Lektury

Feliks Falk “Enen”

Opublikowany w film, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu czwartek, 1 październik 2009

Obejrzałem ostatnio po raz kolejny “Wodzireja”. Na dzisiejszym seansie, chociaż na ekranie widziałem nie Stuhra, lecz Szyca, wydawało mi się, że oglądam ten sam film. Choć wydarzenia przedstawione w “Wodzireju” dzieli z akcją “Enen” dwadzieścia lat, to pewien ogólny nastrój, sposób budowania emocji i pokazywania polskiej rzeczywistości pozostał u Falka taki sam. I to powinno się reżyserowi chwalić, bo film trzyma w napięciu, jest efektowny, a jednocześnie na wskroś polski.

Głównym bohaterem filmu “Enen” jest doktor Konstanty Grot (w tej roli Borys Szyc) – dwudziestodziewięcioletni (mój rówieśnik) lekarz psychiatra, który zupełnie przypadkowo trafia na pacjenta bez życiorysu (znakomita rola Krzysztofa Wolfa). Z mężczyzną tym nie ma prawie żadnego kontaktu, wiadomo tylko, że nazywa się Paweł Płocki. Nikt nie wie, kiedy znalazł się w szpitalu, z jakiego powodu, ktoi go leczył i w jaki sposób. Prawdopodobieństwa historii dodaje umiejscowienie fabuły we Wrocławiu, bezpośrednio po wielkiej powodzi w 1997 roku. Jest więc zamieszanie, szpitale były ewakuowane, akta mogły więc gdzieś zaginąć.

Grotowi milczący pacjent nie daje spokoju. Rozpoczyna więc prywatne śledztwo, podczas którego – poza kłopotami rodzinnymi – odkrywa, że pozornie prosta zagadka okazuje się dużo bardziej skomplikowana. Znany z “Wodzireja” problem godzenia pasji zawodowych z życiem rodzinnym pojawia się i tu, dużo jednak ciekawsze są kolejne etapy śledztwa prowadzonego przez Grota, szczególnie zaś postać Ambroziaka, w którą w sposób mistrzowski wcielił się Krzysztof Stroiński. Kolejne postaci dostarczają psychiatrze-detektywowi kolejnych elementów układanki, która w finale układa się w aż do końca bardzo trudny do przewidzenia obraz.

Jest to bardzo dobry film, choć niektóre rzeczy mogły razić. Po pierwsze, kreacja Borysa Szyca mogła być, biorąc pod uwagę ciężar moralny i aktualność problematyki, rolą pokoleniową, a jest niestety tylko dobrze zagraną rolą dobrego aktora. Szyc gra psychiatrę, ale ani przez moment nie byłem przekonany do tego, że widzę na ekranie psychiatrę. Aktor nie stworzył w tym filmie ważnej postaci, choć sam scenariusz i pomysł na film były tego warte. Po drugie, raziły mnie trochę niespójności w fabule. Chociażby epizodyczna postać przechodnia, który chce pomóc Grotowi w śledztwie. Ten nie ma akurat czasu i bierze od człowieka numer telefonu, na który ani razu później nie dzwoni. Zupełnie nie pasowało to do tego śledztwa, w którym psychiatra-detektyw chwytał się wszystkich możliwych tropów. Ten – nie wiadomo dlaczego – pominął. Trzecim słabym ogniwem były dialogi, zupełnie nie pasujące do naturalistycznego stylu Falka: miejscami wręcz wydukiwane, szczególnie przez Szyca.

Niemniej te wszystkie ułomności nie wpływają na to, że film jest naprawdę bardzo mocnym kawałkiem kina. Szczególnie ze względu na zakończenie. Ostatnie pięć minut, kręcone w deszczu, parę miesięcy po powodzi, kiedy wszystko się wyjaśnia i staje na głowie, a wszelkie podejrzenia co do tego, jak to się może skończyć i kim jest “enen” Paweł Płocki, zostają zastąpione prawdą, która nie jest ani dobra, ani zła, ani oczyszczająca, ani konfudująca, to wszystko sprawia, że ten film jest wyjątkowy i dla mnie osobiście bardzo ważny.

