Lektury

sobota, 11 lipiec 2009

Michael Winterbottom “Genua. Włoskie lato”

Skojarzenia z Vicky Cristina Barcelona narzucają się tak natrętnie, że aż drażnią. Amerykanie rzuceni w europejską egzotykę. U Allena po to, aby zaznać nowych experiences, u Winterbottoma – aby znaleźć nowy początek po rodzinnej tragedii. I tu, i tam są to właściwie banalne opowiastki, skonstruowane wbrew hollywodzkim trendom, bez happyendu, właściwie bez puenty.

Film Winterbottoma jest bez dwóch zdań głębszy i bardziej frapujący. A przede wszystkim – nie jest bezpretensjonalną, błahą opowieścią o wakacyjnym romansie, ale ambitnym przedstawicielem gatunku ghost story.

Zaczyna się od bum. Dosłownie i w przenośni. Wskutek beztroskiej zabawy dziesięcioletniej dziewczynki Mary (Perla Haney-Jardine), podczas jazdy samochodem ginie jej matka. Świadkiem i uczestnikiem wypadku jest druga córka, szesnastoletnia Kelly (Willa Holland). Po tej tragedii, ich ojciec Joe (Colin Firth) postanawia przenieść się na jakiś czas do Europy, by w słonecznej Genui spróbować “nowego początku”.

Południowa Europa pokazana przez Winterbottoma jest zupełnie inna, niż ta Allena. Tym, co obsesyjnie interesuje reżysera, jest niebezpieczeństwo. Ono czyha na dziewczynki wszędzie. Jest wzburzoną falą morza, ogniem świecy w kościele, wąską uliczką włoskiego miasta, niepokojącym szumem liści w lesie czy świstem przejeżdżających aut. Reżyser gra z widzem w niepokojącą ruletkę: która z córek Joe’a zostanie skrzywdzona przez okrutną europejską rzeczywistość jako pierwsza? Czy niewinna Mary, której co chwila przedstawia się duch zmarłej matki, czy beztroskiej nastolatki Kelly, odkrywającej uroki dorosłości w postaci włoskich skuterów, kąpieli w morzu nocą i skrętami palonymi gdzieś na zapleczu klubu. Reżyser umiejętnie zbliża dziewczynki do tych wszystkich niebezpieczeństw, popychając w stronę przepaści to jedną, to drugą.

Ten interesujący film ma jeszcze jedną zaletę poza świetnie rozgrywanym napięciem między głównymi bohaterami, duchem matki i widzem. Jest wprost cudownie nakręcony. Zamiast ucukierkowanej przez Allena Hiszpanii mamy tutaj naturalizm w iście mistrzowskim stylu, do którego przyzwyczaiło nas offowe kino brytyjskie. Kadry połamane profesjonalnie, około jednej trzeciej nasycenia kolorami i – oczywiście – cudowne południowoeuropejskie światło Genui. Aktorsko najlepiej wypada mała Perla – sceny nocnych koszmarów wywołują dreszcze i przerażają realistycznością. Natomiast Willa Holland – bardzo słaba.

wtorek, 24 marzec 2009

Marianna Palka “Good Dick”

Zaszufladkowany do: film, recenzja — Tagi:, , , , , , , , — Radek Oryszczyszyn @ 19:56

 

http://en.wikipedia.org/wiki/Good_Dick

Ani to romans, ani komedia, ani dramat. Coś pomiędzy, albo po prostu coś innego. Film wzruszający i jednocześnie drażniący. Czuły i wulgarny. Dziwny. On pracuje w wypożyczalni filmów erotycznych, ona mieszka nieopodal i regularnie wypożycza te filmy. Mieszka sama w pięknym apartamencie, izoluje się od ludzi. On próbuje rozbić klatkę jej samotności, wejść w jej życie. Rozmawiają o porno, bo tylko na tym się dobrze znają.

On się zakochuje i zamieszkuje u niej. Między nimi nie ma czułości, jest natomiast mozolne przełamywanie bariery intymności i wulgarnej seksualności filmów porno. Ztrywializowany seks jest przeszkodą w rozwinięciu tego uczucia.

