Lektury

Quentin Tarantino “Bękarty wojny”

Opublikowany w film, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu czwartek, 17 wrzesień 2009

Jest to z całą pewnością film wymykający się wszelkim konwencjom i nie można o nim powiedzieć, że jest filmem wojennym, tak samo, jak że jest to komedia (nawet czarna). Nie da się też powiedzieć, że jest to film “o czymś”, choć fabuła “Bękartów” trzyma się kupy i jest opowiedziana po mistrzowsku. Ta opowieść o oddziale amerykańskich Żydów, skalpujących nazistów w okupowanej Europie nie jest na pewno przykładem hollywoodzkiego trywializowania II wojny światowej i samej Europy. Film ten stanowi jednak na pewno przełom i jest dla Europejczyka na pewno ozdrowieńczym szokiem. Bo czyż pokazywanie najstraszliwszego aspektu II wojny światowej, jakim była eksterminacja europejskich Żydów w konwencji amerykańskiego filmu przygodowego nie jest wyrazem artystycznego bohaterstwa?

Quentin Tarantino wychodzi z tej próby zwycięsko. Jest to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w ciągu ostatniego roku. Tarantino z gracją godną mistrza bawi się konwencjami i stać go w tej zabawie na dużo więcej, niż każdego innego reżysera. Elementy surrealistyczne wprowadza z ogromną lekkością, wystarczy przypomnieć fajkę Standartenführera Hansa Landy  - “Łowcy Żydów” z pierwszej sceny filmu (genialna, godna Oskara, rola Christopha Waltza), gips na nodze Bridget von Hammersmark czy komiksowa postać sierżanta Donnego Donowita (w tej roli “polakożerca” Eli Roth) – “baseball bat-swinging Nazi huntera”. Nawet okrucieństwo, którym film wręcz ocieka, bawi, choć czasami trudno patrzeć na sceny skalpowania nazistów przez komandę Aldo Raine’a.

Finałowa scena, w której widzimy płonące kino i ginących w płomieniach nazistowskich luminarzy z Hitlerem i Goebellsem na czele, przywołuje naturalnie skojarzenia z Jedwabnem. Ciekawe, czy Tarantino świadomie zamienił miejscami ofiary i katów w tej scenie. Opowiedziana w “Bękartach” alternatywna wersja historii nie jest przez widza traktowana na poważnie, pewnie dlatego, że historyczne postaci liderów III Rzeszy zostały przedstawione w sposób bardzo karykaturalny. Prawdopodobnie dlatego film dostarcza dużo śmiechu i rozrywki. Podejrzewam, że większość spośród tych, którzy obejrzeli film, będzie podobnego zdania, a dla osób, które nie obejrzały “Bękartów”, to, że film o II wojnie światowej, nawiązujący do holokaustu, może być źródłem świetnej zabawy, będzie to trudne do pojęcia. Najlepiej więc przekonać się samemu.

Jan Błoński, Sławomir Mrożek, “Listy 1963-1996

Opublikowany w listy, literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu niedziela, 21 grudzień 2008

42219

Ten liczący z górą trzydzieści lat historyczny  zapis korespondencji dwóch przyjaciół-literatów zainteresował mnie z powodów bardzo aktualnych. Mam bowiem wrażenie, że tak jak druga wojna światowa przestała być dla współczesnych pokoleń wydarzeniem niejako je definiującym, tak nie przestaje nim być okres PRL-u. Czy to bezpośrednio, przez teczki, podpisy i wspomnienia przesłuchań, czy też na płaszczyźnie bardziej symolicznej, Polacy pierwszej dekady XXI wieku borykają się z prawie pięćdziesięcioletnią spuścizną Polski Ludowej. I, co nietrudno dostrzec, borykają się z nią bezowocnie, potykając się co kroku o swą nieodległą przeszłość, a brzydkie strupy po tych potknięciach za nic nie pozwalają się goić.

Tak właśnie, to nie blizny a strupy pozostawia na naszej zbiorowej tożsamości PRL. Powierzchowne, a jednocześnie dolegliwe, bo nieustannie swędzące zadraśnięcia,  które dla jednego nie stanowią żadnej uciążliwości, a dla innego – przeszkodę nie do pokonania w codziennym życiu. Wszystko zależy od wrażliwości.

