Kazik Staszewski „Niepiosenki”

Gdybym nie był konsekwentny i nie trzymał się zasady, że tytuł każdej notki to tytuł książki i nazwisko autora, na pewno nazwałbym tę recenzję „Obsesje Kazika”. Książka „Niepiosenki” to opasły, prawie sześćsetstronnicowy zbiór felietonów, które wokalista Kultu publikował od początku lat dziewięćdziesiątych aż po czasy współczesne. Tytuły prasowe, w jakich pojawiał się Kazik, są różne: od Tylko Rocka, przez egzotyczne DVD Kino Domowe, starą i nową Machinę, kibolowską Naszą Legię, Gazetę Wyborczą i jej telewizyjny dodatek, ale też Gazetę Polską i Dziennik.

Rozrzut to spory, znajduje on uzasadnienie w tematyce Kazikowych felietonów. Można jednak zauważyć, na jakie tematy pan Kazimierz pisze szczególnie chętnie. Jest to, po pierwsze, oczywiście muzyka. Tutaj felietonista idzie w dwóch kierunkach. Pierwszy to dosyć hermetyczne rozważania na temat wczesnopunkowych zespołów w rodzaju Sham69 czy Sex Pistols. Drugi jest związany z pierwszą wyraźną obsesją Kazika. Spośród kilkudziesięciu felietonów poświęconych muzyce i szeroko pojętemu rynkowi muzycznemu, w większości pojawia się najwyraźniej ulubiony problem Kazika: pieniądze. Czytelnik odnosi wrażenie, że duet muzyka-pieniądze jest dla felietonisty nierozłączny. Mamy więc wielokrotnie powtarzające się utyskiwania na piratów fonograficznych, koncerny nie dające artystom zarobić, wyliczania, kiedy koncert się zwraca i jaką wielokrotność polskich zarobków otrzymują artyści zagraniczni. Po około piętnastym felietonie na ten sam temat robi się to nużące, choć z drugie strony egzegeza sławnego wersetu „wszyscy artyści to prostytutki” staje się znacznie łatwiejsza.

Drugim tematem bardzo często poruszanym przez Kazika, jest polityka. Dziwi to, bo już po pierwszych felietonach politycznych widać, że poglądy Kazika na problemy polityczno-gospodarcze nie wykraczają poza to, co – z większą swadą i erudycją – mówi od wielu lat Janusz Korwin-Mikke.  Urzędnicy to klasa próżniaca, politycy są niekompetentni i kradną, podatki są niepotrzebne itd itp. Dodatkowo – o czym pisze sam Kazik – przewidywanie tego, co się zdarzy w polityce, w większości przypadków kończy się u niego niepowodzeniem.  Tym, co odróżnia nieco Kazika od UPR-owskiej ortodoksji, jego trudno zrozumiałą kolejną, obok pieniędzy, obsesją, jest wściekła nienawiść do Polskiego Stronnictwa Ludowego. Rozumiem, że można tej partii nie popierać, nie lubić, ale po co w związku z tym poświęcać tyle felietonowej energii na wypluwanie tego jadu? Nie rozumiem.

Niekiedy zabawna, ale zazwyczaj denerwująca, jest neolingwistyczna maniera pisania Kazika i jego taka quasi-staropolska stylistyka, szczególnie obecna we wczesnych tekstach. Ale to akurat jest kwestia wyłącznie gustu, a o gustach, jak mówią, nie powinno się dyskutować.

Zacząłem od tego, co mnie podczas lektury drażniło. Pora na jasne strony Kaziowego felietonowania. Pierwszą jest bardzo przyjemna ewolucja stylu pisania autora. Pomiędzy bardzo siermiężnymi, rwanycmi i trudnymi w lekturze tekstami z czasów Tylko Rocka, publicysta Kazik przeszedł długą drogę do porządnie skonstruowanych, przemyślanych, dobrych stylistycznie tekstów w Gazecie Telewizyjnej i nowej Machinie. Za to należy mu się szacunek, tym bardziej biorąc pod uwagę, że nie jest zawodowym pisarzem, a w takich sytuacjach samodoskonalenie jest tym większą cnotą.

Dużo i ciekawie pisze Staszewski o filmie. Zna się świetnie na filmach wojennych oraz całej kinematografii peerelowskiej. Właśnie, największym chyba smaczkiem i przyjemnością tej książki są nostalgiczne teksty o dojrzewaniu Kazika w warunkach komunizmu, zarówno lata szczenięce, jak i studia. Ilość smacznych anegdot, zabawnych sytuacji, historii towarzyskich jest ogromna i większość daje radę (choć znowu problem stanowią powtórzenia). Sam znalazłem świetną opowieść o znanym mi dobrze i cenionym doktorze socjologii (Kazik, jak ja, studiował socjologię, mnie się udało ją skończyć). Zacytuję fragment, który wywołał u mnie spore emocje, bo czytając, bez problemu zwizualizowałem sobie tę opowieść.

Coś tam przez mgłę pamiętam, jak to na zajęciach z TRS-u (teorie rozwoju społecznego) dr Kliszko (podkr. moje) cytował jakiegoś amerykańskiego socjologa, któren stwierdził był, że na siedemdziesiąt parę istotnych wynalazków mających realny wpływ na życie ludzi w XX wieku kraje obozu socjalistycznego wygenerowały dwa. Były to: a) centralne ogrzewanie (…) oraz b) kostka Rubika.

Dr. Kliszkę znam na tyle dobrze, że bez trudu wyobraziłem go sobie, jak mówi do grupy, w której jest też Staszewski. No, ale to tylko taki osobista dygresja.

Być może trzeba być mistrzem felietonu, takim jak Pilch czy Kisielewski (o którym Staszewski wspomina i którym fascynację zdecydowanie z Kazikiem podzielam), aby te formy zgromadzone seryjnie, w formie książkowej, dawały czystą radość czytania. Kazik mistrzem felietonu nie jest (sam swoją naturszczykowość wielokrotnie podkreśla) i dlatego chwilami lektura była wyzwaniem. Z drugiej strony, połknąłem te prawie sześćset stron w dwie doby, co stanowi dosyć wymierny dowód na to, że nie było aż tak źle.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s