Postaci tego filmu są nieoczywiste i wymykające się jednoznacznej interpretacji. Szczególnie postać dziewczyny, zagranej świetnie przez samą reżyserkę pozostaje prawie do samego końca niezwykle sugestywnym symbolem rozgardiaszu, który jako ludzkość sobie narobiliśmy w sferze uczuć i seksu.

Najsłabszym momentem filmu jest – jak to często bywa – wyjaśnienie “tajemnicy” skrywanej przez dziewczynę. Przez to film ten będzie pewnie interpretowany trywialnie jako wyraz politycznej poprawności i ducha naszych czasów. Gdyby nie to, byłoby można nazwać “Good Dick” Paki, pięknym nowocześnie nakręconym, nieoczywistym i pozbawionym sztampy romansem.

Film jest tak nakręcony, że – zarówno dzięki sposobowi kręcenia, jak i snutej niespiesznie dramaturgii – potrafi wzruszyć. Nie opiera się za wszelką cenę schematowi filmów o miłości, a jednocześnie – i na szczęście – nie spodobałby się naszym babciom. Dla bohaterów, wychowanych na sprowadzającej seks do mechaniki tarcia pornografii, przełamanie granicy wstydu, nauczenie się czułości i prawdziwej bliskości przychodzi trudniej, niż można pomyśleć. 

sobota, 21 marzec 2009

Yukio Mishima “Zimny płomień”

zimny-plomien_yukio-mishimaimages_big25978-83-247-0398-2Rekomendacja bardzo nieoczywista: Jadwiga Staniszkis w swojej książce autobiograficznej wymienia Mishimę w gronie swoich ulubionych autorów. Jako że autorefleksyjność Staniszkis robi na mnie piorunujące wrażenie, postanowiłem spradzić pisanie kogoś, kto robi piorunujące wrażenie na Staniszkis.

Yukio Mishima to postać bardzo wyjątkowa, głównie ze względu na okoliczności nieoczekiwanej śmierci. 25 listopada 1975 roku popełnia rytualne samobóstwo sepuku poprzez rozcięcie sztyletem swojego brzucha.

Zbiór opowiadań “Zimny płomień” dostarcza czytelnikowi przeglądu bogatej twórczości Mishimy. Książkę rozpoczyna klasyczne w budowie, wycyzelowane do najdrobniejszego szczegółu, subtelne i jednocześnie głębokie opowiadanie o tytule takim samym jak cała książka. Widać w nim chyba najlepiej, w jak genialny sposób za pomocą powściągliwej stylistyki potrafi Mishima konstruować sytuacje o ekstremalnym emocjonalnie natężeniu. Fabuła “Zimnego płomienia” rozgrywa się w kontekście tradycyjnego japońskiego teatru kabuki i opowiada historię homoseksualnych relacji pomiędzy znakomitym aktorem ról damskich Magiku, młodym reżyserem Kawasakim, a teatralnym asystentem Masuyamą, obserwującemu rozwijający się romans. Choć historia kipi emocjami miłości, zazdrości, lęku i radości, skonstruowana jest z wielkim pietyzmem i wyczuciem literackiej przestrzeni.

Tytułowe opowiadanie jest maksymalnie klarowne i przejrzyste kompozycyjnie, a jednocześnie przesycone ogromnymi emocjami. Podobne rzeczy można napisać o wszystkich pozostałych utworach składających się na ten zbiór. “Przejść wszystkie mosty” oparte jest na XVIII-wiecznej japońskiej tragedii. Szczególne wrażenie robi “Umiłowanie ojczyzny”, gdzie Mishima z niesłychaną precyzją opisuje swoje własne samobójstwo. “Perła” z kolei oparta jest na prostym schemacie kryminalnym. Banalna zguba (którą jest tytułowa perła) staje się punktem wyjścia ku budowie misternej konstrukcji podejrzeń, oskarżeń, skrywanych bądź wyrzucanych z impetem emocji.