Quentin Tarantino “Bękarty wojny”

Opublikowany w film, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu czwartek, 17 wrzesień 2009

Jest to z całą pewnością film wymykający się wszelkim konwencjom i nie można o nim powiedzieć, że jest filmem wojennym, tak samo, jak że jest to komedia (nawet czarna). Nie da się też powiedzieć, że jest to film “o czymś”, choć fabuła “Bękartów” trzyma się kupy i jest opowiedziana po mistrzowsku. Ta opowieść o oddziale amerykańskich Żydów, skalpujących nazistów w okupowanej Europie nie jest na pewno przykładem hollywoodzkiego trywializowania II wojny światowej i samej Europy. Film ten stanowi jednak na pewno przełom i jest dla Europejczyka na pewno ozdrowieńczym szokiem. Bo czyż pokazywanie najstraszliwszego aspektu II wojny światowej, jakim była eksterminacja europejskich Żydów w konwencji amerykańskiego filmu przygodowego nie jest wyrazem artystycznego bohaterstwa?

Quentin Tarantino wychodzi z tej próby zwycięsko. Jest to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w ciągu ostatniego roku. Tarantino z gracją godną mistrza bawi się konwencjami i stać go w tej zabawie na dużo więcej, niż każdego innego reżysera. Elementy surrealistyczne wprowadza z ogromną lekkością, wystarczy przypomnieć fajkę Standartenführera Hansa Landy  - “Łowcy Żydów” z pierwszej sceny filmu (genialna, godna Oskara, rola Christopha Waltza), gips na nodze Bridget von Hammersmark czy komiksowa postać sierżanta Donnego Donowita (w tej roli “polakożerca” Eli Roth) – “baseball bat-swinging Nazi huntera”. Nawet okrucieństwo, którym film wręcz ocieka, bawi, choć czasami trudno patrzeć na sceny skalpowania nazistów przez komandę Aldo Raine’a.

Finałowa scena, w której widzimy płonące kino i ginących w płomieniach nazistowskich luminarzy z Hitlerem i Goebellsem na czele, przywołuje naturalnie skojarzenia z Jedwabnem. Ciekawe, czy Tarantino świadomie zamienił miejscami ofiary i katów w tej scenie. Opowiedziana w “Bękartach” alternatywna wersja historii nie jest przez widza traktowana na poważnie, pewnie dlatego, że historyczne postaci liderów III Rzeszy zostały przedstawione w sposób bardzo karykaturalny. Prawdopodobnie dlatego film dostarcza dużo śmiechu i rozrywki. Podejrzewam, że większość spośród tych, którzy obejrzeli film, będzie podobnego zdania, a dla osób, które nie obejrzały “Bękartów”, to, że film o II wojnie światowej, nawiązujący do holokaustu, może być źródłem świetnej zabawy, będzie to trudne do pojęcia. Najlepiej więc przekonać się samemu.

Stephan Elliot “Wojna domowa”

Opublikowany w film, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu piątek, 28 sierpień 2009

Komedie romantyczne to nie jest moja specjalność, ale “Wojna domowaStephana Elliota to zdecydowanie coś więcej niż zwykła komedia romantyczna. Owszem, fabuła jest prosta, oparta na sprawdzonych wzorach narracji tego typu opowieści. Rzecz dzieje się w latach 20. XX wieku na angielskiej prowincji, w ogromnej posiadłości zamieszkiwanej przez podupadłą, ale wciąż pewną swojej wartości starą arystokratyczną rodzinę. Domem i rodziną zarządza matka (w tej roli Kristin Scott Thomas), w czym nie pomaga jej zbyt męska głowa rodziny grana przez Colina Firtha. Obie te postaci zostały skonstruowane i zagrane wręcz po mistrzowsku. Matka jest niezmiennie przejęta podtrzymywaniem arystokratycznej spuścizny rodu, natomiast ojciec znakomicie reprezentuje angielską flegmę, sarkazm i tumiwisizm (to zdecydowanie najlepsza rola w tym filmie).

