Lektury

Michał Witkowski “Margot”

Opublikowany w literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu wtorek, 6 październik 2009

Leitmotywem nowej książki Witkowskiego jest metamorfoza. Bohaterowie powieści dokonują trangresji, przekraczają samych siebie, tworzą kogoś zupełnie nowego. I tak, niepełnosprawna dziewczynka na wózku powstaje, podróżując po Polsce jako Święta Joanna od Tirowców (stając się współczesną wersją św. Krzysztofa), tytułowej Margot, która z kobiety staje się mężczyzną i rusza w trasę pełną męskich przygód, czy wreszcie Waldka Mandarynki: prostego chłopaka spod Suwałk, błyskotliwie zdobywającego polski szoł-biznes, by w końcu z hukiem z niego wylecieć.

Opowieści o Asi i Margot były nudne jak flaki z olejem. Prawdopodobnie dlatego, że poetyką i narracją niczym się nie różniły od poprzednich powieści Witkowskiego. Co innego Waldek Mandaryna. Nie dość, że Michał Witkowski pokazuje, że potrafi świetnie opowiadać nie tylko o brudnym świecie dziwek, przydrożnych moteli i zajazdów, brudnych i brutalnych mężczyzn w przepoconych podkoszulkach z “siateczką”, ale również o świecie blichtru, drogich perfum, zamkniętych imprez dla VIP-ów i warszawskiego glamour, to historia o tym, jak Waldek Jesionka, przystankers spod Suwałk przeistacza się w gwiazdę estrady i stałego bywalca serwisów plotkarskich jest po prostu bardzo dobrze skonstruowaną opowieścią, posiadającą swój początek, określoną dynamikę i spektakularny koniec. Tego zawsze brakowało mi u Witkowskiego: narracji, która trzymałaby się kupy, zamiast querrowskiego flowu – zabawnego i po mistrzowsku napisanego, ale czasami trudnego do strawienia, jeśli trwa on dwieście stron.

Czytając o Waldku Mandarynie, polskiej wersji mitu “od pucybuta do milionera i z powrotem”, miałem przyjemność obcowania z literaturą opowiadającą o współczesnej Polsce, takiej jak ją znam z gazet i internetu, opowiedzianą w klasycznej (sic!) formie. Choć trudno sobie wyobrazić, by taka była intencja Witkowskiego, który pracuje raczej nad tym, by te wszystkie konwencje łamać, to – w rzeczywistości – tak było. Gdyby nie trzeci rozdział, napisałbym, że Witkowski się wypalił i skończył. Na szczęście tak nie jest. Autor Lubiewa po raz kolejny zachwyca niezwykłym słuchem językowym, wielką intuicją estetyczną i socjologiczną. “Margot” Witkowskiego jest chyba najlepszą do tej pory kroniką Polski lat 90.: kraju, w którym stykają się nierzadko bezpośrednio brudny przystanek PKS, na ktorym pije się tanie wino, podpala rozkłąd jazdy i trwoni czas, z światem torebek od Armaniego, telewizyjnych show i backstage’u sylwestrowych gal na rynku.

Yukio Mishima “Zimny płomień”

Opublikowany w literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu sobota, 21 marzec 2009

zimny-plomien_yukio-mishimaimages_big25978-83-247-0398-2Rekomendacja bardzo nieoczywista: Jadwiga Staniszkis w swojej książce autobiograficznej wymienia Mishimę w gronie swoich ulubionych autorów. Jako że autorefleksyjność Staniszkis robi na mnie piorunujące wrażenie, postanowiłem spradzić pisanie kogoś, kto robi piorunujące wrażenie na Staniszkis.

Yukio Mishima to postać bardzo wyjątkowa, głównie ze względu na okoliczności nieoczekiwanej śmierci. 25 listopada 1975 roku popełnia rytualne samobóstwo sepuku poprzez rozcięcie sztyletem swojego brzucha.

