Lektury

Komety “Akcja V1″

Opublikowany w Blogroll, muzyka, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu niedziela, 25 listopad 2007

W wywiadach promujących płytę wokalista i lider Komet Lesław tłumaczy, dlaczego nowe wydawnictwo zespołu nosi tytuł “Akcja V1″.

 

Chodzi o akcję polskiego zbrojnego podziemia podjętą w czasie okupacji hitlerowskiej, której celem było zniszczenie niemieckich rakiet V1 i V2. W znacznym stopniu zmieniła ona losy II wojny światowej. Tytuł ma znaczenie symboliczne. Spełniło się marzenie Hitlera – Polacy są tanią siłą roboczą wykorzystywaną przez Zachód. Polskie media lansują „gwiazdy”, którzy podrabiają obce wzorce. Tracimy tożsamość narodowa. To wymaga podobnej akcji.

Zarówno w przytoczonym powyżej wyznaniu, jak i na nowej płycie Komet dominuje Akcja V1nastrój goryczy, zniechęcenia, żalu i smutku. Gorycz ta ma różne przyczyny: może nią być poczucie odklejenia od rzeczywistości, na którą jest się skazanym (Wyglądasz źle), konieczność dokonywania bolesnych kompromisów, będących ceną za obecność w szołbiznesie (Nie ufaj nikomu), bezwzględny świat przemysłu fonograficznego (Nikt nie kupuje twoich płyt). Lesław krytykuje też gorzko “produkty” owego przemysłu w punkowym Pozerze; Nie masz swojego stylu, poprawiasz innych styl, jesteś nieudaną kopią kogoś kim nie możesz być.

I nawet piosenki optymistyczne przejawiają właściwą osobowości Lesława pozycję przegranego outsidera. Jeden z najlepszych utworów na płycie, Wreszcie w ciąży, to historia desperackiej walki z samotnością, na którą antidotum jest dziecko. Samotna dziewczyna patrząca na test ciążowy i płacząca ze szczęścia, że już nigdy więcej nie będzie musiała być sama.

Płyty Komet od zawsze pozostawiały wiele do życzenia, gdy idzie o spójność. Całkowitym nieporozumieniem są zarówno utwory instrumentalne, jak i piosenki po angielsku. Lesław, którego bez wahania można nazwać poetą polskiego rokendrola, marnuje w ten sposób po prostu miejsce na – i tak krótkiej – płycie.

Akcja V1 to wydawnictwo bardzo nierówne. Są momenty olśniewające, jak dwie podobne stylistycznie i tekstowo miejskie ballady: Wyglądasz źle oraz Spotkajmy się pod koniec sierpnia, opowiadające o samotności w wielkim mieście, umykających wakacjach, marzeniach o ucieczce i niemożliwości realizacji marzeń. Nie pogniewałbym się, gdyby cała płyta brzmiała w ten sposób. Zabierz mnie do domu to tradycyjny rokendrolowy numer, chwilami nawet trochę glam-rockowy, przypominający niektóre momenty brytyjskiej muzyki lat 70. Z kolei Nikt nie kupuje twoich płyt to ryzykowna, acz udana, stylizacja na muzykę swingową, piosenka zaaranżowana tylko na instrumenty perkusyjne i kontrabas. Nie ufaj nikomu i Pozer z kolei to energetyczne rockabilly przypominające późne dokonania legendarnej, nieistniejącej Partii. Najnowocześniejsze harmonie prezentują Komety w Nie ufaj nikomu, który to utwór przypomina nieco dokonania współczesnych zespołów new-punkowych, bo pobrzmiewa w nim trochę Strokesów, trochę Interpolu.

Różnorodność stylistyczna z jednej strony i spójność nastroju z drugiej, to chyba najbardziej odpowiednia charakterystyka Akcji V1. Nie widzę tutaj potencjału dywersyjnego, do czego nawiązuje tytuł płyty. Szkoda, że swoją inspirującą gorycz Lesław wylewa w tak wielu kierunkach. Lepiej by było, gdyby smutek i zniechęcenie towarzyszyło Kometom szybującym w kierunkach słów-kluczy: miasto, samotność, Warszawa. Miejskie outsiderstwo wychodzi Lesławowi zdecydowanie najlepiej.

