“Świat według Mellera” – ze Stefanem Mellerem rozmawia Michał Komar
4 lutego 2008 roku zmarł Stefan Meller – wybitny historyk, dyplomata, eseista i poeta. Niedługo przed śmiercią Michał Komar – wieloletni przyjaciel Mellera – przeprowadził z nim szereg rozmów, których owocem jest książka opatrzona podtytułem “Życie i historia: ku wolności”. Zawiera ona wspomnienia Mellera od czasów dzieciństwa przypadającego na pierwsze lata po wojnie, do roku 1992, kiedy to rozpoczyna on karierę dyplomaty w wolnej już, III Rzeczypospolitej.Książka opisuje więc przede wszystkim życie rodzinne i karierę naukową Mellera. Zarówno pierwsze, jak i drugie, wplecione są niesamowicie mocno w rzeczywistość powojennej Polski. Dziadek Mellera ginie podczas transportu do Oświęcimia. On sam przeżywa swoją polityczną inicjację podczas październikowej odwilży 1956 roku, a największym cieniem na życie tej barwnej postaci kładą się wydarzenia marcowe roku 1968. Można bez wątpienia potraktować życie Mellera jako sztandarowy przykład losów “Pokolenia’68″, dojrzewającego wraz z dojrzewaniem PRL, upojonego rokiem 1956 i rozczarowanego tym, co wydarzyło się dwanaście lat później. Pokolenia, które zmagało się z komunizmem i które potem go obaliło,by następnie nadawać nowej rzeczywistości decydujący ton.
Zbigniew Mentzel “Wszystkie języki świata”
Książka Zbigniewa Mentzela długo leżała na stosie nazywanym w mojej osobistej nomenklaturze do przeczytania w pierwszej kolejności. Kupiona pod wpływem kilku dobrych recenzji, cierpliwie czekała na swoją kolej. W końcu się doczekała.
Konstrukcja książki opiera się na sprawdzonym i poprawnie przez autora zrealizowanym pomyśle. Bohater, którym bez wątpliwości jest autor, podczas jednego, całkiem zwyczajnego dnia, dokonuje obszernej retrospekcji swojego życia, począwszy od dzieciństwa w ciemnych latach stalinowskich, przez dojrzewanie w PRL-u późnych lat 60. i 70., aż po “nowe czasy” lat dziewięćdziesiątych.
To dobrze, że Mentzel zdecydował się na tak prosty i zdawało by się wyświechtany pomysł konstrukcyjny. Dzięki temu jasne są intencje tej książki: to powieść z gruntu autobiograficzna, choć nie bez głębszych przesłań, o których za chwilę. Warto tutaj wspomnieć o bardzo pod wieloma względami podobnej książce Janusza Andermana “Cały czas”. Tam również bohater podejmuje próbę podsumowania swojego życia i dzieje się to nie w trakcie jednego dnia, jak u Mentzela, lecz w ułamku sekundy – w chwili, gdy bohater staje twarzą w twarz ze śmiercią. Choć Anderman dysponuje zdaje się jednak lepszym warsztatem od Mentzela, to pretekst do życiowej summy jest u tego ostatniego zdecydowanie mniej naciągany, a dzięki temu bardziej autentyczny.
Ktoś napisał, że jest to książka wielowarstwowa. Zapewne tak, chociaż to sformułowanie sugeruje bogactwo alegorii, metafor, możliwych interpretacji i znaków zapytania, a tak w przypadku książki Mentzela nie jest. Owa wielopłaszczyznowość polega raczej na tym, że “Wszystkie języki świata” to jednocześnie książka o PRL-u i jego upadku, to również książka o inteligencji i jej zmaganiach z tym ustrojem, książka o Warszawie, ale równie dobrze autobiografia, jak i – czemu nie – dosyć uniwersalny raport z dojrzewania. I wreszcie – w dużym stopniu książka Menzela jest literackim traktatem nad poszukiwaniem swojego miejsca w życiu. Wielopłaszczyznowość ta nie jest w żadnym stopniu ukryta – poszczególne warstwy odkrywa czytelnik bez większych kłopotów i bez nadużywania interpretacji. Zdecydowanie najwięcej trudu przychodzi zrozumienie, na czym polega problem z “językami”, których próbuje uczyć się autor i z którymi jest tak wielki metafizyczny kłopot.
