Lektury

Jacek Borcuch – Wszystko, co kocham

Opublikowany w film, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu niedziela, 17 Styczeń 2010

W polskim kinie trwa moda na Polskę Ludową . Tym razem jednak – choć za oknami mróz jak w “Dniu złym”, a w mediach historie raczej “enenowskie”, jeśli nie “rewersowe” – jeden z najbardziej ponurych okresów powojennej Polski zostało pokazany w formie Bildungsroman. “Wszystko, co kocham” to historia dziejąca się pomiędzy majem 1981 a majem 1982 w Gdańsku. Janek (Mateusz Kościukiewicz) jest wokalistą zespołu punkrockowego o łatwej do rozszyfrowania nazwie “WCK” i razem z kolegami planują wyjazd na festiwal rockowy do Koszalina. Janek ma ojca-wojskowego (Andrzej Chyra), dziewczynę Basię (Olga Frycz), przyjaciela Kazika (Jakub Gierszał) i dużo, naprawdę dużo entuzjazmu. Beztroskie dorastanie, bunty, pierwsze miłości, inicjacje seksualne, rozmowy o życiu i wielkie plany zostają jednak brutalnie zdławione przez stan wojenny. Świat dorosłych, polityka i historia wkraczają brutalnie w słoneczny świat Janka i jego przyjaciół i depczą ich marzenia. Kulminacyjnym momentem filmu jest bal maturalny, na którym oczywiście i nie bez przeszkód, występuje WCK, a Janek i jego koledzy dają prztyczka stanowi wojennemu, światowi dorosłych, polityce i historii na raz.

Jak widać, nic w tym wszystkim odkrywczego. Więcej – wygląda to na wielki banał. Jeśli dodamy do tego bardzo naiwną i “naturszczykową” grę głównych aktorów (Kościukiewicz mówi swoje kwestie niewyraźnie, jakby od niechcenia, a Olga Frycz przez cały film wygląda na zawstydzoną faktem, że w ogóle występuje na planie filmowym), to może to wyglądać na kompletną porażkę. I – dla wielu – ten film jest klapą właśnie z powodu naiwności, idealizowania “świata przedstawionego”, pozbawionej aktorskiego sznytu gry najważniejszych aktorów.

W rzeczywistości jednak pomysł Borcucha został zrealizowany bardzo świadomie i z powodzeniem. We “Wszystko, co kocham” chodzi o wyidealizowanie i spłaszczenie świata, który w powszechnie funkcjonującym mniemaniu i według tzw. prawdy historycznej, był zagmatwany, ponury i trudny. Pokolenie, którego reprezentantem jest Borcuch, chce oglądać świat swojego dzieciństwa i młodości tak, jak je zapamiętało. Za dziesięć lat będzie się kręcić filmy idealizujące przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gotów się jestem o to założyć.

Szkoda, że głównym bohaterem nie jest w tym filmie muzyka, czego bardzo oczekiwałem. Sceny prób i koncertów WCK są jednymi z najlepszych w filmie (poza bębniarzem, wszyscy aktorzy grający muzyków, specjalnie nauczyli się grać na instrumentach, a do nagrań użyto sprzętu sprzed trzydziestu lat). Warto też podkreślić, że – wbrew wielu opiniom – film nie jest zupełnie oderwany od realiów politycznych i ich złożoności. We “Wszystko, co kocham”, dramat polskich żołnierzy, zmuszonych do patrolowania ulic i egzekwowania postanowień stanu wojennego został przedstawiony bardzo uczciwie (tragiczna postać ojca Janka granego przez Chyrę, żołnierze – rówieśnicy bohaterów filmu).

Bezpośrednio po seansie byłem wkurzony na reżysera za to, że wygładził i uładnił rzeczywistość początku lat osiemdziesiątych w Polsce. Bohaterowie wydawali mi się tak naiwni i bezwarunkowo optymistyczni, że aż głupi. Myliłem się w swojej ocenie i teraz uważam, że jest to bardzo prawdziwy i szczery obraz. Pewnie dlatego, że żyjemy dzisiaj w świecie bardziej user-friendly, a pomimo to nie potrafimy się cieszyć ani morzem, ani majem, ani muzyką, ani oranżadą.