 

Magda Patryas “T. Love – Potrzebuję wczoraj – oficjalna biografia”

Opublikowany w Blogroll, historia, muzyka, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu piątek, 23 listopad 2007

Nie będę ukrywał, że miałem związane z tą książką bardzo rozbudzone oczekiwania. Zespół Muńka Staszczyka to w dużym stopniu towarzysz mojego dojrzewania, nie tylko muzycznego. Mój pierwszy koncert rockowy, na którym byłem, to właśnie T.Love w roku 1994 występujący w nieistniejącym już klubie studenckim ACK. Promowali wtedy płytę “King”, która była bez wątpienia najwięcej razy odtwarzaną kasetą (bo płyt jeszcze wtedy nie było) w moim magnetofonie marki Unitra. I gdyby nie Staszczyk i ten King z miasta świętej wieży, co to całował się z papieżem, pewnie dalej słuchałbym New Kids On The Block.

Stało się inaczej, stąd moja wielka wdzięczność i sentyment do tego zespołu, którego słucham od tego czasu konsekwentnie (czyli już przeszło 13 lat). Na koncertach już co prawda nie bywam, ale roszczę sobie bez oporów prawo mienienia się starym fanem T.Love. Dlatego bez większych oporów i wyrzutów sumienia pozwolę sobie skrytykować pracę Magdy Patryas.

“Potrzebuję wczoraj” to próba ukazania historii zespołu na tle zmieniających się okoliczności społeczno politycznych, od początków w ponurym i siermiężnym stanie wojennym, przez euforyczny, wiosenno-rewolucyjny czas przełomu lat 80. i 90., po stabilną, rozpasioną erę dojrzałego kapitalizmu lat 2004-2006. Autorka próbuje budować tzw. “tło” wydarzeń, lecz robi to wyjątkowo nieudolnie. Razi przede wszystkim powierzchowność i ciężki, niezgrabny język, wyjęty wprost ze szkolnej gazetki lub amatorskiego fanzina. Jeśli autorka decyduje się na to, by kreślić kontekst społeczno-polityczny wydarzeń i okoliczności, której determinowały rozwój zespołu, powinna sięgnąć głębiej, niż do poziomu tego, kto w danym momencie był premierem, albo do faktu reglamentacji alkoholu w czasie, gdy T.Love odbywał swój pierwszy koncert. Nakreślenie historycznego kontekstu wydarzeń powinno mieć na celu dostarczenie czytelnikowi atmosfery, klimatu tamtych czasów. Tego jednak nie dostajemy. I mam wrażenie, że winy za to nie należy zrzucać na brak świadomości autorki co do potrzeby tej dogłębności, ale po prostu na brak umiejętności. O niebo lepiej pod względem autentyczności i żywotności językowej wypadają same wypowiedzi bohaterów – członków zespołu i tak zwanych osób towarzyszących. Autorka strzela sobie w dużym stopniu bramkę samobójczą, obszernie cytując na przykład inną książkę o zespole – “T. Love – dzieci rewolucji”, której autorem jest sam Muniek. O ile więcej jest tam autentyczności i rzeczywistego klimatu w jakim rodził się i rozwijał zespół! Próby Magdy Patryas wypadają na tym tle blado.

Drugim problemem, który wpływa negatywnie na odbiór tej książki, jest brak zdecydowania autorki, o czym tak naprawdę chce pisać. Czy ma być to książka o Muńku, czy o T.Love? Wiadomo, że Staszczyk i T.Love to jedno, ale skoro tak, to dlaczego autorka z taką dociekliwością pisze o osiedlu, w którym urodził się i wychował Staszczyk, pomijając natomiast jego życie towarzyskie w liceum, efemeryczną karierę zespołów Gary i Gitary czy Paul Pavique Movement, studia polonistyczne Staszczyka i kilka innych ważnych momentów w jego życiorysie? Wydaje się, że są one niezwykle ważne dla historii T.Love. Podobnie jak brakuje na przykład porządnej analizy teledysków T.Love. Jest tylko krótka wzmianka o “Kołysance” po angielsku w “My Blood Your Blood” oraz kilka słów o kręceniu “Warszawy”. Wybór zdjęć ozdabiających książkę zdradza, że materiały się dawno wyczerpały. Po co bowiem zdjęcia Paul Pavique Movement, skoro tak naprawdę o tym zespole nie ma w książce wzmianki?

