Andrzej Wajda „Katyń”

Najnowszą produkcję Wajdy obejrzałem już jakiś czas temu, ale wówczas warunki nie były na tyle komfortowe, bym mógł sprawę „Katynia” głębiej przemyśleć. Sprawa jest warta głębszej refleksji, ponieważ moja opinia o filmie Wajdy jest zdecydowanie krytyczna. Cieszę się, że Oskar przebiegł nam koło nosa, ponieważ gdyby stało się inaczej, straty byłyby jeszcze większe.

Problem z Andrzejem Wajdą polega na tym, że jest on świetnym reżyserem. Warsztatowo nie ma sobie równych w Polsce. W parze z niewątpliwym kunsztem, a nawet artyzmem, idzie jednak daleko idący oportunizm, relatywizm i permisywizm moralny. Z tego właśnie powodu uważam „Katyń” za film nieszczery, film, który tragiczną kartę polskiej historii traktuje w sposób bardzo instrumentalny.

„Katyń” to pięknie, z rozmachem nakręcona historia powojennych losów rodzin (w szczególności matek, żon, sióstr i córek) polskich oficerów pomordowanych wiosną 1941 roku przez NKWD w lasach Charkowa, Katynia i Miednoje. Fakt ten był przez cały okres PRL-u objęty nakazem milczenia. Milczano więc, choć wszyscy wiedzieli, kto odpowiada za zbrodnię.

Tym, co w filmie Wajdy autentyczne, wzruszające i mocne, to właśnie sceny internowania, transportu, a szczególnie samej egzekucji. Świetna rola Jana Englerta jako jednego z zamordowanych generałów, równie dobry Artur Żmijewski. Te sceny robią naprawdę ogromne wrażenie i pokazują, na co stać Andrzeja Wajdę – artystę filmowego.

Dużo gorzej wypada jednak Andrzej Wajda – moralizator. Sam pomysł, aby zbrodnię katyńską opowiedzieć oczami kobiet oczekujących na swoich ojców, mężów, synów czy braci jest świetny. Scena, w której jeden z internowanych odmawia swojej żonie ucieczki i opuszczenia pozostałych jeńców zdawała się zapowiadać bardziej przejrzyste i mądre nakreślenie dylematów, przed jakimi stają bohaterowie.

Wajdzie nie udało się ani przekonująco wydobyć tragizmu ludzi, którzy musieli wyrzec się swoich bliskich – zakopanych w sowieckich dołach – ani pokazać mądrości i odwagi tych, którzy nie chcieli zapomnieć. Postać młodzieńca, który po wojnie wychodzi z lasu i – składając podanie o przyjęcie do szkoły bez skrupułów i żadnych wątpliwości upiera się, by w kwestionariuszu pozostał ślad o tragicznej śmierci ojca-oficera – płaci za swoją kompromisowość szybką, groteskową, wręcz absurdalną śmiercią. Temu, który był całkowicie kompromisowy, Wajda poświęca kilka minut filmu, koncentrując się na niezbyt przekonującym wydobywaniu tragizmu tych, którzy zdecydowali się na kompromisy.

Morał z historii katyńskiej opowiedzianej przez Wajdę jest następujący. Ci, którzy wyrzekli się swojej historii mają w gruncie rzeczy o wiele gorzej od tych, którzy się nie złamali. Honorowi polscy oficerowie, ludzie męczeni w ubeckich więzieniach, są mniej wartościowi od tych, którzy ze swoją traumą kluczyli i kluczą, pamiętając, nie pamiętając, chcąc i nie chcąc zapomnieć. Trudno mi zaakceptować taką perspektywę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s