Tytułowe “języki świata”, które próbujemy dniami, miesiącami i latami zgłębiać, i których nigdy nie udaje się poznać dostatecznie dobrze, to według Menzela nie tylko narzędzia komunikacji z innymi, ale również – a może przede wszystkim – sposoby zrozumienia siebie samego. Należy stwierdzić, że zadaniem nadania książce filozoficznej “głębi” Mentzel poradził sobie najsłabiej. Ambicje, aby swoje dzieło uczynić traktatem quasi-filozoficznym nie powiodły się do końca. Owszem, podobać się może pokazanie, na własnym przykładzie, że zmiany historyczne, społeczne czy ustrojowe, które powinny nas dotykać, zmieniać i kształtować diametralnie, na bardzo głębokim poziomie – na poziomie poszukiwania tego uniwersalnego “języka” – nic tak naprawdę nie znaczą. Zapał, z jakim oddajemy się rzeczywistości, jest zawsze taki sam. Zrozumienie tego zapału, poskromienie go, jest właśnie opanowaniem tego jednego, a zarazem “wszystkich języków świata”.
Pomijając tę filozoficzną “otoczkę”, którą autor ozdabia swoje życiowe losy, pozostają pozostałe płaszczyzny. Jest w książce Mentzela bardzo zgrabnie “narysowany” portret inteligenckiej rodziny ze skomplikowanymi relacjami małżeńsko-rodzicielskimi, które stanowią fabularną oś książki. Mamy też obraz rzeczywistości PRL-u i wczesnego kapitalizmu lat 90. Tutaj Mentzel prezentuje spory kunszt w wyłapywaniu różnych smaczków i szczegółów codzienności tych czasów – niektóre fragmenty czyta się z wielką radością. Dodatkowo mamy w tej książce kolejną sprawnie opowiedzianą historię dojrzewania z następującymi po sobie inicjacjami: społeczną, erotyczną, polityczną itd.
Dlaczego w takim razie nie może człowiek, pomimo najszczerszych chęci, zachwycić się tą książką? Może właśnie dlatego, że zbyt wiele intencji i zamiarów przyświecało autorowi. Być może efekt zepsuło bogactwo, które wtedy można docenić, kiedy jest przedstawione w sposób perfekcyjny, a ta sztuka przysługuje geniuszom.
“Wszystkie języki świata” to bardzo dobra książka. Zgubiły ją trochę entuzjastyczne recenzje tak zwanego “środowiska”, które rozbudziły zbyt mocno nadzieje czytelników. Piątka, ale – na szczęście – bez entuzjazmu.
Magda Patryas “T. Love – Potrzebuję wczoraj – oficjalna biografia”
Nie będę ukrywał, że miałem związane z tą książką bardzo rozbudzone oczekiwania. Zespół Muńka Staszczyka to w dużym stopniu towarzysz mojego dojrzewania, nie tylko muzycznego. Mój pierwszy koncert rockowy, na którym byłem, to właśnie T.Love w roku 1994 występujący w nieistniejącym już klubie studenckim ACK. Promowali wtedy płytę “King”, która była bez wątpienia najwięcej razy odtwarzaną kasetą (bo płyt jeszcze wtedy nie było) w moim magnetofonie marki Unitra. I gdyby nie Staszczyk i ten King z miasta świętej wieży, co to całował się z papieżem, pewnie dalej słuchałbym New Kids On The Block.
Stało się inaczej, stąd moja wielka wdzięczność i sentyment do tego zespołu, którego słucham od tego czasu konsekwentnie (czyli już przeszło 13 lat). Na koncertach już co prawda nie bywam, ale roszczę sobie bez oporów prawo mienienia się starym fanem T.Love. Dlatego bez większych oporów i wyrzutów sumienia pozwolę sobie skrytykować pracę Magdy Patryas.