Trzecim niezwykle drażniącym mankamentem książki jest zbyt wielkie skoncentrowanie autorki na – bardzo często nieistotnych – “ruchach kadrowych” w zespole. Z drugiej strony, brakuje na przykład uczciwej analizy twórczości T.Love na obu płaszczyznach: tekstowej i muzycznej. Tej pierwszej trochę co prawda jest, jednak zdecydowanie za mało, jeśli brać pod uwagę fakt, że jedną z największych sił zespołu zawsze były teksty. Śmiertelnym grzechem jest natomiast macosze potraktowanie inspiracji muzycznych zespołu: wczesnych fascynacji glam rockiem i clashowym punk-rockiem, następnie epoki “rollingstone’owania”, potem powrotem do punk-rocka, miszmaszu epoki “Al Capone’a”, muzyki brytyjskiej w “Antyidolu” itd. W pożądnej biografii każda płyta powinna być opisana i zinterpretowana piosenka po piosence, wers po wersie. W “Potrzebuję wczoraj” jest to potraktowane zbyt pobieżnie.

Zamiast tego autorka brnie w niepotrzebne analizy i usprawiedliwiania się jednych członków zespołu przez drugich z tego, kto się na kogo obraził, kto komu nie zapłacił itd.. Lektura tych wzajemnych oskarżeń i przebaczeń mierzi, a czytelnik nie może się doczekać, kiedy w końcu doczeka się czegoś o muzyce i tekstach. Chwilami wręcz zapominamy, że czytamy biografię zespołu rockowego, wygląda to bardziej na historię firmy, w której trwa nieustanna walka o pieniądze.

Ale być może o to chodziło, być może miała to być historia zespołu chłopaków, którzy po prostu chcieli grać muzykę alternatywną, zespołu, który to zespół przekształca się w finale w kapitalistyczne przedsiębiorstwo “dojące” peeleny od bezrozumnych fanów. Taka jest mniej lub bardziej wyraźnie wyrażona teza Pawła Dunina-Wąsowicza, który na końcowych kartach książki pisze o współczesnym T.Love właśnie jako o przedsiębiorstwie handlowym, sprzedającym muzykę. Ale skoro tak, to w jakim celu – jako dodatek do książki – umieszczono nużące notki uczestników forum internetowego fanów zespołu. Z jednej strony mamy tezę o całkowitym skomercjalizowaniu się zespołu, z drugiej, miłe choć niepotrzebne historie z cyklu “jak trafiłem na forum i na ilu koncertach T.Love byłem do tej pory”. Nie współgra to ze sobą, a wręcz się gryzie.

Przywilej promowania tej książki jako “oficjalnej biografii” jest daleko idącym nieporozumieniem. Dla mnie oficjalną biografią pozostają “Dzieci rewolucji”. Jedynym pocieszeniem jest dodatek do książki w postaci płyty z kilkoma rarytasami, z “przedbenedkowym” wykonaniem Warszawy przez Staszczyka i Dunin-Wąsowicza.

Muzyka Końca Lata “2:1 dla dziewczyn”

Opublikowany w Blogroll, muzyka, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu środa, 21 listopad 2007

Ktoś napisał o drugiej płycie Interpol “Antics”, że to nie jest najlepsza płyta roku, ale na pewno najpiękniejsza. Podobnie, bez cienia wątpliwośc, mogę powiedzieć o drugiej płycie chłopaków z Mińska Mazowieckiego. To pewnie nie będzie najlepsza płyta roku (tutaj Muzyka Końca Lata ma u mnie poważnego konkurenta – poznańskie Muchy – nowa płyta jest już podobno w sklepach), ale – proszę mi uwierzyć – to jest na pewno najszczersza muzyka, jaką wydobyto z krtani, gitar i bębnów między Odrą a Bugiem w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Hipohopowcy deklamujący o zasadach, szacunku i ciężkim życiu ulicy powinni pobierać lekcje ze szczerości u Zmywaka u spółki. Choć wątpię, aby do takich nauk kiedykolwiek doszło.

