Marcin Kołodziejczyk – B. Opowieści z planety prowincja

Byłoby niezmiernie przykro, gdyby ta świetna książka przeszła przez polską scenę literacką bez echa, ale kiedy szuka się informacji czy recenzji na jej temat, trudno znaleźć coś wartego uwagi. A szkoda, bo “Opowieści z planety prowincja” to współczesna kontynuacja twórczości piewców polskiej prowincji i przedmieść, takich jak zapomniany Marek Nowakowski.

Echa autora “Benka Kwiaciarza” odnaleźć można w proletariackim języku, na który Kołodziejczyk jest bardzo wyczulony. Krótkie zdania, ubogie słownictwo, bogactwo bluzgów – składają się na te opowiadania, które w większości składają się dialogów-opowieści.

Są to historie o polskiej prowincji, o świecie, z którego istnienia nie zdaje sobie sprawy większość mieszkańcow wielkich miast, przemieszczających się międzi nimi autostradami i pociągami Inter-City. Bohaterowie opowiadań Kołodziejczyka to gastarbaiterzy, robotnicy najemni, bezrobotni, matki na zasiłku z GOPS-u albo zwykli złodzieje. Żyją za kilkaset złotych miesięcznie, z których większość przeznaczają na tanie alkohole, produkty z Lidl’a i Biedronki. Spędzają swoje życie przed telewizorem. Poruszają się kolejkami podmiejskimi albo dwudziestoletnimi autami sprowadzonymi z Niemiec.

Marcin Kołodziejczyk nie wchodzi ani w rolę piewcy polskiej popegeerowskiej prowincji, ani nie jest kolejnym Stasiukiem, czerpiącym z rozpadu, biedy i marazmu powód do ochów i achów. Jest bardzo wnikliwym obserwatorem, wyczulonym na język, rytuały, obyczaje i styl życia tych ludzi. To właśnie człowiek jest w centrum zainteresowania autora. Czy dobry, czy zły, na to pytanie Kołodziejczyk nie odpowiada, pozostawiając to czytelnikom.

Reklamy

Benh Zeitlin – Bestie z południowych krain

hushpuppy

Benhowi Zeitlionowi udało się z powodzeniem połączyć nasączony magią świat widziany oczami dziecka z okrutnym realizmem życia ludzi znajdujących się na kompletnych obrzeżach cywilizowanego świata. Niektórzy krytycy nazywają ten efekt magicznym realizmem, ale „Bestie z południowych krain” to zdecydowanie coś więcej niż zręczne manipulowanie brzydotą i upokorzeniem underclass tak, aby pokazać jej ukryte piękno. To film o upokorzeniu, nędzy, brudzie, chorobach, smrodzie i śmierci, tyle, że pokazany oczami dziecka, które widzi rzeczy zupełnie inaczej.

Absolutnie fenomenalna mała aktorka Quvenzhané Wallis jest tutaj kilkuletnią dziewczyną wychowywaną przez samotnego ojca w slumsach położonych na obrzeżach jakiejś wielkiej metropolii. Życie, którego główną funkcją jest przetrwanie, a najważniejszym zajęciem zdobycie pożywienia, jest jej środowiskiem naturalnym. Żyją na skraju wielkiej zapory, chroniącej miasto przed powodzią. Powódź nadchodzi. Osiedle slamsów spływa w dół rzeki. Ci, ktorzy ocaleli, w w tym Hushpuppy z ojcem ruszają w dół rzeki, aby przetrwać.

Bestie z południowych krain” to nie tylko, a może w żadnym stopniu  film społeczny. Świat cywilizacji, ciepłych mieszkań, sklepów spożywczych i szpitali, gdzie ludzi podłącza się do ściany, jest światem odległym i nienaturalnym. Mała Hushpuppy żyje w świecie przypominającym czasy pierwotne, choć chronologicznie umiejscowionym tu i teraz. W świecie, gdzie ludzie i zwierzęta współpracują ze sobą, dostarczając nawzajem przetrwania i pożywienia, gdzie drugimu po prostu się pomaga, bez względu na to, czy jest twoim wrogiem czy przyjacielem. Zezwierzęcenie bohaterów, doprawione tanim alkoholem, jest bardzo, bardzo ludzkie, a cały film wypełniony jest miłością do człowieka.

W jednej z najbardziej wzruszających scen filmu kilkuletnie osierocone dziewczynki trafiają przypadkiem do obskórnego domu publicznego, gdzie znajdują ukojenie i spokój w objęciach portowych kurew. Bardzo pragnęły ciepła, znalazły je tam, gdzie najmniej można się go było spodziewać.