“Potrzebuję wczoraj” to próba ukazania historii zespołu na tle zmieniających się okoliczności społeczno politycznych, od początków w ponurym i siermiężnym stanie wojennym, przez euforyczny, wiosenno-rewolucyjny czas przełomu lat 80. i 90., po stabilną, rozpasioną erę dojrzałego kapitalizmu lat 2004-2006. Autorka próbuje budować tzw. “tło” wydarzeń, lecz robi to wyjątkowo nieudolnie. Razi przede wszystkim powierzchowność i ciężki, niezgrabny język, wyjęty wprost ze szkolnej gazetki lub amatorskiego fanzina. Jeśli autorka decyduje się na to, by kreślić kontekst społeczno-polityczny wydarzeń i okoliczności, której determinowały rozwój zespołu, powinna sięgnąć głębiej, niż do poziomu tego, kto w danym momencie był premierem, albo do faktu reglamentacji alkoholu w czasie, gdy T.Love odbywał swój pierwszy koncert. Nakreślenie historycznego kontekstu wydarzeń powinno mieć na celu dostarczenie czytelnikowi atmosfery, klimatu tamtych czasów. Tego jednak nie dostajemy. I mam wrażenie, że winy za to nie należy zrzucać na brak świadomości autorki co do potrzeby tej dogłębności, ale po prostu na brak umiejętności. O niebo lepiej pod względem autentyczności i żywotności językowej wypadają same wypowiedzi bohaterów – członków zespołu i tak zwanych osób towarzyszących. Autorka strzela sobie w dużym stopniu bramkę samobójczą, obszernie cytując na przykład inną książkę o zespole – “T. Love – dzieci rewolucji”, której autorem jest sam Muniek. O ile więcej jest tam autentyczności i rzeczywistego klimatu w jakim rodził się i rozwijał zespół! Próby Magdy Patryas wypadają na tym tle blado.
Drugim problemem, który wpływa negatywnie na odbiór tej książki, jest brak zdecydowania autorki, o czym tak naprawdę chce pisać. Czy ma być to książka o Muńku, czy o T.Love? Wiadomo, że Staszczyk i T.Love to jedno, ale skoro tak, to dlaczego autorka z taką dociekliwością pisze o osiedlu, w którym urodził się i wychował Staszczyk, pomijając natomiast jego życie towarzyskie w liceum, efemeryczną karierę zespołów Gary i Gitary czy Paul Pavique Movement, studia polonistyczne Staszczyka i kilka innych ważnych momentów w jego życiorysie? Wydaje się, że są one niezwykle ważne dla historii T.Love. Podobnie jak brakuje na przykład porządnej analizy teledysków T.Love. Jest tylko krótka wzmianka o “Kołysance” po angielsku w “My Blood Your Blood” oraz kilka słów o kręceniu “Warszawy”. Wybór zdjęć ozdabiających książkę zdradza, że materiały się dawno wyczerpały. Po co bowiem zdjęcia Paul Pavique Movement, skoro tak naprawdę o tym zespole nie ma w książce wzmianki?
Trzecim niezwykle drażniącym mankamentem książki jest zbyt wielkie skoncentrowanie autorki na – bardzo często nieistotnych – “ruchach kadrowych” w zespole. Z drugiej strony, brakuje na przykład uczciwej analizy twórczości T.Love na obu płaszczyznach: tekstowej i muzycznej. Tej pierwszej trochę co prawda jest, jednak zdecydowanie za mało, jeśli brać pod uwagę fakt, że jedną z największych sił zespołu zawsze były teksty. Śmiertelnym grzechem jest natomiast macosze potraktowanie inspiracji muzycznych zespołu: wczesnych fascynacji glam rockiem i clashowym punk-rockiem, następnie epoki “rollingstone’owania”, potem powrotem do punk-rocka, miszmaszu epoki “Al Capone’a”, muzyki brytyjskiej w “Antyidolu” itd. W pożądnej biografii każda płyta powinna być opisana i zinterpretowana piosenka po piosence, wers po wersie. W “Potrzebuję wczoraj” jest to potraktowane zbyt pobieżnie.
Zamiast tego autorka brnie w niepotrzebne analizy i usprawiedliwiania się jednych członków zespołu przez drugich z tego, kto się na kogo obraził, kto komu nie zapłacił itd.. Lektura tych wzajemnych oskarżeń i przebaczeń mierzi, a czytelnik nie może się doczekać, kiedy w końcu doczeka się czegoś o muzyce i tekstach. Chwilami wręcz zapominamy, że czytamy biografię zespołu rockowego, wygląda to bardziej na historię firmy, w której trwa nieustanna walka o pieniądze.
Ale być może o to chodziło, być może miała to być historia zespołu chłopaków, którzy po prostu chcieli grać muzykę alternatywną, zespołu, który to zespół przekształca się w finale w kapitalistyczne przedsiębiorstwo “dojące” peeleny od bezrozumnych fanów. Taka jest mniej lub bardziej wyraźnie wyrażona teza Pawła Dunina-Wąsowicza, który na końcowych kartach książki pisze o współczesnym T.Love właśnie jako o przedsiębiorstwie handlowym, sprzedającym muzykę. Ale skoro tak, to w jakim celu – jako dodatek do książki – umieszczono nużące notki uczestników forum internetowego fanów zespołu. Z jednej strony mamy tezę o całkowitym skomercjalizowaniu się zespołu, z drugiej, miłe choć niepotrzebne historie z cyklu “jak trafiłem na forum i na ilu koncertach T.Love byłem do tej pory”. Nie współgra to ze sobą, a wręcz się gryzie.
