Jan Krasnowolski – Afrykańska elektronika

afrykanska_elektronikaCztery błyskotliwe opowiadania składające się na książkę Jana Krasnowolskiego łączą motywy wydawałoby się odległe. Środowisko polskiej emigracji zarobkowej w Anglii i kult voodoo stanowią lejtmotyw do fantastycznie porywających, zaskakujących, realistyczno-onirycznych historyjek przeznaczonych dla dorosłych chłopaków.

Jan Krasnowolski pisze te swoje bezpretensjonalne, bardzo zręczne literacko opowiadania w wolnych chwilach, resztę dnia pracując na wózku widłowym w Bournemouth. Z osobistych doświadczeń, a także kontaktów z afrykańskimi imigrantami w Wielkiej Brytanii, wynika doskonała wrażliwość na świat taniej siły roboczej na Wyspach. Ale nie tylko, bo otwierające zbiór opowiadanie z równą przenikliwością przenosi czytelnika do solidarnościowo-zomowych potyczek w stanie wojennym.

Krasnowolski ma świetne wyczucie konwencji. Dlatego śmiało przywołuje i rozwija wątek kubański w Hasta siempre, comandante, a w dedykowanej Łukaszowi Orbitowskiemu historyjce Kindoki łączy ze śmiałością i lekkością wątek Holokaustu z antyimigranckimi nastrojami na Wyspach Brytyjskich.

W tytułowej “Afrykańskiej elektronice”, wątek imigracji zarobkowej jest wykorzystany najmocniej. Marnie zarabiający bohater rozwija – pod wpływem przypadku – dochodowy biznes polegający na ściąganiu na brytyjskich drani i rzezimieszków okrutnych klątw. Z kolei Kindoki to burzliwa historia przeprawy promowej polskiego przemytnika Rybki i jego podopiecznego, tajemniczego czarnoskórego chłopca, przez Kanał La Manche.

Wszystkie cztery historie łączy motyw nieuchronnego odkupienia przeszłych win i grzechów, które wracają w postaci okrutnej najczęśniej kary. Fantazja, z jaką Krasnowolski kreśli sceny umierania w męczarniach, jest godna największego szacunku i równie wielkiej zazdrości.

Reklamy

Jan Błoński, Sławomir Mrożek, „Listy 1963-1996

42219

Ten liczący z górą trzydzieści lat historyczny  zapis korespondencji dwóch przyjaciół-literatów zainteresował mnie z powodów bardzo aktualnych. Mam bowiem wrażenie, że tak jak druga wojna światowa przestała być dla współczesnych pokoleń wydarzeniem niejako je definiującym, tak nie przestaje nim być okres PRL-u. Czy to bezpośrednio, przez teczki, podpisy i wspomnienia przesłuchań, czy też na płaszczyźnie bardziej symolicznej, Polacy pierwszej dekady XXI wieku borykają się z prawie pięćdziesięcioletnią spuścizną Polski Ludowej. I, co nietrudno dostrzec, borykają się z nią bezowocnie, potykając się co kroku o swą nieodległą przeszłość, a brzydkie strupy po tych potknięciach za nic nie pozwalają się goić.

Tak właśnie, to nie blizny a strupy pozostawia na naszej zbiorowej tożsamości PRL. Powierzchowne, a jednocześnie dolegliwe, bo nieustannie swędzące zadraśnięcia,  które dla jednego nie stanowią żadnej uciążliwości, a dla innego – przeszkodę nie do pokonania w codziennym życiu. Wszystko zależy od wrażliwości.

To właśnie Błońsko-Mrożkowe zmagania z PRL-em mogą stanowić klucz do rozwikłania problemu posocjalistycznych strupów na polskich kolanach. Listy, które ci dwaj przyjaciele wymieniali szczególnie intensywnie w latach 60. XX wieku, kiedy to Mrożek przebywał we Włoszech, a Błoński kursował pomiędzy Francją a Polską, stanowią dokument nie do przecenienia. Oto unikalny w skali polskiej literatury powojennej tekst ludzi uwiłkanych po uszy w PRL pisany z perspektywy czasowego lub stałego emigranta.

