Lektury

Jon Krakauer “Wszystko za życie”

Opublikowany w Blogroll, literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu piątek, 7 marzec 2008

Into the Wild Jona Krakauera to rekonstrukcja podróży życia i śmierci dwudziestokilkuletniego amerykańskiego młodzieńca, który pewnego dnia postanawia opuścić swój dom i wyruszyć „w dzicz” (into the wild). Zafascynowany postawą moralną Lwa Tołstoja i awanturniczym życiem Jacka Londona, przemierza Amerykę – najpierw samochodem, który porzuca na rzecz autostopu, kolei i pieszej wędrówki.

Stacją Astopowo Chrisa McCandlessa jest opuszczony, zdezelowany autobus nr 142 z Fairbanks, stojący w głębi alaskańskiej tundry. Mieszka tam około 100 dni, w całkowitym osamotnieniu, by na przełomie lipca i sierpnia 1992 roku umrzeć śmiercią głodową.

Historia McCandlessa jest na wskroś niepokojąca, tajemnicza i niejednoznaczna. Interpretować ją można albo trywialnie, albo bardzo głęboko – wszelkie interpretacje pośrednie nie są możliwe. Jednocześnie, im bardziej autor opowieści próbuje ją zracjonalizować i wytłumaczyć, tym większa tworzy się przestrzeń głębi. W ten sposób pozostajemy z wrażeniem, że najważniejsze w tej historii jest to, co nie zostało powiedziane, że jest jakaś wielka otchłań, która bez wątpienia jest, lecz o której należy milczeć. Zupełnie jak u Wittgensteina, który przecież podobnie jak McCandless zaczytywał się Tołstojem, a następnie pisał w Traktacie Logiczno-Filozoficznym: O czym nie da się powiedzieć jasno, o tym trzeba milczeć.

Podobnie jak ludzie gór, nomadzi i wagabundowie nie potrzebują metafizyki, by żyć głęboko i „metafizycznie”, podobnie ludzkie historie potrzebują przestrzeni milczenia, niewiedzy. Przypominają one trochę bańki mydlane – ulatują, gdy tylko próbujemy ich dotknąć. Jedyną metafizyką jest dla nich milczenie o metafizyce.

Jest więc życie i śmierć Chrisa McCandlessa traktatem antymetafizycznym w najbardziej klarownej do wyobrażenia postaci. Krakauer, próbując dowieść trywialnego powodu śmierci McCandlessa, wypełnia treścią, szczegółami, w całości przestrzeń, o której należy mówić. W ten sposób, w przesycie możliwych motywacji, w nadmiarze przyczyn i skutków, otwiera się ogromna przestrzeń metafizyki, której nie da się wysłowić. Jedyne, co da się odczuć, to niepokój i chłodne dreszcze na skórze.