To właśnie Błońsko-Mrożkowe zmagania z PRL-em mogą stanowić klucz do rozwikłania problemu posocjalistycznych strupów na polskich kolanach. Listy, które ci dwaj przyjaciele wymieniali szczególnie intensywnie w latach 60. XX wieku, kiedy to Mrożek przebywał we Włoszech, a Błoński kursował pomiędzy Francją a Polską, stanowią dokument nie do przecenienia. Oto unikalny w skali polskiej literatury powojennej tekst ludzi uwiłkanych po uszy w PRL pisany z perspektywy czasowego lub stałego emigranta.

Lektura codziennej korespondencji, tak intenstywnej i prowadzonej przez osoby sobie bliskie, to wyzwanie dla amatora. Jednak listy Błońskiego i Mrożka z nawiązką wynagradzają trud zmierzenia się z tym kilkusetstronnicowym tomem. Oczywiście, najciekawiej jest wtedy, gdy przyjaciele zbaczają z tematów osobistych i, wówczas, aktualnych, podejmując problemy z pogranicza społeczeństwa, kultury i polityki. Szczególnie cenne są uwagi Mrożka, który – choć pozostając poza krajem – zachowuje głębokie wewnętrzne zaangażowanie w sprawy polskie i nawet ze znacznej odległości geograficznej, głęboko angażuje się emocjonalnie w Polskę. Czyni to jednak z nie dającym się przecenić dystansem i ironią (przede wszystkim tą auto-).

Autorzy i zarazem bohaterowie korespondencji zmagają się z PRL-em w sposób, którego nie możemy zarzucić dzisiejszym lustratorom. Robią to bowiem z wdziękiem i lekkością, a zarazem namysłem i umiarem. Dylematy moralne, na które dzisiaj patrzymy z perspektywy teczek i IPN-owskich dochodzeń, dotyczyły Mrożka i Błońskiego bezpośrednio, choćby z powodu wielokrotnych wyjazdów za granicę i związanej z tym konieczności wydania paszportu. Zaskakujące, że w tamtej, niewesołej rzeczywistości Gomułkowskiej Polski lat 60., na przymusowym wygnaniu, można zachować racjonalizm, lekkość i ironię, których tak brakuje dzisiejszym arbitrom w historycznych sporach, którzy zamiast zaczytywać się Dostojewskim, powinni zacząć od spojrzenia na siebie samych i lektury Mrożka.

Notatki robione podczas lektury.

Artur Klinau “Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca”

Opublikowany w literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu sobota, 1 listopad 2008

Kiedy bierzesz do rąk książkę z “Czarnego“, dodatkowo wydaną w serii Sulina, oczekujesz historyczno-socjologiczno-antropologiczno-filozoficznego reportażu o Europie Środkowo-Wschodniej. Chcesz po raz kolejny doznać tego otwierającego wrażenia jedności charakteru ludów tej części świata, tego charakterystycznego rozkroku pomiędzy Wschodem a Zachodem, gdzie południowy entuzjazm miesza się z północnym opanowaniem, a zachodnia kultura filozofii, racjonalizmu i nauki spotyka wschodnią duchowość, intuicję i mistycyzm.

Nie ma się co łudzić, Artur Klinau nie pisze o Europie Środkowowschodniej. Książka “Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca” to rzecz o miejscu na Wschodzie. Zdaje się wręcz, że literatura Klinaua spycha Mińsk na wschód jeszcze bardziej, niż to miasto w rzeczywistości tam jest.

Artur Klinau jest architektem, dlatego ta książka opowiada o Mińsku wyłącznie jako miejscu. Pomija to, co na przykład u Stasiuka, jest najważniejsze: ludzi, a w szczególności narratora. Dla Klinaua Mińsk jest miastem Placów, Prospektów, Ulic i Pałaców. Są one budowane i burzone przez Wielkich Metafizyków, którzy nie są ani ludźmi, ani instytucjami, ani bogami.

Fot. własna

Mińsk w rzeczywistości jest monumentalny, jak pisze Klinau. W rzeczywistości jest też sowiecki. Monumentalizm i sowieckość w rzeczy samej sprawiają, że jednostka traci swoją podmiotowość, że przypomina mrówkę przechodzącą z trwogą obok przerastających ją o tysiąckroć gmachów. W tej zaplanowanej przez Metafizyka przestrzeni umieszczono ludzi, którzy, we wspomnieniach przytaczanych przez Klinaua, sami czują się nieco zawstydzeni swoją obecnością w Mieście Słońca. Wydaje się jednak, że mieszkaniec Mińska w interpretacji Klinaua przestaje być człowiekiem Wschodu, a jest wyłącznie człowiekiem sowieckim, ubezwłasnowolnionym, pełnym wdzięczności do władzy pomieszanej ze strachem, szczęśliwym z życia w Mieście Słońca. Źródła tych postaw zakopuje Klinau bardzo głęboko, pisząc na przykład, że strach przed zwolnieniem z pracy czy relegowaniem z uczelni są na Białorusi obawami czysto atawistycznymi, takimi, które można nazwać podświadomym strachem przez Głodem.