Pisarstwo Mishimy jest jednocześnie lekkie i monumentalne, cyniczne i poważne, ulotne i ważne. Czy japoński pisarz zręcznie manipuluje tymi kategoriami, z kunsztem godnym geniusza literatury między nimi się porusza, czy też jego pisarstwo jest ponad tymi pojęciami, gdzieś o wiele, wiele wyżej?

niedziela, 21 grudzień 2008

Jan Błoński, Sławomir Mrożek, “Listy 1963-1996

Zaszufladkowany do: listy, literatura, recenzja — Tagi:, , , , , , , , , , — Radek Oryszczyszyn @ 21:10

42219

Ten liczący z górą trzydzieści lat historyczny  zapis korespondencji dwóch przyjaciół-literatów zainteresował mnie z powodów bardzo aktualnych. Mam bowiem wrażenie, że tak jak druga wojna światowa przestała być dla współczesnych pokoleń wydarzeniem niejako je definiującym, tak nie przestaje nim być okres PRL-u. Czy to bezpośrednio, przez teczki, podpisy i wspomnienia przesłuchań, czy też na płaszczyźnie bardziej symolicznej, Polacy pierwszej dekady XXI wieku borykają się z prawie pięćdziesięcioletnią spuścizną Polski Ludowej. I, co nietrudno dostrzec, borykają się z nią bezowocnie, potykając się co kroku o swą nieodległą przeszłość, a brzydkie strupy po tych potknięciach za nic nie pozwalają się goić.

Tak właśnie, to nie blizny a strupy pozostawia na naszej zbiorowej tożsamości PRL. Powierzchowne, a jednocześnie dolegliwe, bo nieustannie swędzące zadraśnięcia,  które dla jednego nie stanowią żadnej uciążliwości, a dla innego – przeszkodę nie do pokonania w codziennym życiu. Wszystko zależy od wrażliwości.

To właśnie Błońsko-Mrożkowe zmagania z PRL-em mogą stanowić klucz do rozwikłania problemu posocjalistycznych strupów na polskich kolanach. Listy, które ci dwaj przyjaciele wymieniali szczególnie intensywnie w latach 60. XX wieku, kiedy to Mrożek przebywał we Włoszech, a Błoński kursował pomiędzy Francją a Polską, stanowią dokument nie do przecenienia. Oto unikalny w skali polskiej literatury powojennej tekst ludzi uwiłkanych po uszy w PRL pisany z perspektywy czasowego lub stałego emigranta.

Lektura codziennej korespondencji, tak intenstywnej i prowadzonej przez osoby sobie bliskie, to wyzwanie dla amatora. Jednak listy Błońskiego i Mrożka z nawiązką wynagradzają trud zmierzenia się z tym kilkusetstronnicowym tomem. Oczywiście, najciekawiej jest wtedy, gdy przyjaciele zbaczają z tematów osobistych i, wówczas, aktualnych, podejmując problemy z pogranicza społeczeństwa, kultury i polityki. Szczególnie cenne są uwagi Mrożka, który – choć pozostając poza krajem – zachowuje głębokie wewnętrzne zaangażowanie w sprawy polskie i nawet ze znacznej odległości geograficznej, głęboko angażuje się emocjonalnie w Polskę. Czyni to jednak z nie dającym się przecenić dystansem i ironią (przede wszystkim tą auto-).

Autorzy i zarazem bohaterowie korespondencji zmagają się z PRL-em w sposób, którego nie możemy zarzucić dzisiejszym lustratorom. Robią to bowiem z wdziękiem i lekkością, a zarazem namysłem i umiarem. Dylematy moralne, na które dzisiaj patrzymy z perspektywy teczek i IPN-owskich dochodzeń, dotyczyły Mrożka i Błońskiego bezpośrednio, choćby z powodu wielokrotnych wyjazdów za granicę i związanej z tym konieczności wydania paszportu. Zaskakujące, że w tamtej, niewesołej rzeczywistości Gomułkowskiej Polski lat 60., na przymusowym wygnaniu, można zachować racjonalizm, lekkość i ironię, których tak brakuje dzisiejszym arbitrom w historycznych sporach, którzy zamiast zaczytywać się Dostojewskim, powinni zacząć od spojrzenia na siebie samych i lektury Mrożka.