“Świat według Mellera” – ze Stefanem Mellerem rozmawia Michał Komar

Opublikowany w Blogroll, historia, literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu niedziela, 24 luty 2008
4 lutego 2008 roku zmarł Stefan Meller – wybitny historyk, dyplomata, eseista i poeta. Niedługo przed śmiercią Michał Komar – wieloletni przyjaciel Mellera – przeprowadził z nim szereg rozmów, których owocem jest książka opatrzona podtytułem “Życie i historia: ku wolności”. Zawiera ona wspomnienia Mellera od czasów dzieciństwa przypadającego na pierwsze lata po wojnie, do roku 1992, kiedy to rozpoczyna on karierę dyplomaty w wolnej już, III Rzeczypospolitej.
Książka opisuje więc przede wszystkim życie rodzinne i karierę naukową Mellera. Zarówno pierwsze, jak i drugie, wplecione są niesamowicie mocno w rzeczywistość powojennej Polski. Dziadek Mellera ginie podczas transportu do Oświęcimia. On sam przeżywa swoją polityczną inicjację podczas październikowej odwilży 1956 roku, a największym cieniem na życie tej barwnej postaci kładą się wydarzenia marcowe roku 1968. Można bez wątpienia potraktować życie Mellera jako sztandarowy przykład losów “Pokolenia’68″, dojrzewającego wraz z dojrzewaniem PRL, upojonego rokiem 1956 i rozczarowanego tym, co wydarzyło się dwanaście lat później. Pokolenia, które zmagało się z komunizmem i które potem go obaliło,by następnie nadawać nowej rzeczywistości decydujący ton.
Książka stanowi piękny przykład i dowód na to, że nawet kiedy rzeczywistość kładzie kłody pod nogami, możliwa jest realizacja planów i marzeń. Ojciec Stefana Mellera był Żydem, co całkowicie zdeterminowało jego losy po marcowej nagonce. Opowieść prowadzona przez Michała Komara pokazuje, że pomimo takich przeciwności, dzięki uporowi, przekorze i pozostawaniu wiernym własnym wartościom, można było osiągnąć bardzo wiele.
Coś innego jednak ujmuje w tej historii. Tym czymś jest lekkość, ironia i przekora, z jaką Meller traktował swoje życie i przeciwności, z jakimi się borykał. Poza dziejami PRL-u widzianymi z perspektywy najpierw ucznia, studenta, a potem naukowca, mamy tutaj więc też portret człowieka z krwi i kości, wiecznie uśmiechniętego i wiecznie rozwijającego się, ciągle prącego przed siebie.
Wspaniała to książka – właśnie chyba z tego powodu, że opowiadająca o wyjątkowym, wspaniałym życiu.

Krzysztof Varga “Nagrobek z lastryko”

Opublikowany w Blogroll, literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu poniedziałek, 7 styczeń 2008

Krzysztof Varga był “od zawsze” jednym z moich ulubionych polskich pisarzy. Oczarowany impresjonistycznym obrazem Węgier, popkulturowym majstersztykiem “45 pomysłów na powieść” czy trzewiową “Karoliną” oczekiwałem czegoś wielkiego. I dostałem, tyle że w tym momencie zorientowałem się, że “oczekiwałem tego, czego nie oczekiwałem….”

Wydaje mi się, że prawidłowo rozszyfrowałem intencję Krzysztofa Vargi dotyczące jego nowej książki. To miała być – i jest – narodowa epopeja opowiedziana stylem Vargi, stylem do którego się przyzwyczailiśmy i który kochamy. Konstrukcja powieści jest ambitna i rzeczywiście zachwyca. Oto zdjęcie małżeństwa: moi dziadkowie na wakacjach w Chorwacji w 2005 roku, ponad trzydzieści lat przed urodzinami narratora. Mamy więc dzieje najnowsze Polski i świata opowiedziane z perspektywy drugiej połowy XXI wieku. Eksperyment myślowy, perspektywa spojrzenia na współczesność okiem naszych potomków, jest oryginalna i ciekawa już sama w sobie i ktoś taki jak Krzysztof Varga nie mógł jej zepsuć.

I nie zepsuł. Z właściwym tylko sobie flowem kreśli więc Varga żywot swojego dziadka Piotra Pawła, swojej babki Anny i matki Zuzanny. Z perspektywy kilkudziesięciu lat nasze epoki zlewają się w jedną całość, spójny świat, w którym ucieczka przed wojenną pożogą z oblężonej Warszawy może odbywać się w kilometrowych korkach, w dźwięku klaksonów i w kolejkach do stacji benzynowych Statoil i Bliska.

Nigdy nie uważałem, że książki Vargi da się czytać w powszechnym rozumieniu tego słowa. Przez te książki się płynie i “Nagrobek z lastryko” nie jest tutaj wyjątkiem. Szkoda, że Varga próbuje próbuje niepotrzebnie nadać swojej prozie jakiś głębszy (filozoficzny? narodowy? antropologiczny?) wymiar. Moim zdaniem ta proza tego nie potrzebuje. Broni się natomiast znakomicie takimi fragmentami, jak ten:

Dlaczego nie wyrzygałem nigdy słodko-kwaśnych gołębi z wietnamskiej budki na bazarze, uduszonych własnym gównem, którego już nie były w stanie zjeść, tyle go wysrały; czemu nie wyciekła ze mnie sucha pizza ze spalonym w mikrofalówce spalonym serem, polana przeterminowanym keczupem ze spryskanych napalmem pomidorów; czemu nie wymiotowałem kanapkami ze zjełczałą margaryną przykrytą puszczającą tłuste soki kiełbasą z brudnych świń zabitych nielegalnie tępymi siekierami w podziemnych ubojniach; dlaczego nie rzygałem kebabami z gorzką kapustą, tak tanimi i ohydnymi, że musiały być ze zdechłych na raka i syfilis baranów i zgniłych warzyw, ukradzionych z cudzej piwnicy, owiniętych w pity upieczone z mąki zgarniętej butami z ziemi po akcji rolników wysypujących ziarno na tory i plujących na nie śliną zarażoną gruźlicą; dlaczego nigdy nie wyrzygałem zapiekanki na czerstwej bułce z brudnymi pieczarkami i sparciałą cebulą i parówek zrobionych ze zmielonego zużytego papieru toaletowego i zagluconych chustek do nosa, frytek ze zgniłych kartofli polanych przeterminowanym majonezem z surowych jajek kur chorych na ptasią grypę, kaszanki z krwi zebranej do wiadra, w którym wcześniej trzymano wodę z proszkiem do mycia kibla, mielonego z kości mięsa wciśniętego w kiszkę, do której spuszczali się po kolei wszyscy robotnicy nocnej zmiany…

itd… Wiem, być może po prostu nie potrafię napisać o prozie Vargi niczego racjonalnego i składnego logicznie. Fragmenty takie, jak powyższy, są jednak całkowitym usprawiedliwieniem mojej miłości do tej prozy. Nie mam pojęcia, na czym polega ta miłość, wiem natomiast, że jest żarliwa i głęboka.

Aleksander Kaczorowski “Praskie łowy”

Opublikowany w Blogroll, literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu niedziela, 6 styczeń 2008

Na wstępie pragnę rozwiać wątpliwości tych, którzy tytułową “praskość” utożsamili z prawobrzeżną częścią stolicy. Powieść Kaczorowskiego to opowieść o Pradze Czeskiej. Zadanie to, przyznacie mi Państwo za chwilę rację, dosyć karkołomne, bowiem Aleksander Kaczorowski postanowił podjąć Kunderowski ton czeskiej lekkości z perspektywy Polaka.

To prawda, że Polacy kochają Pragę. Kochają stolicę Czech być może tak bardzo, jak nienawidzą Czechów, czym nasi południowi sąsiedzi się odwzajemniają. “Praskie łowy” to jednak nie jest książka o relacjach polsko-czeskich.

Powieść Kaczorowskiego to książka o podrywaniu dziewcząt przez zagranicznych turystów. Brzmi to może trywialnie, ale gdyby zdjąć z topornie prowadzonej narracji bardzo nieudolne inspiracje Kunderą, okaże się, że na poziomie kunsztu literackiego Kaczorowski nie wychodzi poza rozpoczynające powieść Najlepiej, jak dziewczyna trzyma cię za jaja.

To, co u Milana Kundery jest lekkością, kunsztem i wyróżnikiem, u Kaczorowskiego, podrabiającego Mistrza, staje się ciężarem, nieudolnością, oznaką wtórności. Widocznie autor zbyt serio wziął sobie do serca tzw. Prawo Kundery mówiące, że każdy bohater jego książek niechybnie prześpi się z każdą napotkaną na swojej drodze kobietą, pod wyjątkiem, że tą kobietą nie jest jego matka. Kaczorowski widocznie za bardzo zinternalizował sobie tę zasadę, bo jego bohaterzy patrzą na kobiety wyłącznie jak na pojemniki na nasienie (określenie użyte kiedyś przez Ireneusza Iredyńskiego).

