Rafał A. Ziemkiewicz – Jakie piękne samobójstwo

W swojej najnowszej książce Rafał Ziemkiewicz zastanawia się, dlaczego Polacy są największymi frajerami na świecie i co z tego wynika. Teza ta nie wydaje mi się szczególnie śmiała, jednak jej podniesienie i historyczne uzasadnienie, czego podejmuje się autor, uważam za słuszne i chwalebne.

Dwie cechy publicystyki Ziemkiewicza stanowią jednocześnie o jej słabości. Posiada on bowiem niespotykaną lekkość narracji, która pozwala mu pisać zdania płynnie opowiadające to, co autor ma do opowiedzenia.  Podejrzewam, że Ziemkiewicz pisze bez skreśleń. Ta lekkość sprawia jednak, że tekst może okazać się dla czytelnika przegadany, pełen powtórzeń, dygresji i nieuporządkowania. Ziemkiewicz po prostu pisze swoją opowieść tak, jak mu się ona układa w głowie. Dla wielu autorów byłby to szkic, dla Ziemkiewicza jest to efekt finalny.

Drugą zaletą i jednocześnie słabością publicystyki Rafała Ziemkiewicza jest odwaga w stawianiu niepopularnych poglądów. Choć myśl przwodnia książki “Jakie piękne samobójstwo” nie jest już zbyt odkrywcza, bo stawia ją ostatnio śmiało Piotr Zychowicz, a wcześniej przez lata próbował się z nią przebić prof. Paweł Wieczorkiewicz. Ci trzej, a za nimi szereg innych mówią, że polityka zagraniczna sanacji z Beckiem na czele była pozbawiona wszelkich racji i doprowadziła Polskę do katastrofy.

Klasę polityczną II RP uważa Ziemkiewicz za bandę nieudaczników, mitomanów i amatorów, kierujących się w sprawach strategicznych dla Polski interesem własnym lub – w najlepszym przypadku – swojej frakcji politycznej. Interes narodowy, w rzekome imię którego sanacja doprowadziła w Polsce do systemu autorytarnego, był w istocie pustym frazesem, który jeszcze bardziej opustoszał po śmierci Piłsudskiego. W ten sposób Polska – jak uzasadnia Ziemkiewicz – odrzuciła przyjazne gesty Niemiec dążące do konfrontacji z Sowietami, prowokując – na własne życzenie – pakt ponad naszymi głowami i rozbiór państwa we wrześniu 1939 roku. Równie fatalna i pełna błędów polityka Rydza-Śmigłego, Andersa, Chruściela i Sikorskiego doprowadziła do największych spośród państw Europy strat ludzkich, jakie poniosła Polska w trakcie II wojny światowej, a następnie do utraty niepodległości na kolejne 45 lat.

Trudno nie czytać książki Ziemkiewicza przez pryzmat współczesności, do czego autor mocno zachęca. Romantyzm w polityce, mierzenie siły wielkością poświęcenia i ofiar, bezkrytyczna i naiwna ufność w puste obietnice “sojuszników” – wszystko to jest spuścizną, która ciągnie się za Polakami od czasów rozbiorowych. Wtedy była to może jedyna polityka, dająca jakiekolwiek szanse na wolność. Przegonienie Sowietów w 1920 roku dało nam złudne wrażenie potęgi, które zostało rozwiane niecałe 20 lat później. Nasze elity nie wyciągnęły żadnych wniosków z klęski poniesionej w II wojnie światowej i w tkwią w tym amoku po dzisiaj.

W dyskusji na temat zasadności “kapitału krwi” i tego, czy w polityce liczy się siła, czy poświęcenie, opowiadam się po stronie Ziemkiewicza i Zychowicza. Dlatego uważam tę książkę za ważną i potrzebną, choć nie za bardzo wierzę, że nauczyciele w liceum będą o niej mówić uczniom. Mit szlachetnych, kierujących się sercem i wiarą w słuszność nawet przegranej sprawy Polaków jest wśród owych Polaków zakorzeniony na tyle mocno, że nie będę zdziwiony atakami na Ziemkiewicza ze strony tych, dla których jest to wyłącznie bicie piany, gdybologia, szukanie sensacji i podważanie mitów fundujących wspólnotę.

Piotr Zychowicz – Obłęd’44

Druga wojna światowa była pasmem sromotnych klęsk Rzeczpospolitej Polskiej. Przyczyną tych klęsk były błędne decyzje nieudolnych przywódców naszego państwa, a Armia Krajowa od samego początku do końca była marionetką w rękach Związku Sowieckiego.

To najważniejsze tezy nowej książki autora bestselleru “Pakt Ribbentrop-Beck”. Książki, która już zaraz po swojej premierze została bezlitośnie i równie bezpodstawnie skrytykowana przez właściwie wszystkie środowiska w Polsce – od lewicy do prawicy.

Nasza historiografia żyje właściwie samymi mitami, których głównymi bohaterami są szlachetni, bohaterscy, honorowi Polacy, od wieków zmuszeni nosić miano “Chrystusa Narodów”. W naszej historii nie ma miejsca na sprawy wstydliwe, niegodne, nie ma miejsca na zdrajców, kapusiów, kanalie, nie ma miejsca na bratobójstwo.

Książka Zychowicza jest o tym, jak nieudolni albo zwerbowani przez sowietów przywódcy państwa i armii podziemnej poprowadzili Polskę ku spektakularnej klęsce: wymordowaniu ponad 6 milionów obywateli, degradacji ekonomicznej, zniszczeniu ogromnej liczby dóbr kultury, łącznie z całymi miastami, i wreszcie utracie niepodległości i blisko połowy terytorium kraju.