Notatki robione podczas lektury.

niedziela, 16 listopad 2008

George Sim Johnston “Czy Darwin miał rację? Katolicy a teoria ewolucji”

johnstonMówi się często, że aby skutecznie zwalczać wroga, należy go najpierw dobrze poznać. Od razu zaznaczam, że ten, kto w książce Johnstona chciałbym znaleźć dowody na boskie stworzenie wszechświata, zawiedzie się. Książka “Czy Darwin miał rację?” jest zręcznie przeprowadzonym traktatem antydarwinowskim. Anty- i to wszystko…

Nie traktowałem nigdy antyewolucjonistów za wrogów dopóty, dopóki nie wspinali się w swojej krytyce na pozycje kreacjonistyczne. Chociaż Johnston, jako ortodoksyjny chrześcijanin, zapewne jest zwolennikiem jakiejś formy kreacjonizmu, to w tej książce nie wyraża tego wprost. Skupia się zamiast tego na wytykaniu szeregu nieścisłości w darwinowskiej teorii ewolucji.

Argumentów, które przytacza, jest wiele. Powstrzymam się od komentowania tych, których oceny nie mogę się podjąć z racji swojej ignorancji w tej problematyce. Teoria ewolucji zakłada na przykład “niedyskretne”, mówiąc językiem matematyki, wyłanianie się poszczególnych gatunków fauny i flory. Wszystko pięknie, pisze Johnston, ale dlaczego darwiniści nie dostarczyli, jak do tej pory, dowodów na istnienie tych gatunków pośrednich, na przykład między gadami a płazami? W teorii Darwina nowe gatunki “pojawiają się” ni stąd, ni zowąd, i niejako post factum tłumaczy się ich pochodzenie od gatunków niższych. Tymczasem dobór naturalny postępuje liniowo, niedyskretnie. To problem, z którym teoria Darwina, zdaniem autora książki, sobie nie radzi.

Podobny problem pojawia się, kiedy chcemy racjonalnie udowodnić, odwołując się do teorii Darwina, ewolucję zjawisk takich jak szyja żyrafy. Według darwinistów, powinna ona, tak jak inne organy zwierząt i roślin, ukształtować się drogą przystosowania organizmów  do środowiska. Nie jest to jednak – według Johnstona – możliwe, ponieważ szyja żyrafy stanowi tak skomplikowany system tkanek oraz czujników ciśnienia, że nie jest prawdopodobne, aby mógł on wyewoluować w długim czasie.

Trudno mi polemizować z biologicznymi argumentami przytaczanymi przez Johnstona. Przekonują mnie natomiast opisywane przez niego mechanizmy przejmowania przez darwinizm językowej i paradygmatycznej władzy nad wyjaśnieniem tajemnicy życia i przyrody. Autor pokazuje to, na co często sam zwracam uwagę: każda wiedza, również ta naukowa, oparta jest na szeregu twierdzeń przyjmowanym na mocy wiary lub autorytetu. Nie ma w tym nic dziwnego – taki mechanizm umożliwia funkcjonowanie nauki. W przypadku darwinizmu mamy do czynienia z “wylaniem” się tej wiary z obszaru naukowych założeń, na wszystkie konsekwencje, obserwacje empiryczne, przewidywania i jeszcze dalej. Słowem, darwinizm zastąpił religijne sposoby objaśniania świata przyrody nie tylko na obszarze faktów (uznajemy inną rzeczywistość za realną), ale również przejął mechanizmy uzasadniania tej, no właśnie, wiary. Dochodzimy więc w ostateczności do smutnej sytuacji, w której odmawia się wierzącym i nie tylko przyjmowania teorii doboru naturalnego (zaakceptowanej przez Kościół), przy odrzucenie teorii darwinizmu.

Bierz wszystko, albo nic, zdają się twierdzić darwiniści. Krytyka takiego bezkrytycznego przyjmowania darwinizmu jako jedynej alternatywy wobec obskuranckiego kreacjonizmu, jest istotną zaletą książki Johnstona. Powinni po nią sięgnąć przede wszystkim zwolennicy darwinizmu, nie po to, aby od razu zmienić swoje stanowisko, ale by lektura podziałała jak kubeł zimniej wody albo mała szklaneczka szkockiej whiskey, po których bezrozumna, nadgorliwa wiara zostaje zastąpiona dojrzałym, zrównoważnonym krytycyzmem i poznawczą powściągliwością.

Dla zainteresowanych, pod tym linkiem, znajduje się ciekawy artykuł Kazimierza Jodkowskiego “Reguły rozumowania darwinizmu”, poruszający w sposób naukowy te kwestie.

Starsze wpisy »

Blog na WordPress.com.