Lektura codziennej korespondencji, tak intenstywnej i prowadzonej przez osoby sobie bliskie, to wyzwanie dla amatora. Jednak listy Błońskiego i Mrożka z nawiązką wynagradzają trud zmierzenia się z tym kilkusetstronnicowym tomem. Oczywiście, najciekawiej jest wtedy, gdy przyjaciele zbaczają z tematów osobistych i, wówczas, aktualnych, podejmując problemy z pogranicza społeczeństwa, kultury i polityki. Szczególnie cenne są uwagi Mrożka, który – choć pozostając poza krajem – zachowuje głębokie wewnętrzne zaangażowanie w sprawy polskie i nawet ze znacznej odległości geograficznej, głęboko angażuje się emocjonalnie w Polskę. Czyni to jednak z nie dającym się przecenić dystansem i ironią (przede wszystkim tą auto-).

Autorzy i zarazem bohaterowie korespondencji zmagają się z PRL-em w sposób, którego nie możemy zarzucić dzisiejszym lustratorom. Robią to bowiem z wdziękiem i lekkością, a zarazem namysłem i umiarem. Dylematy moralne, na które dzisiaj patrzymy z perspektywy teczek i IPN-owskich dochodzeń, dotyczyły Mrożka i Błońskiego bezpośrednio, choćby z powodu wielokrotnych wyjazdów za granicę i związanej z tym konieczności wydania paszportu. Zaskakujące, że w tamtej, niewesołej rzeczywistości Gomułkowskiej Polski lat 60., na przymusowym wygnaniu, można zachować racjonalizm, lekkość i ironię, których tak brakuje dzisiejszym arbitrom w historycznych sporach, którzy zamiast zaczytywać się Dostojewskim, powinni zacząć od spojrzenia na siebie samych i lektury Mrożka.

Notatki robione podczas lektury.

Henryk Dasko „Dworzec Gdański. Historia niedokończona”

daskoAutobiografia Henryka Daski jest kolejnym, obok wspomnień Stefana Mellera, świadectwem pokolenia, którego losy określił marzec’68 roku. Obie postaci – Mellera i Daskę – łączy zresztą więcej. Obu łączyła przyjaźń z Michałem Komarem, obu w ostatnich latach tragicznie zmarli zwyciężeni przez chorobę nowotworową.

Nie sposób takich książek czytać wyłącznie z perspektywy socjologicznej bądź historycznej, traktując ją wyłącznie jako dokument określonych czasów. W autobiografii Daski odnajdujemy wielki ładunek emocji związanych z trudnością w określeniu własnej tożsamości. Tak jak Meller, również Dasko zmaga się z wątpliwościami co do własnej przynależności narodowej. Jego rodzice są Żydami, ale wywodzących swoje żydostwo z bardzo różnych korzeni. Matka jest bardzo przywiązana do tradycji żydowskiej, języka, historii, religii. Ojciec – przeciwnie – przez całe życie czuje się bardziej komunistą niż przedstawicielem jakiegokolwiek narodu. Sam Dasko, poza rodowodem krwi, nie potrafi nazwać siebie inaczej, niż jako Polaka pochodzenia żydowskiego.

Henryk Dasko nie jest genialnym naratorem, ale pisanie nigdy nie było jego głównym zajęciem. Kluczowym momentem opowieści jest oczywiście marzec 1968 roku i wyjazd Henryka na przymusową emigrację. Głębokie rozdarcie i tragizm wyboru Daski uwidocznione są w sposobie opowiadania. Życie przed marcem jest barwne, niepozbawione humoru, często beztroskie. Emigracja i próby ułożenia sobie życia na Zachodzie, choć pełne sukcesów zawodowych i osobistych, opowiadane są dużo bardziej gorzko i zimno. Oba etapy życia, włącznie z opisem tragiczne zakończonej choroby nowotworowej, relacjonowane są z głębokim poczuciem odpowiedzialności za słowo, skromności i szczerości. Ta dosyć powściągliwa, skromna szczerość, jest być może największą wartością książki.

Lektura dwutomowego wywiadu z Mellerem pozostawiła mnie z poczuciem, że oto zmarł ktoś, kogo bez wątpienia mogę nazwać wielką i ważną postacią. O Henryku Dasko nie da się tak powiedzieć, co nie zmienia faktu, że ta autobiografia ma wartość równie wielką. Jej wartością jest świadectwo wielkiej zaradności, skromności i przyzwoitości człowieka, którego życie określiła polityka i historia.