Winnych nazywa Zychowicz wprost. Premier rządu na uchodźdztwie, generał Władysław Sikorski, przywódca powstania w Warszawie generał Bór-Komorowski i tego powstania bezpośredni inicjator, generał Leopold Okulicki to najwięksi – jak pisze Zychowicz – “szkodnicy” we współczesnej historii Polski.

Autor reprezentuje bliski mi osoboście realizm polityczny, który każe podejmować decyzje nie sercem, ale klarowną kalkulacją i oceną ryzyka. Jak słusznie zauważa, przywołując słowa generała Pattona, zwycięzcą wojny nie jest ten, kto poświęcił w niej najwięcej ofiar, ale ten, kkto wybił najwięcej głów wroga. A siłę mierzy się nie “moralną” prawością, ale liczbą żołnierzy i realną siłą militarną.

Zychowicz słusznie zauważa, że podczas II wojny światowej, Polacy wszystko robili źle. Od błędnej polityki dyplomatycznej latem 1939 roku, przez dyplomatyczną grę z Wielką Brytanią, aż po Powstanie Warszawskie, które pochłonęło około 150 tys. niewinnych cywilów. Przede wszystkim Polacy źle zidentyfikowali realnego wroga. Nie były nim wojska niemieckie ani armia sowiecka, ponieważ z nimi nasze wojsko nie miało żadnych szans. Prawdziwym wrogiem, który ostatecznie osiągnął zwycięstwo, były sowieckie służby specjalne, które to tak naprawdę rozegrały klęskę Polaków i wzięły nasz kraj bez większych kłopotów na długie dziesięciolecia.

Zdaniem autora “Obłędu’44”, Powstanie Warszawskie było sterowaną przez Sowietów prowokacją, mającą na celu przejęcie władzy w Polsce i zgładzenie mieszkańców stolicy. Bitwą, która nie przyniosła Polsce żadnych korzyści, a która skompromitowała Armię Krajową nawet w oczach mieszkańców Warszawy. Szlachetnym być może, ale w rzeczywistości bezsensownym zrywem, w którym elita narodu polskiego została wyrżnięta przez bandytów, pijaków i rzezimieszków z Niemiec, Białorusi, Rosji i Ukrainy.

Ta, jak mówi się oficjalnie “największa podziemna armia II wojny światowej”, szła na definitywną rzeź, a kiedy była potrzebna do swoich statutowych celów, wówczas próżno było szukać żołnierza z orzełkiem w rogatywce. W obronie 150 tysięcy pomordowanych na Wołyniu nie stanął praktycznie nic, a oferowana od Niemiec pomoc w obronie przez UPA, została przez AK definitywnie odrzucona.

“Obłęd’44” to niezwykle ważna i odważna książka. Nie tylko o historii Polski, ale także o polskich mitach i polskim charakterze, dla którego te mity są od lat znakomitą pożywką.

Quentin Tarantino „Bękarty wojny”

Jest to z całą pewnością film wymykający się wszelkim konwencjom i nie można o nim powiedzieć, że jest filmem wojennym, tak samo, jak że jest to komedia (nawet czarna). Nie da się też powiedzieć, że jest to film „o czymś”, choć fabuła „Bękartów” trzyma się kupy i jest opowiedziana po mistrzowsku. Ta opowieść o oddziale amerykańskich Żydów, skalpujących nazistów w okupowanej Europie nie jest na pewno przykładem hollywoodzkiego trywializowania II wojny światowej i samej Europy. Film ten stanowi jednak na pewno przełom i jest dla Europejczyka na pewno ozdrowieńczym szokiem. Bo czyż pokazywanie najstraszliwszego aspektu II wojny światowej, jakim była eksterminacja europejskich Żydów w konwencji amerykańskiego filmu przygodowego nie jest wyrazem artystycznego bohaterstwa?

Quentin Tarantino wychodzi z tej próby zwycięsko. Jest to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w ciągu ostatniego roku. Tarantino z gracją godną mistrza bawi się konwencjami i stać go w tej zabawie na dużo więcej, niż każdego innego reżysera. Elementy surrealistyczne wprowadza z ogromną lekkością, wystarczy przypomnieć fajkę Standartenführera Hansa Landy  – „Łowcy Żydów” z pierwszej sceny filmu (genialna, godna Oskara, rola Christopha Waltza), gips na nodze Bridget von Hammersmark czy komiksowa postać sierżanta Donnego Donowita (w tej roli „polakożerca” Eli Roth) – „baseball bat-swinging Nazi huntera”. Nawet okrucieństwo, którym film wręcz ocieka, bawi, choć czasami trudno patrzeć na sceny skalpowania nazistów przez komandę Aldo Raine’a.

Finałowa scena, w której widzimy płonące kino i ginących w płomieniach nazistowskich luminarzy z Hitlerem i Goebellsem na czele, przywołuje naturalnie skojarzenia z Jedwabnem. Ciekawe, czy Tarantino świadomie zamienił miejscami ofiary i katów w tej scenie. Opowiedziana w „Bękartach” alternatywna wersja historii nie jest przez widza traktowana na poważnie, pewnie dlatego, że historyczne postaci liderów III Rzeszy zostały przedstawione w sposób bardzo karykaturalny. Prawdopodobnie dlatego film dostarcza dużo śmiechu i rozrywki. Podejrzewam, że większość spośród tych, którzy obejrzeli film, będzie podobnego zdania, a dla osób, które nie obejrzały „Bękartów”, to, że film o II wojnie światowej, nawiązujący do holokaustu, może być źródłem świetnej zabawy, będzie to trudne do pojęcia. Najlepiej więc przekonać się samemu.