Marcin Kołodziejczyk – B. Opowieści z planety prowincja

Byłoby niezmiernie przykro, gdyby ta świetna książka przeszła przez polską scenę literacką bez echa, ale kiedy szuka się informacji czy recenzji na jej temat, trudno znaleźć coś wartego uwagi. A szkoda, bo “Opowieści z planety prowincja” to współczesna kontynuacja twórczości piewców polskiej prowincji i przedmieść, takich jak zapomniany Marek Nowakowski.

Echa autora “Benka Kwiaciarza” odnaleźć można w proletariackim języku, na który Kołodziejczyk jest bardzo wyczulony. Krótkie zdania, ubogie słownictwo, bogactwo bluzgów – składają się na te opowiadania, które w większości składają się dialogów-opowieści.

Są to historie o polskiej prowincji, o świecie, z którego istnienia nie zdaje sobie sprawy większość mieszkańcow wielkich miast, przemieszczających się międzi nimi autostradami i pociągami Inter-City. Bohaterowie opowiadań Kołodziejczyka to gastarbaiterzy, robotnicy najemni, bezrobotni, matki na zasiłku z GOPS-u albo zwykli złodzieje. Żyją za kilkaset złotych miesięcznie, z których większość przeznaczają na tanie alkohole, produkty z Lidl’a i Biedronki. Spędzają swoje życie przed telewizorem. Poruszają się kolejkami podmiejskimi albo dwudziestoletnimi autami sprowadzonymi z Niemiec.

Marcin Kołodziejczyk nie wchodzi ani w rolę piewcy polskiej popegeerowskiej prowincji, ani nie jest kolejnym Stasiukiem, czerpiącym z rozpadu, biedy i marazmu powód do ochów i achów. Jest bardzo wnikliwym obserwatorem, wyczulonym na język, rytuały, obyczaje i styl życia tych ludzi. To właśnie człowiek jest w centrum zainteresowania autora. Czy dobry, czy zły, na to pytanie Kołodziejczyk nie odpowiada, pozostawiając to czytelnikom.

Reklamy

Michel Henry – Narkotyki. Dlaczego legalizacja jest nieuchronna?

Trudno zrozumieć, dlaczego praca zbierająca tak oczywiste, oparte na zdrowym rozsądku argumenty, stanowi jednocześnie zjawisko wyjątkowe wśród rzeczy o narkotykach wydanych w języku polskim.

To, że legalizacja substancji psychoaktywnych jest również z punktu widzenia wrogów narkotyków jedynym realistycznym i rozsądnym rozwiązaniem, jest sprawą oczywistą. Ci, którzy doszli do tego za pomocą zdrowego rozsądku, znajdą w książce Henry’ego jedynie potwierdzenie swoich wniosków. Ci natomiast, którzy z różnych powodów nie chcą zaakceptować faktu, iż z przesłanki negatywnego nastawienia do narkotyków nie musi wypływać wniosek o żądanie prohibicji, na podstawie szeregu argumentów zebranych przez autora, prawdopodobnie zmienią swoje zdanie.

Historyczny przykład prohibicji na alkohol w Stanach Zjednoczonych l. 20 ubiegłego wieku pokazuje, że zakaz spożywania substancji, na którą istnieje duże społeczne zapotrzebowanie nie tylko nie spowoduje spadku konsumpcji (niektórzy twierdzą, że w tym okresie spożywano więcej alkoholu, niż wcześniej), ale – pozbawiając państwo ważnego źródła dochodu – rozwinie ogromną przestrzeń szarej strefy, pełnej bandytów, mafiosów, przestępczości i szemranych interesów. Kontrola nad tym rynkiem staje się iluzją, a aparat policyjno-sądowy walczący ze zjawiskiem – nieudolny i generujący ogromne koszty.

Ważnym argumentem przywołanym w książce, który nie pojawia się zbyt często w debatach na temat legalizacji, jest kulturowy wymiar środków psychoaktywnych. Wszystkie znane nam społeczeństwa odurzają się w taki lub inny sposób i – jak się okazuje – różne sposoby regulowania tej przestrzeni życia okazują się mało skuteczne. Holandia, która stosuje liberalny sposób postępowania wobec tzw. “miękkich narkotyków”, notuje raczej niski odsetek użytkowników na przykład konopii, dostępnych tam – jak wiadomo – legalnie. W kraju, który jest największym producentem opium na świecie – Afganistanie – użytkownicy heroiny stanowią mało liczący się odsetek. Podobnie, jak kokainiści w Kolumbii. Z drugiej strony, w Stanach Zjednoczonych, stosujących bardzo opresywny system karania za posiadanie i korzystanie z narkotyków, odsetek narkomanów jest jednym z najwyższych na świecie.

Dominujący paradygmat, w oparciu o który nie możemy – jako społeczeństwo – zalegalizować narkotyków, gdyż pozostawałoby to w konflikcie z naszym systemem wartości, jest rażącym przykładem społecznej hipokryzji, będącej jednocześnie barbarzyńskim atakiem na zdrowy rozsądek i logikę. Nawet jeśli argumenty “z rozsądku” wskazują na to, że legalizacja jest najskuteczniejszym sposobem walki z narkomanią, to argumenty “z wartości” (religijne, etyczne, wywodzące się z trdycji), każą nam stać w okopach przyjętych rozwiązań i z czystym sumieniem patrzeć na dzieciaki wbijające sobie w żyły brudne strzykawki z brudną heroiną.