Fot. własna

Klinau popełnia błąd, nakładając na Mińsk kliszę chłodnego języka architektury okraszony bizantyjsko-sowiecką okrasą. Mińsk taki nie jest. Przewodnik po tym mieście nie może być pisany przez jego mieszkańca, ponieważ nie potrafi on dostrzec rzeczy zasadniczych dla Mińska. Wychowany w paradygmacie sowieckim, Klinau, stosując bizantyjskie metafory z – jego zdaniem – przymrużeniem oka, staje się ich niewolnikiem. Czytelnik wyraźnie dostrzega, jak atrakcyjna z początku wizja betonowego Mińska oczami dziecka, w dalszym ciągu opowieści staje się pułapką, błędnym kołem. Pod koniec opowieści Klinau ucieka przed samym sobą, swoim językiem i Mińskiem, do Wilna, które daje pisarzowi możliwość oderwania się od narzuconego sobie, zniewalającego rygoru formy.

Fot. własna

Tyle, że Wilno to miasto na wskroś europejskie, gdzie łatwiej odnajduje się mieszkaniec Berlina niż Warszawy. Pisząc o Wschodzie należy powrócić do Mińska, gdzie w rzeczywistości załamuje się europejskość, a Wschód i Zachód ukazują się w bardzo konfrontacyjnym układzie. Nie da się tego opisać, nie odwołując się do wewnętrznych wrażeń. Nie da się tego zrobić chłodząc opis i używając języka sowieckiej propagandy.

Klinau, chętnie powracając do wielkolitewskich korzeni Mińska, zdaje się uważać sprawę europejskiej tożsamości tego miasta za przegraną. Gorzkie zakończenie książki, w której pojawia się nowy Metafizyk – Prezydent – jest z jednej strony pocieszające, bo mówi o tym żywiole, które próbuje kruszyć mury, z drugiej jednak smutne, bo wskazujące, że Miasto Słońca, niezależnie do zapału mrówek próbujących kruszyć Pałace, na zawsze pozostanie pochmurne.

Jurij Andruchowycz “Tajemnica”

Opublikowany w literatura przez Radek Oryszczyszyn w dniu środa, 23 lipiec 2008

Tytuł nie kłamie – to bardzo tajemnicza książka. Nie tylko ze względu na oryginalny zabieg stylistyczny, polegający na wywiadzie-rzece z wymyślonym dziennikarzem, Egonem Altem. Oto Andruchowycz wymyśla nieistniejącą postać, która przeprowadza z nim samym wywiad, by następnie ją uśmiercić w nieistniejącym wypadku samochodowym. Zapis tego wywiadu jest właśnie treścią “Tajemnicy”.

Jest to więc opowieść wielowymiarowa. Do tego już nas Andruchowycz przyzwyczail. Tym razem jednak, po części dzięki temu wymyślonemu wywiadowi o prawdziwym życiu Andruchowycza, owa wielowymiarowość jest rozpięta jak nigdy dotąd. Zacznijmy od wymiaru najbardziej oczywistego (co wcale nie oznacza, że tym samym odbieramy mu jego wyjątkowość). “Tajemnica” to autobiograficzna bildungsroman, żywo snuta opowieść o dojrzewaniu pisarza w rzeczywistości Ukraińskiej Republiki Ludowej lat 60. i 70. XX wieku. Andruchowycz skupia się przede wszystkim na wątku przekraczania granic, nie tylko tych geograficznych. Mamy więc z mistrzowskim kunsztem opowiedziane wyjście pisarza z dzieciństwa, inicjacje w alkohol, kobiety, muzykę, narkotyki. Mamy wreszcie barwną opowieść o służbie wojskowej pisarza. Rzeczywistość sowieckiej odwilży lat 70. przypomina jako żywo świat PRL-u epoki Gierka. Zaskakuje też wspominane przez Andruchowycza poczucie schyłku Imperium.

Narracja wspomnieniowa, smaczny kąsek dla każdego zainteresowanego historią, lub po prostu miłośników opowieści o dojrzewaniu (takich jak ja), to tylko powierzchnia treści tej książki. Z rozkoszą płynąc po kolejnych latach, miejscach i ludziach, wspomnianych przez Andruchowycza, z każdą stroną coraz niecierpliwiej oczekuje się, kiedy wreszcie pojawi się jakiekolwiek nawiązanie do tytułowej Tajemnicy. Bo żywot autora “Perwersji” jest na pewno niebanalny, ciekawy i godny książkowej opowieści. Ale za nic nie można go nazwać tajemniczym.