Przywilej promowania tej książki jako “oficjalnej biografii” jest daleko idącym nieporozumieniem. Dla mnie oficjalną biografią pozostają “Dzieci rewolucji”. Jedynym pocieszeniem jest dodatek do książki w postaci płyty z kilkoma rarytasami, z “przedbenedkowym” wykonaniem Warszawy przez Staszczyka i Dunin-Wąsowicza.
Jan Nowak-Jeziorański “Kurier z Warszawy”
Przeczytałem niedawno, że niektórych książek nie warto czytać w szkole. Lektura jest ponoć wtedy przefiltrowana przez belferskie interpretacje, a jeśli nie, to na pewno traci czytelnik to, co w tej książce by ujrzał, gdyby miał za sobą inne lektury. To prawda – żałuję, że “Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa przeczytałem już w liceum. Ileż warstw, filozoficznych i teologicznych perspektyw widziałbym z większą świeżością, gdybym po raz pierwszy sięgnął po nią teraz!
Na szczęście polonistkę w liceum miałem postępową i Nowaka-Jeziorańskiego czytać nam nie kazała. Gdyby jednak się tak stało, gdyby moja nauczycielka polskiego była inna, na pewno rozmawialibyśmy o bohaterstwie, poświęceniu, walce o wolność, podłych komunistach, okrutnych nazistach i szlachetnych powstańcach.
Bo przecież ta książka o tym jest. Jest również świetnie napisanym sprawozdaniem z życia, które przypadło na niesamowicie ciekawe lata. Po trzech dniach obecności “Kuriera” w moich rękach mam jednak wrażenie, że ta książka jest jescze o czymś innym, czymś znacznie ważniejszym.
Ludzie, których chcąc lub nie chcąc spotykamy na swojej drodze. Okoliczności, w których chcąc lub nie chcąc stajemy. Rodzina, w której się rodzimy i wzrastamy. Dom, szkoła, miejsce urodzenia. Splot okoliczności, przypadkowych lub nie, które tkają naszą historię. A jedną z takich historii jest życie Jana Nowaka-Jeziorańskiego.
Urodzony w 1914, studiuje ekonomię na Uniwersytecie Poznańskim u boku między innymi profesora Edwarda Taylora. Podczas wojny działa w Armii Krajowej, uczestnicząc w ściśle tajnej Akcji “N”, polegającej na kolportażu wśród Niemców fałszywej prasy, mającej na celu obniżenie ich morale. Podróżuje po Generalnej Guberni w mundurze niemieckiego kolejarza. Jako jeden z pierwszych drogą morską, przez Sztokholm, przedostaje się do Londynu, gdzie przekazuje informacje o działalności polskiego podziemia, a także o zagładzie Żydów. W przeddzień Powstania przybywa do Warszawy, aby przedstawić dowództwu AK sytuację polityczną, w której znajduje się Polska. Jego informacje o braku jakichkolwiek szans powodzenia nie zostają wysłuchane. Uczestniczy w walkach o stolice, a potem, wraz z żoną “Gretą” jako pierwszy przedostaje się na Zachód i przekazuje światu prawdę o polskiej tragedii, o ciszy i braku pomocy, jakiej z prawej strony Wisły oczekiwali powstańcy.
Człowieka, który czasy gimnazjalno-licealne ma już za sobą, bohaterstwo mało interesuje.
Tym bardziej, że w wersji Nowaka-Jeziorańskiego trudno je wręcz odnaleźć. Autor jest facetem, który wykonuje w życiu swoje obowiązki. Solidnie, najlepiej, jak potrafi. Wie, kiedy wykonywać polecenia, a kiedy być indywidualistą. Zdaje sobie sprawę, że trzeba być odważnym i ryzykować, ale nie warto rzucać się bez celu w ogień, bo wówczas do niczego się w życiu człowiek nie przyda. Interesowało mnie w tej książce to, w jaki sposób – nawet w najcięższych czasach – można tego dokonać. Najciekawsze były więc momenty decyzji, które Nowak-Jeziorański podejmuje na trzeźwo, ze zdrowym dystansem. A – jak nie trzeba dodawać – jego życie polegało na nieustannym podejmowaniu decyzji. Mniej zajmujące są fragmenty, w których autor szczegółowo kreśli podziały, koterie i spory w polskim podziemiu i rządzie w Londynie.
