Michał Witkowski „Margot”

Leitmotywem nowej książki Witkowskiego jest metamorfoza. Bohaterowie powieści dokonują trangresji, przekraczają samych siebie, tworzą kogoś zupełnie nowego. I tak, niepełnosprawna dziewczynka na wózku powstaje, podróżując po Polsce jako Święta Joanna od Tirowców (stając się współczesną wersją św. Krzysztofa), tytułowej Margot, która z kobiety staje się mężczyzną i rusza w trasę pełną męskich przygód, czy wreszcie Waldka Mandarynki: prostego chłopaka spod Suwałk, błyskotliwie zdobywającego polski szoł-biznes, by w końcu z hukiem z niego wylecieć.

Opowieści o Asi i Margot były nudne jak flaki z olejem. Prawdopodobnie dlatego, że poetyką i narracją niczym się nie różniły od poprzednich powieści Witkowskiego. Co innego Waldek Mandaryna. Nie dość, że Michał Witkowski pokazuje, że potrafi świetnie opowiadać nie tylko o brudnym świecie dziwek, przydrożnych moteli i zajazdów, brudnych i brutalnych mężczyzn w przepoconych podkoszulkach z „siateczką”, ale również o świecie blichtru, drogich perfum, zamkniętych imprez dla VIP-ów i warszawskiego glamour, to historia o tym, jak Waldek Jesionka, przystankers spod Suwałk przeistacza się w gwiazdę estrady i stałego bywalca serwisów plotkarskich jest po prostu bardzo dobrze skonstruowaną opowieścią, posiadającą swój początek, określoną dynamikę i spektakularny koniec. Tego zawsze brakowało mi u Witkowskiego: narracji, która trzymałaby się kupy, zamiast querrowskiego flowu – zabawnego i po mistrzowsku napisanego, ale czasami trudnego do strawienia, jeśli trwa on dwieście stron.

Czytając o Waldku Mandarynie, polskiej wersji mitu „od pucybuta do milionera i z powrotem”, miałem przyjemność obcowania z literaturą opowiadającą o współczesnej Polsce, takiej jak ją znam z gazet i internetu, opowiedzianą w klasycznej (sic!) formie. Choć trudno sobie wyobrazić, by taka była intencja Witkowskiego, który pracuje raczej nad tym, by te wszystkie konwencje łamać, to – w rzeczywistości – tak było. Gdyby nie trzeci rozdział, napisałbym, że Witkowski się wypalił i skończył. Na szczęście tak nie jest. Autor Lubiewa po raz kolejny zachwyca niezwykłym słuchem językowym, wielką intuicją estetyczną i socjologiczną. „Margot” Witkowskiego jest chyba najlepszą do tej pory kroniką Polski lat 90.: kraju, w którym stykają się nierzadko bezpośrednio brudny przystanek PKS, na ktorym pije się tanie wino, podpala rozkłąd jazdy i trwoni czas, z światem torebek od Armaniego, telewizyjnych show i backstage’u sylwestrowych gal na rynku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s