Kazik Staszewski „Idę tam, gdzie idę” Maciej Maleńczuk „Ćpałem, chlałem i przetrwałem”

Kazik Staszewski i Maciej Maleńczuk. Dwie wielkie sceniczne osobowości. To samo pokolenie, podobne doświadczenia. Około dwudziestki – Solidarność i stan wojenny, około trzydziestki – Okrągły Stół i wolne wybory. Staszewskiego poznałem w czasach, kiedy Kult wydał „Tatę Kazika”. Maleńczuka – dopiero na studiach – kiedy ktoś z roku katował na imprezach te jego uliczne piosenki.

Wywiad – autobiografia Staszewskiego dzieli się na dwie części. Pierwsza trwa do momentu pojawienia się pieniędzy z grania i ta jest momentami ciekawa. To znany mi, choć o dwadzieścia lat wcześniejszy proces odkrywania muzyki i dojrzewania do niej. Pierwsze, chimeryczne i chaotyczne odkrycia i krótkotrwałe fascynacje, szybko kończące się neofickim fanatyzmem. Kazik Staszewski buduje swoją popularność wśród rówieśników możliwością wyjazdów do cioci w Londynie, skąd przywozi setki – niedostępnych w latach 80. w Polsce – płyt i kaset. Był Kazik dzieckiem nieśmiałym i zamkniętym w sobie, acz kreatywnym, poświęcającym się nie tylko muzyce, ale i komiksowi, literaturze i kinematografii. Na początku lat 80. Kazik zakłada swoje pierwsze zespoły, z których najtrwalszym okazuje się znany wszystkim Kult.

Urodziny synów stają się momentem przełomowym w życiu Kazika. Od tego momentu staje się on szefem przedsiębiorstwa przyjmującego różne nazwy: od „Kultu” przez „Tatę Kazika”, „Kazika na Żywo”, samego „Kazika” i wiele innych. Opowieść Staszewskiego staje się od tego momentu dosyć nużącą opowieścią o zarabianiu kasy i ogarnianiu wewnątrz-zespołowych niesnasek.

Dzieciństwo Maleńczuka wyglądało zgoła inaczej. Wychowywany bez ojca w slumsowej dzielnicy Krakowa, inicjację narkotykową przeszedł przed ukończeniem dziesięciu lat. I w zasadzie cała opowieść „Ćpałem, chlałem i przetrwałem” to opowieść o nieustannym, trwającym do teraz, ciągu heroinowo-alkoholowo-marihuanowo-nikotynowo-kwasowym. Ostatnie 30 lat życia Maleńczuka to w jego opowieści nie kończąca się balanga z krótkimi momentami prześwitów. Równie to nużące, co opowieść o biznesie Staszewskiego.

Jedyne, co ciekawe w obu tych wywiadach, to psychologiczny proces przeistaczania się muzycznych naturszczyków-amatorów w ludzi, o których Staszewski i Maleńczuk z dumą mówią „artyści”. Nie ukrywam, że do przemian takich zawsze podchodzę z rezerwą, bo tym, co najpiękniejsze w rock’n’rollu była zawsze dla mnie naturalność, prostota i spontaniczność. I taki był właśnie Maleńczuk grający proste bluesy na ulicy. Taki był również dla mnie Kazik, niekiedy okropnie fałszujący, ale w tym fałszowaniu jakże autentyczny. Ileż kart każdego z tych wywiadów zajmuje uporczywe tłumaczenie jednego i drugiego, na czym polega prawdziwa sztuka, że ten czy tamten perkusista nie trzyma rytmu i że kolejnemu gitarzyście trzeba tłumaczyć, żeby tego Fis nie grał z siódemką.

Podobne wrażenia miałem czytając biografie Krzysztofa Grabowskiego i Muńka Staszczyka. Wszyscy ci rock’n’rollowi partyzanci muszą widocznie w pewnym wieku wyjść z lasu, zakopać karabiny i pójść na daleko idące kompromisy.

Reklamy

Kazik Staszewski „Niepiosenki”

Gdybym nie był konsekwentny i nie trzymał się zasady, że tytuł każdej notki to tytuł książki i nazwisko autora, na pewno nazwałbym tę recenzję „Obsesje Kazika”. Książka „Niepiosenki” to opasły, prawie sześćsetstronnicowy zbiór felietonów, które wokalista Kultu publikował od początku lat dziewięćdziesiątych aż po czasy współczesne. Tytuły prasowe, w jakich pojawiał się Kazik, są różne: od Tylko Rocka, przez egzotyczne DVD Kino Domowe, starą i nową Machinę, kibolowską Naszą Legię, Gazetę Wyborczą i jej telewizyjny dodatek, ale też Gazetę Polską i Dziennik.