Czasami wydaje się, że większość z tego, co nas dotyczy, decyduje się poza nami. Szczególnie w chwilach, kiedy wręcz somatycznie odczuwamy, jak historia się “przez nas” przetacza. W rzeczywistości jest inaczej – wszystko odbywa się w nas samych – w naszych mózgach, które nieustannie podejmują decyzje oparte na niesamowitej ilości czynników. Nowak-Jeziorański podczas wizyty u samego Churchilla jest zaskoczony tym, że tak wielki mąż stanu kieruje się w wydawaniu sądów tak prostymi, prostackimi wręcz motywacjami. Postawa Churchilla stanowi niejako kontrapunkt do postawy autora “Kuriera z Warszawy”. Piękny obraz jednostki w wichurze dziejów.
Norman Davies “Europa między Wschodem a Zachodem”

Nowa książka Daviesa to zbiór szesnastu esejów powstałych w okresie, gdy walijsko-polski historyk pracował i promował swoją monumentalną „Europę”. Eseje te powstały na podstawie licznych odczytów i referatów, udzielonych przez autora w ciągu ostatniej dekady. Nie jest to więc nowa książka Daviesa, a tylko zręcznie zredagowane teksty powstałe na przestrzeni dziesięciolecia.
Miłośnicy Daviesa nie zawiodą się, sięgając po ten wybór. Ci, którzy wcześniej nie mieli okazji kontaktu z tym autorem, otrzymają dobrą próbkę zarówno stylu Daviesa, jak i oryginalnego – na tle historycznego „mainstreamu” – sposobu uprawiania tej nauki. Nie sposób bowiem zaprzeczyć, że Daviesa po prostu świetnie się czyta; mam wrażenie, że nawet instrukcja obsługi młota pneumatycznego napisana przez niego iskrzyłaby humorem i erudycją. Nie w tym jednak tkwią istota i sens, dla którego warto czytać Daviesa.
Zazwyczaj książki tego rodzaju – zbiory esejów publikowanych czy referowanych z okazji różnych mniej lub bardziej ważnych uroczystości – traktuje się lekceważąco, jako sposób pisarza na zdobycie kilku dodatkowych groszy przy w miarę niewielkim nakładzie sił. W tym przypadku jest inaczej. Otóż eseje te, dobrane i uporządkowane nie bez przypadku, jako całość układają się w konsekwentną i uprawianą w niezwykle przekonujący sposób obronę Daviesowskiej wizji Europy. Wizji, dodajmy, idącej w sukurs klasycznym koncepcjom jej historycznego rozwoju i stanu współczesnego.
Znacząca część tekstów zawartych w książce to niekiedy bardzo ostra, ale zawsze merytoryczna, krytyka okcydentalnej perspektywy w patrzeniu na dzieje naszego kontynentu i jego perspektywy. Davies buduje swoją krytykę tego sposobu myślenia na dwóch zasadniczych punktach. Po pierwsze zwraca uwagę na pomijanie Wschodu jako potężnego czynnika konstytuującego tożsamość europejską. Po drugie – i tutaj największa uczta dla wielbicieli Daviesa-erudyty – w efektowny sposób pokazuje pomijany, a jakże wartościowy, wkład w kulturę europejską tych narodów, które na płaszczyźnie politycznej nigdy nie miały szansy dominować, przez co ich wkład był i jest marginalizowany.
Najpiękniejszym bodaj esejem zamieszczonym w książce, jest tekst „Historia, język i literatura: podróż w nieznane”. Davies uzasadnia w nim nie tylko potrzebę odwoływania się do literatury w warsztacie historyka, odwołując się między innymi do swojego mistrza, historyka epoki oświecenia Edwarda Gibbona (1737-1794), nie tylko ujawnia niesamowite wręcz zdolności lingwistyczne, ale przede wszystkim pokazuje bogactwo literatur narodów europejskich. Idąc tropem własnych doświadczeń, Davies dzieli się z czytelnikiem swoją fascynacją poezją walijską, protestanckim wydaniem Biblii wydanej w „Grenoble lub Genewie”, której studiowanie było pierwszym krokiem do opanowania języka francuskiego, następnie literaturą włoską, z „Boską komedią” Dantego na czele. Kolejno, wędrujemy z Daviesem poprzez przekazywaną ustnie, najstarszą ponoć literaturę Europy – poezję irlandzką, przez starożytną grekę, łacinę, literaturę polską, hebrajską, arabską, niemiecką, fińską, rosyjską, hiszpańską, ukraińską i białoruską. Warto zaznaczyć, że większość z tych języków Davies w mniejszym lub większym stopniu opanował!