Zbiór opowiadań “Zimny płomień” dostarcza czytelnikowi przeglądu bogatej twórczości Mishimy. Książkę rozpoczyna klasyczne w budowie, wycyzelowane do najdrobniejszego szczegółu, subtelne i jednocześnie głębokie opowiadanie o tytule takim samym jak cała książka. Widać w nim chyba najlepiej, w jak genialny sposób za pomocą powściągliwej stylistyki potrafi Mishima konstruować sytuacje o ekstremalnym emocjonalnie natężeniu. Fabuła “Zimnego płomienia” rozgrywa się w kontekście tradycyjnego japońskiego teatru kabuki i opowiada historię homoseksualnych relacji pomiędzy znakomitym aktorem ról damskich Magiku, młodym reżyserem Kawasakim, a teatralnym asystentem Masuyamą, obserwującemu rozwijający się romans. Choć historia kipi emocjami miłości, zazdrości, lęku i radości, skonstruowana jest z wielkim pietyzmem i wyczuciem literackiej przestrzeni.

Tytułowe opowiadanie jest maksymalnie klarowne i przejrzyste kompozycyjnie, a jednocześnie przesycone ogromnymi emocjami. Podobne rzeczy można napisać o wszystkich pozostałych utworach składających się na ten zbiór. “Przejść wszystkie mosty” oparte jest na XVIII-wiecznej japońskiej tragedii. Szczególne wrażenie robi “Umiłowanie ojczyzny”, gdzie Mishima z niesłychaną precyzją opisuje swoje własne samobójstwo. “Perła” z kolei oparta jest na prostym schemacie kryminalnym. Banalna zguba (którą jest tytułowa perła) staje się punktem wyjścia ku budowie misternej konstrukcji podejrzeń, oskarżeń, skrywanych bądź wyrzucanych z impetem emocji.

Pisarstwo Mishimy jest jednocześnie lekkie i monumentalne, cyniczne i poważne, ulotne i ważne. Czy japoński pisarz zręcznie manipuluje tymi kategoriami, z kunsztem godnym geniusza literatury między nimi się porusza, czy też jego pisarstwo jest ponad tymi pojęciami, gdzieś o wiele, wiele wyżej?

Jan Błoński, Sławomir Mrożek, “Listy 1963-1996

Opublikowany w listy, literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu niedziela, 21 grudzień 2008

42219

Ten liczący z górą trzydzieści lat historyczny  zapis korespondencji dwóch przyjaciół-literatów zainteresował mnie z powodów bardzo aktualnych. Mam bowiem wrażenie, że tak jak druga wojna światowa przestała być dla współczesnych pokoleń wydarzeniem niejako je definiującym, tak nie przestaje nim być okres PRL-u. Czy to bezpośrednio, przez teczki, podpisy i wspomnienia przesłuchań, czy też na płaszczyźnie bardziej symolicznej, Polacy pierwszej dekady XXI wieku borykają się z prawie pięćdziesięcioletnią spuścizną Polski Ludowej. I, co nietrudno dostrzec, borykają się z nią bezowocnie, potykając się co kroku o swą nieodległą przeszłość, a brzydkie strupy po tych potknięciach za nic nie pozwalają się goić.

Tak właśnie, to nie blizny a strupy pozostawia na naszej zbiorowej tożsamości PRL. Powierzchowne, a jednocześnie dolegliwe, bo nieustannie swędzące zadraśnięcia,  które dla jednego nie stanowią żadnej uciążliwości, a dla innego – przeszkodę nie do pokonania w codziennym życiu. Wszystko zależy od wrażliwości.

To właśnie Błońsko-Mrożkowe zmagania z PRL-em mogą stanowić klucz do rozwikłania problemu posocjalistycznych strupów na polskich kolanach. Listy, które ci dwaj przyjaciele wymieniali szczególnie intensywnie w latach 60. XX wieku, kiedy to Mrożek przebywał we Włoszech, a Błoński kursował pomiędzy Francją a Polską, stanowią dokument nie do przecenienia. Oto unikalny w skali polskiej literatury powojennej tekst ludzi uwiłkanych po uszy w PRL pisany z perspektywy czasowego lub stałego emigranta.

Lektura codziennej korespondencji, tak intenstywnej i prowadzonej przez osoby sobie bliskie, to wyzwanie dla amatora. Jednak listy Błońskiego i Mrożka z nawiązką wynagradzają trud zmierzenia się z tym kilkusetstronnicowym tomem. Oczywiście, najciekawiej jest wtedy, gdy przyjaciele zbaczają z tematów osobistych i, wówczas, aktualnych, podejmując problemy z pogranicza społeczeństwa, kultury i polityki. Szczególnie cenne są uwagi Mrożka, który – choć pozostając poza krajem – zachowuje głębokie wewnętrzne zaangażowanie w sprawy polskie i nawet ze znacznej odległości geograficznej, głęboko angażuje się emocjonalnie w Polskę. Czyni to jednak z nie dającym się przecenić dystansem i ironią (przede wszystkim tą auto-).