Rozrzut to spory, znajduje on uzasadnienie w tematyce Kazikowych felietonów. Można jednak zauważyć, na jakie tematy pan Kazimierz pisze szczególnie chętnie. Jest to, po pierwsze, oczywiście muzyka. Tutaj felietonista idzie w dwóch kierunkach. Pierwszy to dosyć hermetyczne rozważania na temat wczesnopunkowych zespołów w rodzaju Sham69 czy Sex Pistols. Drugi jest związany z pierwszą wyraźną obsesją Kazika. Spośród kilkudziesięciu felietonów poświęconych muzyce i szeroko pojętemu rynkowi muzycznemu, w większości pojawia się najwyraźniej ulubiony problem Kazika: pieniądze. Czytelnik odnosi wrażenie, że duet muzyka-pieniądze jest dla felietonisty nierozłączny. Mamy więc wielokrotnie powtarzające się utyskiwania na piratów fonograficznych, koncerny nie dające artystom zarobić, wyliczania, kiedy koncert się zwraca i jaką wielokrotność polskich zarobków otrzymują artyści zagraniczni. Po około piętnastym felietonie na ten sam temat robi się to nużące, choć z drugie strony egzegeza sławnego wersetu „wszyscy artyści to prostytutki” staje się znacznie łatwiejsza.

Drugim tematem bardzo często poruszanym przez Kazika, jest polityka. Dziwi to, bo już po pierwszych felietonach politycznych widać, że poglądy Kazika na problemy polityczno-gospodarcze nie wykraczają poza to, co – z większą swadą i erudycją – mówi od wielu lat Janusz Korwin-Mikke.  Urzędnicy to klasa próżniaca, politycy są niekompetentni i kradną, podatki są niepotrzebne itd itp. Dodatkowo – o czym pisze sam Kazik – przewidywanie tego, co się zdarzy w polityce, w większości przypadków kończy się u niego niepowodzeniem.  Tym, co odróżnia nieco Kazika od UPR-owskiej ortodoksji, jego trudno zrozumiałą kolejną, obok pieniędzy, obsesją, jest wściekła nienawiść do Polskiego Stronnictwa Ludowego. Rozumiem, że można tej partii nie popierać, nie lubić, ale po co w związku z tym poświęcać tyle felietonowej energii na wypluwanie tego jadu? Nie rozumiem.

Niekiedy zabawna, ale zazwyczaj denerwująca, jest neolingwistyczna maniera pisania Kazika i jego taka quasi-staropolska stylistyka, szczególnie obecna we wczesnych tekstach. Ale to akurat jest kwestia wyłącznie gustu, a o gustach, jak mówią, nie powinno się dyskutować.

Zacząłem od tego, co mnie podczas lektury drażniło. Pora na jasne strony Kaziowego felietonowania. Pierwszą jest bardzo przyjemna ewolucja stylu pisania autora. Pomiędzy bardzo siermiężnymi, rwanycmi i trudnymi w lekturze tekstami z czasów Tylko Rocka, publicysta Kazik przeszedł długą drogę do porządnie skonstruowanych, przemyślanych, dobrych stylistycznie tekstów w Gazecie Telewizyjnej i nowej Machinie. Za to należy mu się szacunek, tym bardziej biorąc pod uwagę, że nie jest zawodowym pisarzem, a w takich sytuacjach samodoskonalenie jest tym większą cnotą.

Dużo i ciekawie pisze Staszewski o filmie. Zna się świetnie na filmach wojennych oraz całej kinematografii peerelowskiej. Właśnie, największym chyba smaczkiem i przyjemnością tej książki są nostalgiczne teksty o dojrzewaniu Kazika w warunkach komunizmu, zarówno lata szczenięce, jak i studia. Ilość smacznych anegdot, zabawnych sytuacji, historii towarzyskich jest ogromna i większość daje radę (choć znowu problem stanowią powtórzenia). Sam znalazłem świetną opowieść o znanym mi dobrze i cenionym doktorze socjologii (Kazik, jak ja, studiował socjologię, mnie się udało ją skończyć). Zacytuję fragment, który wywołał u mnie spore emocje, bo czytając, bez problemu zwizualizowałem sobie tę opowieść.

Coś tam przez mgłę pamiętam, jak to na zajęciach z TRS-u (teorie rozwoju społecznego) dr Kliszko (podkr. moje) cytował jakiegoś amerykańskiego socjologa, któren stwierdził był, że na siedemdziesiąt parę istotnych wynalazków mających realny wpływ na życie ludzi w XX wieku kraje obozu socjalistycznego wygenerowały dwa. Były to: a) centralne ogrzewanie (…) oraz b) kostka Rubika.

Dr. Kliszkę znam na tyle dobrze, że bez trudu wyobraziłem go sobie, jak mówi do grupy, w której jest też Staszewski. No, ale to tylko taki osobista dygresja.

Być może trzeba być mistrzem felietonu, takim jak Pilch czy Kisielewski (o którym Staszewski wspomina i którym fascynację zdecydowanie z Kazikiem podzielam), aby te formy zgromadzone seryjnie, w formie książkowej, dawały czystą radość czytania. Kazik mistrzem felietonu nie jest (sam swoją naturszczykowość wielokrotnie podkreśla) i dlatego chwilami lektura była wyzwaniem. Z drugiej strony, połknąłem te prawie sześćset stron w dwie doby, co stanowi dosyć wymierny dowód na to, że nie było aż tak źle.