Pomijając jednak uzasadnione ze wszech miar popisy eurydycyjne, ważniejsza w tej książce jest próba przekonania czytelnika do Daviesowskiej koncepcji Europy, którą można chyba nazwać – choć sam autor nie proponuje żadnej nazwy – „Europą peryferii”. Pojęcie peryferii należy tu rozumieć – i na to już Davies kładzie bardzo wyraźny nacisk – nie tylko w sensie geograficznym czy czasowym, ale również kulturowym i kulturalnym. Autor dokonuje na kartach książki próby restytucji wkładu narodów peryferii do ogólnoeuropejskiego skarbca kultury i tożsamości.
W eseju „Uprawnione porównania, fałszywe kontrasty: Wschód i Zachód w najnowszej historii Europy” Davies konfrontuje społeczną pamięć o dziejach Irlandii i jej trudnej historii – zupełnie w Europie Zachodniej zapomnianej – z historią Polski. Pokazuje na szereg podobieństw w losach tych dwóch narodów, jednocześnie wytykając historykom niedostrzeganie owych. Zdaniem Daviesa, zachodnia historiografia przyjęła perspektywę pisania o Europie polegającą na kontrastowaniu jej dziejów z szeroko rozumianym Wschodem, którego Polska była również elementem. Davies sugeruje, że tego niezwykle ważnego dla budowania wspólnotowej tożsamości „Innego” nie należy szukać nie tylko na Wschodzie, ale również islam – powszechnie uważany za symboliczne przeciwieństwo cywilizacji europejskiej – jest jednym z wielu ważnych czynników kształtujących naszą europejskość. W eseju „Wątek islamski w historii Europy” zwraca uwagę nie tylko na obecność muzułmanów w południowej Europie, nie tylko na wyprawy krzyżowe i wieloletni okres świetności Imperium Osmańskiego, ale też na „wyspy islamu” funkcjonujące po dziś dzień, jak również obecną falę migracji muzułmanów na Północ. Wszystko to sprawia, że oś podziału „europejska północ vs. islamskie południe” staje pod znakiem zapytania, a tezy Huntingtona o zderzeniu cywilizacji muszą być zweryfikowane. Ze swojej strony mogę tylko dodać, że Davies zapomina o wielkim wkładzie kultury islamskiej w rozwój współczesnej nauki, przede wszystkim nauk ścisłych i przyrodoznawstwa. Ale to tylko potwierdza tezy wysuwane przez autora “Europy”.
Davies nie jest ulubieńcem „politycznie poprawnych” mediów, szczególnie lewicowej prasy amerykańskiej. New York Times regularnie „obsmarowuje” jego książki, pomimo czego jednak – i to stanowi ewenement niespotykany na amerykańskim rynku wydawniczym – sprzedają się one na tym trudnym rynku świetnie. Dzieje się tak choćby dlatego, że Davies nie waha się burzyć szeregu mitów narosłych dzięki stereotypowemu myśleniu o historii. Świetnym przykładem takiej rekonstrukcji jest esej „Tysiąc lat kameraderii polsko-niemieckiej”, którego główna teza jest taka: stosunki polsko-niemieckie, choć okresami burzliwe i wrogie, na przestrzeni ponadtysiącletniej historii, obfitowały w okresy harmonijnej i przyjaznej symbiozy. Sprzyjały temu współpraca handlowa (tradycja hanzeatycka), ekonomiczny kolonializm niemiecki w przeszłości i emigracja zarobkowa Polaków współcześnie, jak również wynikająca często – trzeba to przyznać – z przyczyn typowo pragmatycznych przyjaźń, która z czasem owocowała dyfuzją kulturowa.
W książce Daviesa znajdują się teksty ważne nie tylko dlatego, że dzięki lekturze nasz odwieczny kompleks tego „gorszego” Europejczyka może ulec złagodzeniu. Książka burzy wszelkie „centryzmy”, co stanowi jej niewątpliwą wartość. Można się spierać, czy bez takiego oparcia możliwe jest zbudowanie jakiejkolwiek tożsamości, czy takie rozbite „ego” ma szansę na przetrwanie. Chodzi chyba jednak nie tyle o to, żeby burzyć centrum, co o to, aby nie zapominać o peryferiach. I tę rolę książka Daviesa doskonale spełnia.