Autorzy i zarazem bohaterowie korespondencji zmagają się z PRL-em w sposób, którego nie możemy zarzucić dzisiejszym lustratorom. Robią to bowiem z wdziękiem i lekkością, a zarazem namysłem i umiarem. Dylematy moralne, na które dzisiaj patrzymy z perspektywy teczek i IPN-owskich dochodzeń, dotyczyły Mrożka i Błońskiego bezpośrednio, choćby z powodu wielokrotnych wyjazdów za granicę i związanej z tym konieczności wydania paszportu. Zaskakujące, że w tamtej, niewesołej rzeczywistości Gomułkowskiej Polski lat 60., na przymusowym wygnaniu, można zachować racjonalizm, lekkość i ironię, których tak brakuje dzisiejszym arbitrom w historycznych sporach, którzy zamiast zaczytywać się Dostojewskim, powinni zacząć od spojrzenia na siebie samych i lektury Mrożka.

Notatki robione podczas lektury.

Henryk Dasko “Dworzec Gdański. Historia niedokończona”

Opublikowany w autobiorgrafia, literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu środa, 12 listopad 2008

daskoAutobiografia Henryka Daski jest kolejnym, obok wspomnień Stefana Mellera, świadectwem pokolenia, którego losy określił marzec’68 roku. Obie postaci – Mellera i Daskę – łączy zresztą więcej. Obu łączyła przyjaźń z Michałem Komarem, obu w ostatnich latach tragicznie zmarli zwyciężeni przez chorobę nowotworową.

Nie sposób takich książek czytać wyłącznie z perspektywy socjologicznej bądź historycznej, traktując ją wyłącznie jako dokument określonych czasów. W autobiografii Daski odnajdujemy wielki ładunek emocji związanych z trudnością w określeniu własnej tożsamości. Tak jak Meller, również Dasko zmaga się z wątpliwościami co do własnej przynależności narodowej. Jego rodzice są Żydami, ale wywodzących swoje żydostwo z bardzo różnych korzeni. Matka jest bardzo przywiązana do tradycji żydowskiej, języka, historii, religii. Ojciec – przeciwnie – przez całe życie czuje się bardziej komunistą niż przedstawicielem jakiegokolwiek narodu. Sam Dasko, poza rodowodem krwi, nie potrafi nazwać siebie inaczej, niż jako Polaka pochodzenia żydowskiego.

Henryk Dasko nie jest genialnym naratorem, ale pisanie nigdy nie było jego głównym zajęciem. Kluczowym momentem opowieści jest oczywiście marzec 1968 roku i wyjazd Henryka na przymusową emigrację. Głębokie rozdarcie i tragizm wyboru Daski uwidocznione są w sposobie opowiadania. Życie przed marcem jest barwne, niepozbawione humoru, często beztroskie. Emigracja i próby ułożenia sobie życia na Zachodzie, choć pełne sukcesów zawodowych i osobistych, opowiadane są dużo bardziej gorzko i zimno. Oba etapy życia, włącznie z opisem tragiczne zakończonej choroby nowotworowej, relacjonowane są z głębokim poczuciem odpowiedzialności za słowo, skromności i szczerości. Ta dosyć powściągliwa, skromna szczerość, jest być może największą wartością książki.

Lektura dwutomowego wywiadu z Mellerem pozostawiła mnie z poczuciem, że oto zmarł ktoś, kogo bez wątpienia mogę nazwać wielką i ważną postacią. O Henryku Dasko nie da się tak powiedzieć, co nie zmienia faktu, że ta autobiografia ma wartość równie wielką. Jej wartością jest świadectwo wielkiej zaradności, skromności i przyzwoitości człowieka, którego życie określiła polityka i historia.

Artur Klinau “Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca”

Opublikowany w literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu sobota, 1 listopad 2008

Kiedy bierzesz do rąk książkę z “Czarnego“, dodatkowo wydaną w serii Sulina, oczekujesz historyczno-socjologiczno-antropologiczno-filozoficznego reportażu o Europie Środkowo-Wschodniej. Chcesz po raz kolejny doznać tego otwierającego wrażenia jedności charakteru ludów tej części świata, tego charakterystycznego rozkroku pomiędzy Wschodem a Zachodem, gdzie południowy entuzjazm miesza się z północnym opanowaniem, a zachodnia kultura filozofii, racjonalizmu i nauki spotyka wschodnią duchowość, intuicję i mistycyzm.