Ogólny spokój, by nie rzec – marazm – zakłóca powrót z zagranicznych wojaży syna rodu ze swoją niedawno poślubioną małżonką.  Larita Huntington nie pasuje zupełnie do angielskiej rzeczywistości. Amerykańska piękność grana przez Jessicę Biel, zarabia na życie ścigając się samochodami, jest rozwódką, a w dodatku pochodzi z robotniczej rodziny w Detroit. Najgorsze jest jednak to, że Larita jest…. niezależna, co wprawia w furię Lady Whittaker, zaś zachwyca Sir Whittakera!

Cóż, fabuła to nader prosta i nietrudno odgadnąć, co z takiej sytuacji może wyniknąć. Nie to jednak stanowi o atrakcyjności tego filmu. Prawdziwą ucztą dla oka i ucha sa nie tylko ładnie pokazane obrazki angielskiego dworu i jego obyczajów, ani też całkiej udana ścieżka dźwiękowa. Prawdziwym skarbem filmu “Wojna domowa” jest niesamowity angielski humor, nieustannie skrzące ironią i aluzjami konwersacje między bohaterami, uwodzące ucho widza wymiany komplementów, które w istocie są najbardziej uszczypliwymi z możliwych złośliwościami. Wszystko to odbywa się w konwencji statecznej, przedwojennej obyczajowości. I prawdopodobnie nie byłem w stanie ze swoją ograniczoną znajomością angielskiego wyłapać wszystkich smakowitych kąsków językowych ukrytych we wspaniałych dialogach tego filmu.

Larita, samą swoją obecnością i niezależnością, burzy przykryty kurzem ład rodziny opierającej swoją trwałość na hipokryzji, zakłamianiu i obłudzie. To, być może, jedyny wykraczający poza prostą fabułę, wniosek tego filmu. Być może tylko takie zderzenia kulturowe, jak to pokazane w filmie, stanowią warunek zmiany podtrzymywanych często sztucznie, przez całe pokolenia, archaicznych konwenansów, wzorów zachowań, narzucanych często na siłę konwencji kulturowych.

Nie to jednak jest w tym filmie najważniejsze. O wiele bardziej istotny jest ten ciągły uśmiech i rozbawienie, pobudzane skrzącym się co sekundę inteligentnym angielskim humorem.

Jacek Głomb “Operacja Dunaj”

Opublikowany w film, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu środa, 26 sierpień 2009

Komedia wcale nie musi być śmieszna, aby była udana. Przypominam sobie chociażby “Zezowate szczęście” Munka, komedię niesamowicie smutną, a jednocześnie stanowi jedno z najwybitniejszych osiągnięć polskiej kinematografii. “Operacja Dunaj“, oparta na ponoć autentycznych wydarzeniach opowieść o zagubionym gdzieś w czeskiej prowincji czołgu podczas polskiej inwacji na Czechosłowację w sierpniu 1968 roku, jest nieśmieszną komedią, ale – jak się okazuje – to żaden problem.

Nie myli się recenzent “Najwyższego Czasu” stawiający tezę, że film – który w zamierzeniu miał być parodią polskiego kina  wojennego, okraszoną żołnierskim, sztubackim humorem, uratowali czescy aktorzy na czele z Jiřím Menzelem, który wcielił się w rolę zawiadowcy. Gdyby nie Menzel, film byłby mało odkrywczym skrzyżowaniem “Czterech Pancernych” z “Jak rozpętałem drugą wojnę światową“. Świadczą o tym otwierające fragmenty filmu, pokazujące wyruszające z koszar polskie wojska. Poza dużą ilością “kurew” i “dup” oraz sytuacyjnymi żartami z cyklu “bohater upadający z dużej wysokości na tyłek podczas podglądania żony romansującej z innym”, film jest żenujący do momentu, kiedy na ekranie pojawiają się czescy aktorzy.

Polski czołg “Biedronka”, pamiętający jeszcze czasy zwycięskiego marszu na Berlin, myląc trasę na Hradec Kralove, dociera do zapadłego czeskiego miasteczka, burząc jego spokojne, sielankowe i powolne życie. Mieszkańcy, z początku traktujący intruzów nieufnie, z czasem nawiązują z nimi coraz bliższe, a niekiedy wręcz intymne, stosunki.