Bo kiedy w otwierającym płytę utworze słyszymy: bo wszystko to, co widziałem bez ciebie nie liczy się nie ważne jest bo bez ciebie i woda i słońce i las nie liczy się nie ważne jest, wtedy pozorna, a być może rzeczywista, banalność tego wyznania dociera ścieżkami wrażliwości, o które się samego siebie nawet nie podejrzewało. Podobnych momentów na tej płycie jest więcej, fraz napisanych w natchnionym porzuceniu kryterium trywialności. …za oknami mokro jest, ostatni śnieg tej zimy; wkrótce trzeba będzie zejść i kupić coś ze sklepu; nie teraz, pójdziemy później ubrania wiszą na sznurze; bąbelkowa płynie krew w łóżku zostaniemy dłużej.

Na drugiej płycie Zmywak skoncentrował się na tematyce miłosnej dołączając z powodzeniem do tekściarzy polskich, którzy są mistrzami pisania i śpiewania o uczuciach: Piotra Klatta z nieistniejących już Róż Europy, Grabaża oraz Muńka Staszczyka. Absolutnym majstersztykiem jest dziewiąty utwór na płycie, gdzie podmiot liryczny zmaga się z niepokojąco-lirycznym poczuciem osamotnienia, oczekując odpowiedzi na krótką wiadomość tekstową wysłaną do sympatii. Zupełnie rozbrajają pieszczotliwe zwroty, którymi obdarzana jest sympatia: Dzidziu, ostatni pociąg uciekł mi….; Mała, malutka proszę odpisz mi, w oczekiwaniu serce drży…..; ja będę czekał tu dzidziu tak blisko najbliżej jak się tylko da. Brzmi to wszystko naprawdę przekonująco i roztkliwiająco.

Wszystkie piękne teksty na tej płycie otoczone są ładnymi, bardzo piosenkowymi, gitarowymi melodiami. Zmywak nie jest wielkim wokalistą, wspomaga go natomiast legendarna Karotka z Kawałków Kulki (z niecierpliwością czekam na płytę), której głos urzeka aksamitnym ciepłem.  Szczególnie pięknie to wszystko brzmi w piosence, która powinna stać się z kilku powodów nowym singlem. Mam na myśli W środę wieczorem, jeden z pierwszych utworów o problemie emigracji młodej polskiej krwi na Zachód. Pierwszym udanym tekstem na ten temat jest Londyn dzwoni Radio Bagdad, na melodię London Calling Clashów. Tak jednak jak chłopaki z Radia Bagdad potraktowali temat emigracji z proletariacko-punkową zajadłością, tak w piosence MKL mamy piękną śpiewaną rozmowę: o kochana, tutaj nie ma dla mnie pracy, tam zarobię i wrócę znów – o mój miły, mam pod sercem ziarnko życia, tak bym chciała byś przy mnie był.

Jest na tej płycie więcej świetnych smaczków, subtelnych obserwacji. Jest na przykład piosenka o nocnym poszukiwaniu smakołyków w lodówce w Ona nie chce jeszcze spać, czy o dziewczętach z prowincjonalnego liceum w Piękna 7A.

 Na koniec osobiste zwierzenie. Płyta 2:1 dla dziewczyn przez dobre 2 tygodnie gościła zapętlona w moim samochodowym odtwarzaczu. Właśnie w czasie, kiedy na miasteczka opadała mgła, na polach fruwały liście, a przechodnie kulili się od z każdym dniem chłodniejszego, jesiennego wiatru. Muzyka Końca Lata świetnie wyraża nastrój jesieni na prowincji. To muzyka małych miasteczek, bardzo prosta, szczera i piękna. Serdecznie polecam.