James Cameron – Avatar

Opublikowany w film, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu niedziela, 3 Styczeń 2010

James Cameron, twórca “Titanica” (jeśli ktoś nie pamięta – obrazu, w którym rozmach budżetowy szedł w parze z ogromem kiczu), powraca w jeszcze wyższej formie. Na nowy film wydał jeszcze więcej i udało mu się coś, w co niewielu wierzyło – nowy film jest jeszcze bardziej kiczowaty i efekciarski niż poprzedni. Niemożliwe? Za jedyne 30 złotych dostaniecie tyle tandenty, ile całe Hollywood nie produkuje przez rok.

Rzecz dzieje się w XXII wieku na planecie Pandora (sic!). Zamieszkuje ją, podejrzanie i oczywiście całkowicie przypadkowo przypominający Indian, lud Na’avi – szlachetny, uduchowiony, żyjący w zgodzie z fauną i florą. Jest on w niesprawiedliwy i okrutny sposób eksterminowany przez ludzi (w tej roli – tu zaskoczenie – żujący gumę Amerykanie z teksańskim akcentem i o tradycyjnych przekonaniach). Ludzie pozyskują na Pandorze minerał, o którym wiemy tylko tyle, że jest warty 20 mln dolarów za kilogram (kolejne sic!). Główny bohater filmu – Jake – bierze udział w programie Avatar – użycza swojego umysłu ludzko-zwierzęcej hybrydzie (jego umysł – jej ciało). Odbywa się to w praktyce tak: sparaliżowany Jake leży w specjalnej komorze, a niebieski, dwiupółmetrowy humanoid patrzy i czuje jako Jake, ciałem jednak Jakiem nie będąc. Humanoid ów przypomina rdzennych mieszkańców Pandory, ponieważ misją Jake’a jest wniknięcie w społeczność Na’avich. Bohater kontynuuje tradycje Suworowa czy Kuklińskiego. Świat Na’avich, którego miał zadanie nienawidzić, stopniowo go oczarowywuje, aż w końcu Jake przechodzi na stronę wroga, by w ostatecznej rozgrywce stanąć na czele czegoś w rodzaju powstania przeciw ludziom.

Jak widać, fabuła filmu jest przewidywalna i nudna jak flaki z olejem. Jedyną nowością, jaką dostrzegłem w filmie jest przedstawienie naukowców inaczej, niż w stereotypowej roli bezdusznych, pozbawionych sumienia i oderwanych od rzeczywistości sztywniaków. W filmie Camerona pełnią oni rolę pozytywną, co było jedynym zaskoczeniem, jakiego doznałem podczas seansu.

Również tak zwane drugie dno, o którym niektórzy z natchnieniem mówią i piszą, jest oczywiste i płytkie jak dno Balatonu. Film ten ma być zbiorowym rachunkiem sumienia Amerykanów za występki, jakich dopuszczali się wobec Indian lub też dopuszczają się wobec narodów, które okupowali lub okupują. Ta zbiorowa psychoanaliza odbywa się na wyjątkowo wygodnej kozetce, ale lekarz nie ma pacjentowi – poza komfortem – nic do zaoferowania.

Rozumiem zachwyty nad tym filmem – jest pięknie zrobiony. Jednak pod trójwymiarowym szaleństwem, pomieszaniem grafiki komputerowej z pracą żywych aktorów, wartką akcją i pięknie pokazaną planetą Pandora nie kryje się nic godnego uwagi.

Kirill Serebrennikov – Dzień w Juriewie

Opublikowany w film, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu wtorek, 29 Grudzień 2009

Jest to film pełen archetypowych odniesień. Oto Luba, piękna śpiewaczka operowa w średnim wieku, odwiedza wraz z synem miejscowość swojego urodzenia. Na codzień mieszka w Moskwie i robi międzynarodową karierę. Juriewo to jakieś zapadłe, małe miasteczko. Nic dziwnego, że dla jej syna, Andrieja, nie jest to wymarzona wycieczka.

Jest więc matka i jest syn. Ten ostatni znika w dziwnych okolicznościach. W warstwie narracyjnej jest to opowieść o tych poszukiwaniach. Akcja dzieje się w tej miejscowości, przypominającej bardzo polskie popegeerowskie miasteczka. Nie jest to jednak ani kryminał, ani dramat (co wieszczą plakaty). Jest to film, który straszy.

Ważniejszy od warstwy fabularnej jest bowiem obraz rosyjskiej prowincji, nakreślony przez reżysera. Pojawiają się w tym filmie wszystkie najważniejsze symbole Wschodu, zintensyfikowane do granic możliwości. Jest kobieta, która czeka na swojego mężczyznę, który wraca po to, aby ją pobić. Jest szpital, który okazuje się więzieniem i umieralnią w jednym. Jest policjant, który w rzeczywistości jest bandytą. Jest to wszystko, czego się spodziewamy i jednocześnie mamy nadzieję, że nie przyjdzie.

