Jan Krasnowolski – Afrykańska elektronika

afrykanska_elektronikaCztery błyskotliwe opowiadania składające się na książkę Jana Krasnowolskiego łączą motywy wydawałoby się odległe. Środowisko polskiej emigracji zarobkowej w Anglii i kult voodoo stanowią lejtmotyw do fantastycznie porywających, zaskakujących, realistyczno-onirycznych historyjek przeznaczonych dla dorosłych chłopaków.

Jan Krasnowolski pisze te swoje bezpretensjonalne, bardzo zręczne literacko opowiadania w wolnych chwilach, resztę dnia pracując na wózku widłowym w Bournemouth. Z osobistych doświadczeń, a także kontaktów z afrykańskimi imigrantami w Wielkiej Brytanii, wynika doskonała wrażliwość na świat taniej siły roboczej na Wyspach. Ale nie tylko, bo otwierające zbiór opowiadanie z równą przenikliwością przenosi czytelnika do solidarnościowo-zomowych potyczek w stanie wojennym.

Krasnowolski ma świetne wyczucie konwencji. Dlatego śmiało przywołuje i rozwija wątek kubański w Hasta siempre, comandante, a w dedykowanej Łukaszowi Orbitowskiemu historyjce Kindoki łączy ze śmiałością i lekkością wątek Holokaustu z antyimigranckimi nastrojami na Wyspach Brytyjskich.

W tytułowej “Afrykańskiej elektronice”, wątek imigracji zarobkowej jest wykorzystany najmocniej. Marnie zarabiający bohater rozwija – pod wpływem przypadku – dochodowy biznes polegający na ściąganiu na brytyjskich drani i rzezimieszków okrutnych klątw. Z kolei Kindoki to burzliwa historia przeprawy promowej polskiego przemytnika Rybki i jego podopiecznego, tajemniczego czarnoskórego chłopca, przez Kanał La Manche.

Wszystkie cztery historie łączy motyw nieuchronnego odkupienia przeszłych win i grzechów, które wracają w postaci okrutnej najczęśniej kary. Fantazja, z jaką Krasnowolski kreśli sceny umierania w męczarniach, jest godna największego szacunku i równie wielkiej zazdrości.

Reklamy

Rildey Scott – Robin Hood

Szedłem na ten film pewien obaw, wyszedłem uspokojony. Bałem się, że po raz kolejny dostanę naiwne utopistyczne idealizowanie szlachetnego rzezimieszka i przestępcy, łupiącego głupich, próżnych bogaczy i rozdającego owoce tych kradzieży i rozbojom biednym. W rzeczy samej, nowa ekranizacja przygód Robin Hooda jest pierwszym presequelem tej sagi. Nie opowiada o „szlachetnej” działalności Robina w lasach Sherwood, ale o tym, co go do tego doprowadziło. I okazało się, że zamiast wykreowanego w mojej głowie Robina – XIII wiecznego Che Guevary – dla wszystkich zwolenników tzw. sprawiedliwości społecznej – zobaczyłem Robina – prekursora obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec opresywnej bestii państwowej. Robina socjalistę zastąpił Robin – liberał.

Akcja rozpoczyna się od służby Robina w armii króla Ryszarda Lwie Serce, toczącego wojnę z Francją. Po śmierci króla Robin udaje się do Nottingham, podupadłego miasta wyniszczonego nieustannie podnoszącymi podatkami. Przy okazji wplątuje się w aferę, która zagraża stabilności królestwa. Pojawiają się ludzie, którym istnienie Robina nie jest na rękę. Jego walka i – ostatecznie – chwała – nie wynika z jakiejkolwiek misji, przeznaczenia, charyzmy. Jest raczej walką osoby zmuszonej przez okoliczności i poczucie przyzwoitości do obrony spraw oczywistych i podstawowych – wolności, wspólnoty, prawdy, rozsądku.

Postać stworzona tu przez Russella Crowe’a bardzo przypomina „Gladiatora”. Bohater nie jest charyzmatyczny w potocznym sensie tego słowa.  Nie wzbudza zachwytu jego powierzchowność, nie potrafi przemawiać, nie uśmiecha się ładnie. Ridley Scott polemizuje z wizerunkiem Robin Hooda stworzonym w poprzednich ekranizacjach przygód szlachetnego zbója  z Sherwood. Podoba mi się ten nowy Robin Hood – już nie piękny socjalista, ale przyzwoity liberał.