Z tego przykrego powodu książka Kaczorowskiego o przygodach erotycznych Polaka w Pradze nie potwierdza Kunderowskich tez o czeskiej lekkości, humorze i swobodzie obyczajowej. Pokazuje raczej – wbrew woli autora – barbarzyńskość naszego narodu, który z świecką, liberalną kulturą naszych południowych sąsiadów nie jest w stanie sobie poradzić.Bohater powieści i jego rosyjski przyjaciel Wasilij spędzają więc czas na piciu wódki (sic!) i piwa w praskich knajpach i podrywaniu czeskich dziewcząt, które to z właściwą mieszkankom Pragi łatwością pozwalają się podrywać i prowadzać do łóżka. Za tą utracjuszowską działalnością nie kryje się nic głębszego. Praskie łowy, ot co…

John Maxwell Coetzee “Młodość”

Opublikowany w Blogroll, literatura, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu niedziela, 23 grudzień 2007

Oto laureat literackiej Nagrody Nobla, John Maxwell Coetzee,  napisał autobiograficzną opowieść o własnym upadku, a mnie – rówieśnikowi bohatera powieści pod tytułem “Młodość”, przyszło czytać tę historię niezrealizowanych planów nietrywialnego życia właśnie teraz, gdy sam zbliżam się do wieku, w którym bohater powieści wieści swoją klęskę.

Książka J.M. Coetzee to w mniejszym niż mi się początkowo wydawało stopniu powieść kolonialna. Bohater – co prawda – opuszcza rodzinną Południową Afrykę, próbując uwolnić się od duszących go więzów rodzinnych. Przybywa do Londynu, gdzie próbuje “nowego otwarcia”. Ma ambicje poetyckie, chce uciec przed trywialnością zdeterminowanego “naturalnym porządkiem rzeczy” życia zwykłych ludzi. Walka z determinizmem ludzkich losów, próba zapanowania choćby częściowego nad własnymi losami, przewija się na kartach książki od pierwszych do ostatnich jej stron. Próby zbudowania głębokiego i niebanalnego związku uczuciowego kończą się albo niepowodzeniem albo – co gorsza – sytuacją nieznośnego zawieszenia, niedookreślenia, drażniącego niedopowiedzenia. Kobiety nie spełniają oczekiwań, których bohater sam nie jest w stanie sprecyzować. Londyn albo drażni wielkomiejską opresywnością, albo przeraża niemożliwością zrealizowania ogromnych możliwości jakie sam stwarza.

Sytuacja, w jakiej znajduje się bohater powieści, jest sytuacją człowieka zawieszonego pomiędzy utraconą, odległą o tysiące kilometrów niezrealizowaną i nudną młodością a dorosłością wieku średniego, która daje wybór: albo kariera na kierowniczym stanowisku, albo pasek od spodni na szyję. Te kilka lat, które dzieli ukończenie edukacji od magicznej trzydziestki na karku, ukazane jest jako czas napięcia, podejmowania walki z samym sobą. Naiwność młodzieńca przekonanego, że z dnia na dzień jest w stanie zmienić całe swoje życie zderza się z twardą rzeczywistością, w której nawet długoletnia praca nad charakterem nie musi przynieść żadnych rezultatów.

To zderzenie młodości z dojrzałością, pomiędzy którymi jest te kilka lat zawieszenia, emocjonalnej burzy, która równie dobrze jest emocjonalną pustką, opisuje Coetzee z chłodem i dystansem, do którego trudno się początkowo przyzwyczaić. Ta napisana lekkim, przejrzystym, pozbawionym zbędnych ozdobników stylem proza wywołuje u czytelnika efekt dokładnie przeciwny do tego, na jaki wskazywałaby jej forma. To nie jest słowiańskie wypruwanie z trzewi najgłębszych tajemnic, to raczej emocje wypowiadane z estymą i nobliwością Obywatela Imperium Brytyjskiego. Z perspektywy człowieka wschodu potęguje to efekt emocjonalności, jak gdyby przeczuwane przez czytelnika emocje znajdywały ujście właśnie w jego osobistym odbiorze dzieła.