“Dzień w Jurewie” to również podręcznik pogrążania się w świecie, którego nie akceptujemy. Bohaterka, próbująca rozwikłać tajemnicę zniknięcia syna i chcąca jak najszybciej uciec z tego ponurego miasteczka, z każdą sekundą coraz bardziej wrasta w świat, którego nienawidzi. Widzimy, jak od chwili zniknięcia, kiedy trwanie w tym miejscu jest przykrą koniecznością, staje się ono po prostu testamentem. Bohaterka, tracąc nadzieję na odnalezienie syna, szuka go w innych mężczyznach, bez powodzenia.

Recenzje dla Polskiego Radia

Opublikowany w muzyka, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu poniedziałek, 21 Grudzień 2009

Od jakiegoś czasu mam zaszczyt pisać o muzyce na portalu muzycznym Polskiego Radia (ogromne podziękowania z tego miejsca dla Bartka Chmielewskiego – za to, że mnie zaprosił – i Łukasza Bączyńskiego). Z kronikarskiego obowiązku zamieszczam poniżej linki do tych recenzji, które dla Polskiego Radia napisałem do tej pory. Do diabła, nigdy nie myślałem, że będę robił w szołbiznesie (i przy tej okazji rozważał na własnym przykładzie dylematy obiektywności, uzasadnionej bądź nie krytyki i innych pomniejszych ludzkich słabości).

Oczywiście te dopiski proszę traktować z przymrużeniem oka. Przyjemność z pisania tych tekstów jest ogromna, a lekcja i doświadczenia – bezcenne.

Otagowano z:, ,

Let The Boy Decide – Like The Earth Like The Sun Like The Ocean Like The Night

Opublikowany w muzyka, recenzja przez Radek Oryszczyszyn w dniu niedziela, 20 Grudzień 2009

Brakuje mi muzycznej erudycji, by móc, jak to robi w swojej recenzji na stronach Polskiego Radia Jacek Świąder, odnajdywać w muzyce Let The Boy Decide, te wszystkie nawiązania i smaczki, choć intuicyjnie czuję, że musi mieć całkowitą rację. Czytałem też inne recenzje i komentarze do tej płyty i zgadzam się z wszystkimi, że jest to album – jak na polskie warunki – wybitny. Szkoda, że jakiś wewnętrzny przymus każe nam przykładać wszystko do polskiej miary (ostatnio Anita Lipnicka – jak przeczytałem w grudniowej Lampie – chyba jako pierwsza stwierdziła, że nie interesuje jej to, co się dzieje w polskiej muzyce i literaturze).

Gdyby wam tego nie powiedziano i gdyby nie słowiański akcent wokalistki Magdy Nowety, pewnie nie zorientowalibyście się, że to polski zespół tak gra i śpiewa. A grają i śpiewają pięknie. Na płycie znajduje się dziesięć melancholijnych, słodko-gorzkich utworów, zaaranżowanych bardzo przestrzennie, ale z wyczuciem. To przez cały czas są piosenki ze zwrotkami, refrenem, melodią, początkiem i końcem, choć co chwila Let The Boy Decide zaskakują a to świetnie wplecionymi dęciakami, a to klawiszami, a to czym jeszcze.

Jest to – moim zdaniem – muzyka na duszne letnie wieczory. Jest to też, muzyka bardziej smutna niż wesoła (poza “The Lights Stays Off”) i wydaje mi się, że wszystkie piosenki opowiadają o jakichś niedopowiedzeniach, o ukrytych pragnieniach, o wstydzie i wycofanie, choć nie wiem, jak jest naprawdę, bo nigdy nie potrafiłem rozumieć słów piosenek śpiewanych po angielsku, jeśli nie miałem gdzieś przed sobą spisanych na papierze lub monitorze słów. Może to po prostu sugestia wynikająca ze sposobu śpiewania wokalistki, która robi to w sposób zdradzający jakiś wstyd i  nieśmiałość.

Piosenki na tej płycie wzbudzają bardzo proste i dobre emocje: radość z ładnej melodii, zaskoczenie fajnym brzmieniem trąbki, uczucie, jakbyś leżał na wodzie i płynął z nurtem rzeki jakiegoś dusznego sierpniowego wieczora.