mińska, zdaje się uważać sprawę europejskiej tożsamości tego miasta za przegraną. Gorzkie zakończenie książki, w której pojawia się nowy Metafizyk – Prezydent – jest z jednej strony pocieszające, bo mówi o tym żywiole, które próbuje kruszyć mury, z drugiej jednak smutne, bo wskazujące, że Miasto Słońca, niezależnie do zapału mrówek próbujących kruszyć Pałace, na zawsze pozostanie pochmurne.