Co jest więc tą tajemnicą, skoro nie jest nią również zdradzona na samej okładce fikcyjność wymyślonego przez Andruchowycza dziennikarza? Podejrzewam, że cokolwiek da się napisać w celu wyjaśnienia owej “tajemnicy”, nawet gdyby motywem tego była perwersyjna (sic!) chęć popsucia kolejnym czytelnikom książki zabawy, raczej pogłębi tajemnicę tajemniczości tej opowieści. Wszystko (lub nic), wyjaśnia (lub nie) na ostatnich kartach powieści, ale by do nich dotrzeć, trzeba przepłynąć przez tą genialną opowieść. Do samego końca!

Andrzej Wajda “Katyń”

Opublikowany w film, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu piątek, 21 marzec 2008

Najnowszą produkcję Wajdy obejrzałem już jakiś czas temu, ale wówczas warunki nie były na tyle komfortowe, bym mógł sprawę “Katynia” głębiej przemyśleć. Sprawa jest warta głębszej refleksji, ponieważ moja opinia o filmie Wajdy jest zdecydowanie krytyczna. Cieszę się, że Oskar przebiegł nam koło nosa, ponieważ gdyby stało się inaczej, straty byłyby jeszcze większe.

Problem z Andrzejem Wajdą polega na tym, że jest on świetnym reżyserem. Warsztatowo nie ma sobie równych w Polsce. W parze z niewątpliwym kunsztem, a nawet artyzmem, idzie jednak daleko idący oportunizm, relatywizm i permisywizm moralny. Z tego właśnie powodu uważam “Katyń” za film nieszczery, film, który tragiczną kartę polskiej historii traktuje w sposób bardzo instrumentalny.

“Katyń” to pięknie, z rozmachem nakręcona historia powojennych losów rodzin (w szczególności matek, żon, sióstr i córek) polskich oficerów pomordowanych wiosną 1941 roku przez NKWD w lasach Charkowa, Katynia i Miednoje. Fakt ten był przez cały okres PRL-u objęty nakazem milczenia. Milczano więc, choć wszyscy wiedzieli, kto odpowiada za zbrodnię.

Tym, co w filmie Wajdy autentyczne, wzruszające i mocne, to właśnie sceny internowania, transportu, a szczególnie samej egzekucji. Świetna rola Jana Englerta jako jednego z zamordowanych generałów, równie dobry Artur Żmijewski. Te sceny robią naprawdę ogromne wrażenie i pokazują, na co stać Andrzeja Wajdę – artystę filmowego.

Dużo gorzej wypada jednak Andrzej Wajda – moralizator. Sam pomysł, aby zbrodnię katyńską opowiedzieć oczami kobiet oczekujących na swoich ojców, mężów, synów czy braci jest świetny. Scena, w której jeden z internowanych odmawia swojej żonie ucieczki i opuszczenia pozostałych jeńców zdawała się zapowiadać bardziej przejrzyste i mądre nakreślenie dylematów, przed jakimi stają bohaterowie.

Wajdzie nie udało się ani przekonująco wydobyć tragizmu ludzi, którzy musieli wyrzec się swoich bliskich – zakopanych w sowieckich dołach – ani pokazać mądrości i odwagi tych, którzy nie chcieli zapomnieć. Postać młodzieńca, który po wojnie wychodzi z lasu i – składając podanie o przyjęcie do szkoły bez skrupułów i żadnych wątpliwości upiera się, by w kwestionariuszu pozostał ślad o tragicznej śmierci ojca-oficera – płaci za swoją kompromisowość szybką, groteskową, wręcz absurdalną śmiercią. Temu, który był całkowicie kompromisowy, Wajda poświęca kilka minut filmu, koncentrując się na niezbyt przekonującym wydobywaniu tragizmu tych, którzy zdecydowali się na kompromisy.

Morał z historii katyńskiej opowiedzianej przez Wajdę jest następujący. Ci, którzy wyrzekli się swojej historii mają w gruncie rzeczy o wiele gorzej od tych, którzy się nie złamali. Honorowi polscy oficerowie, ludzie męczeni w ubeckich więzieniach, są mniej wartościowi od tych, którzy ze swoją traumą kluczyli i kluczą, pamiętając, nie pamiętając, chcąc i nie chcąc zapomnieć. Trudno mi zaakceptować taką perspektywę.