Nie ma się co łudzić, Artur Klinau nie pisze o Europie Środkowowschodniej. Książka “Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca” to rzecz o miejscu na Wschodzie. Zdaje się wręcz, że literatura Klinaua spycha Mińsk na wschód jeszcze bardziej, niż to miasto w rzeczywistości tam jest.

Artur Klinau jest architektem, dlatego ta książka opowiada o Mińsku wyłącznie jako miejscu. Pomija to, co na przykład u Stasiuka, jest najważniejsze: ludzi, a w szczególności narratora. Dla Klinaua Mińsk jest miastem Placów, Prospektów, Ulic i Pałaców. Są one budowane i burzone przez Wielkich Metafizyków, którzy nie są ani ludźmi, ani instytucjami, ani bogami.

Fot. własna

Mińsk w rzeczywistości jest monumentalny, jak pisze Klinau. W rzeczywistości jest też sowiecki. Monumentalizm i sowieckość w rzeczy samej sprawiają, że jednostka traci swoją podmiotowość, że przypomina mrówkę przechodzącą z trwogą obok przerastających ją o tysiąckroć gmachów. W tej zaplanowanej przez Metafizyka przestrzeni umieszczono ludzi, którzy, we wspomnieniach przytaczanych przez Klinaua, sami czują się nieco zawstydzeni swoją obecnością w Mieście Słońca. Wydaje się jednak, że mieszkaniec Mińska w interpretacji Klinaua przestaje być człowiekiem Wschodu, a jest wyłącznie człowiekiem sowieckim, ubezwłasnowolnionym, pełnym wdzięczności do władzy pomieszanej ze strachem, szczęśliwym z życia w Mieście Słońca. Źródła tych postaw zakopuje Klinau bardzo głęboko, pisząc na przykład, że strach przed zwolnieniem z pracy czy relegowaniem z uczelni są na Białorusi obawami czysto atawistycznymi, takimi, które można nazwać podświadomym strachem przez Głodem.

Fot. własna

Klinau popełnia błąd, nakładając na Mińsk kliszę chłodnego języka architektury okraszony bizantyjsko-sowiecką okrasą. Mińsk taki nie jest. Przewodnik po tym mieście nie może być pisany przez jego mieszkańca, ponieważ nie potrafi on dostrzec rzeczy zasadniczych dla Mińska. Wychowany w paradygmacie sowieckim, Klinau, stosując bizantyjskie metafory z – jego zdaniem – przymrużeniem oka, staje się ich niewolnikiem. Czytelnik wyraźnie dostrzega, jak atrakcyjna z początku wizja betonowego Mińska oczami dziecka, w dalszym ciągu opowieści staje się pułapką, błędnym kołem. Pod koniec opowieści Klinau ucieka przed samym sobą, swoim językiem i Mińskiem, do Wilna, które daje pisarzowi możliwość oderwania się od narzuconego sobie, zniewalającego rygoru formy.

Fot. własna

Tyle, że Wilno to miasto na wskroś europejskie, gdzie łatwiej odnajduje się mieszkaniec Berlina niż Warszawy. Pisząc o Wschodzie należy powrócić do Mińska, gdzie w rzeczywistości załamuje się europejskość, a Wschód i Zachód ukazują się w bardzo konfrontacyjnym układzie. Nie da się tego opisać, nie odwołując się do wewnętrznych wrażeń. Nie da się tego zrobić chłodząc opis i używając języka sowieckiej propagandy.

Klinau, chętnie powracając do wielkolitewskich korzeni Mińska, zdaje się uważać sprawę europejskiej tożsamości tego miasta za przegraną. Gorzkie zakończenie książki, w której pojawia się nowy Metafizyk – Prezydent – jest z jednej strony pocieszające, bo mówi o tym żywiole, które próbuje kruszyć mury, z drugiej jednak smutne, bo wskazujące, że Miasto Słońca, niezależnie do zapału mrówek próbujących kruszyć Pałace, na zawsze pozostanie pochmurne.