Z konfrontacji polskiego i czeskiego aktorstwa zwycięsko dla strony polskiej wypada Maciej Stuhr. Rolę Tomasza Kota należy pominąć miłosiernym milczeniem. Mało przekonujący jest też Zbigniew Zamachowski, próbujący bez powodzenia  naśladować kogoś w rodzaju Louisa de Funèsa. Uroku filmowi dodają przede wszystkim kreacje czeskich aktorów. Świetny jest Bolek Polívka, Rudolf Hrušínský wręcz brawurowo gra Pana Kulkę, a rola Evy Holubovej spokojnej, acz zdecydowanej właścicielki gospody, chyba najbardziej przekonująco pokazuje różnicę w temperamentach między narodami czeskim i polskim. Bardzo fajna jest też rola Marthy Issovej, jako Petry. Początkowo bojowo nastawionej do Polaków “dziewczyny w spodniach”, aby w końcu…

Reżysera filmu Jacka Głomba ratuje więc Mentzel i jego czescy koledzy, którzy wnieśli do tej mało śmiesznej komedii czeski “magiczny realizm”. Z połączenia polskiej rubaszności i sztubackości z czeskim spokojem, melancholią i ciepłem powstał naprawdę miły w odbiorze, sympatyczny i – po prostu – miły film.

Larry Charles “Brüno”

Opublikowany w film przez Radek Oryszczyszyn w dniu poniedziałek, 20 lipiec 2009

Właściwie to trudno powiedzieć, kto jest prawdziwym twórcą tego filmu. Bo bez Sashy Cohena ta komedia nie byłaby tak śmieszna i prowokująca, jak jest. Po niezapomnianym Boracie Sagdiyevie, tym razem Cohen wciela się w postać austriackiego homoseksualisty Brüna i przebrany w lateksowe spodnie, stringi i koszulki w różowych kolorach wybiera się do Kalifornii, aby tam zrobić karierę w szołbiznesie.

Podobnie jak w poprzednim filmie Charlesa, tak i tutaj mamy ciąg kilkudziesięciu prowokacji artystycznych. W Boracie tym, co miało zostać “odsłonione”, był amerykański antysemityzm. Tym razem celem artystów było pokazanie Ameryki nie tylko antysemickiej, ale homofobicznej. Czy to się udało?

Trudno powiedzieć. Po pierwsze dlatego, że sam klucz, na którym opiera się prowokacja, jest zbyt oczywisty. Najpierw antysemityzm, potem homofobia. Co będzie następne? Może szowinizm? Rasizm? Albo, może, coś jeszcze innego? Cohen i jego współpracownicy w dosyć prosty sposób dobierają chłopca do bicia. Jest nim polityczna poprawność. Sami udowadniają, jak jest słaba i powierzchowna, a następnie bez skrupułów ją ośmieszają.

Trzeba przyznać, idzie im to całkiem nieźle. Już dawno tak się nie uśmiałem w kinie (polecam scenę z medium Milli Vaniliii). Zastanawiam się tylko, czy Cohen nie “przegiął” (złe słowo w tym kontekście). Film potępiły, wyjątkowo zgodnie, środowiska gejowskie i przeciwstawiające się homoseksualizmowi. Całkiem słusznie. Zarówno jedni i drudzy zostali przedstawieni w karykaturalny i przejaskrawiony sposób.

Film jest śmieszny i spodoba się każdemu, kto lubi prowokacje, flash moby, eksperymenty społeczne, żarty w rodzaju “ukrytej kamery” . Nie wiadomo jednak (a przynajmniej ja się co do tego poważnie waham), czy za tym śmiechem (czasami aż do łez i bólu brzucha), film ten pokazuje jakąś prawdę o społeczeństwie, w jakim żyjemy. Czy nie jest przypadkiem przegiętą maksymalnie prowokacją, z której żadnego morału wyciągnąć się nie da?